Patryk Gorgol

O solidarności europejskiej

4 komentarzy

W 1989 roku Europa wygrała swoją wojnę o prawo do wolności. Zwycięstwo jest wynikiem pracy ludzi. Bez ich determinacji i wzajemnego wspierania się, nie byłoby przemian roku 1989 i późniejszych, o których przecież nie można zapominać. Co prawda droga do demokracji to nie trzypasmowa autostrada, a raczej kręta górska ścieżka, ale Polacy, Czesi wraz z Słowakami, Bułgarzy, Rumuni, a potem Litwini, Łotysze i Estończycy, pokonali ją. Z różną prędkością, lecz szczęśliwie.. Za drogowskazy (a może nieistniejący wtedy GPS?) służyła pomoc państw tzw. Europy Zachodniej.

Do upadku Żelaznej Kurtyny Europa podzielona była na dwie części. Wynikało to z powojennych ustaleń, bardzo dla Europy Wschodniej niekorzystnych. Były one ciosem dla solidarności i jedności Europy. Przecież pierwsze pomysły integracji europejskiej pojawiły się już w dwudziestoleciu międzywojennym. Nie można mówić o upadku Żelaznej Kurtyny bez odniesienia do lat 1945-1989 – to tak, jakby w kontekście meczu piłkarskiego wspominać tylko o ostatnich 10 minutach spotkania.. Dzisiaj bardzo łatwo pisać o tym, jak to się wszystko udanie potoczyło, bo w 2009 roku prawie wszyscy Europejczycy żyją w demokratycznych państwach prawa. Naturalnie – w każdym z członków Unii Europejskiej można znaleźć wady – mniejsze lub większe, ale obecnie mamy nieporównywalnie większe opcje rozwoju.

„Polak, Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki” – głosi jedno z polskich powiedzeń. O ile tego drugiego zagadnienia nie będę tłumaczył, o tyle nad tym pierwszym należy się pochylić. Solidarność między narodami Europy narodziła się na długo przed 1989 rokiem. Europa Zachodnia mogła integrować się swobodnie w ramach Wspólnot Europejskich lub innych porozumień, w dużo bardziej niekorzystnej sytuacji znalazły się państwa położone na wschodzie Europy. Zażyłość polsko-węgierska, naturalnie zbudowana na filarach takich jak Józef Bem walczący jeszcze w XIX wieku „za wolność naszą i waszą” i naturalnie dobre kontakty polityczne z lat międzywojennych, miała w smutnych czasach komunistycznej rzeczywistości szczególny wymiar. Polacy i Węgrzy, rządzeni przez aparatczyków postępujących zgodnie z linią wytyczoną przez centrum kierownicze znajdujące się na Kremlu, byli ze sobą związani niewidzialną liną zrozumienia, empatii i współczucia. Oba narody zostały uwięzione w kajdany systemu, który został narzucony siłą. Doskonale obrazuje to rok 1956, gdy rewolucja węgierska symbolicznie rozpoczęło się od demonstracji poparcia dla przemian w Polsce, co znamienne – pod pomnikiem gen. Bema w Budapeszcie. Społeczeństwo węgierskie chciało wolności. Skończyło się to tragicznie – zryw wolnościowy został brutalnie stłumiony, a główni przywódcy (m.in. Imre Nagy) zostali skazani na karę śmierci. Reakcja Polaków była natychmiastowa – gdy tylko rozeszły się nieoficjalne (i nieprawdziwe) informacje, ze trzeba zaopiekować się węgierskimi sierotami, wiele polskich rodzin zgłosiło chęć adopcji. Ponadto Polacy oddawali krew i wysyłali leki na olbrzymią skalę Tutaj warto zaznaczyć pewną prawidłowość – stanowiska władz państw bloku wschodniego z reguły nie odzwierciedlały poglądów społeczeństwa, a wręcz były im przeciwne.

Podział Europy po II wojny światowej był sztuczny. Wynikał on z geopolitycznego rozdania kart dokonanego na konferencjach w Jałcie i Poczdamie Europa Zachodnia, wsparta planem Marshalla, wykorzystała swoją szansę. Integracja gospodarcza i polityczna raz na zawsze przekreśla jakiekolwiek szanse na wojnę pomiędzy członkami wspólnoty. Każde państwo walczy o swoje interesy, ale utrzymuje się stan symbiozy. Taktyka wzajemnego wspierania rozwoju sprawdziła się, o czym doskonale świadczy obecny wysoki standard życia w tych krajach. Inaczej sytuacja wyglądała za Żelazną Kurtyną. Tam nie było Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, ani Europejskiej Wspólnoty Energii Atomowej, ani Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Zawiązana została Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, która była organizacją podporządkowaną ZSRR. „Wzajemność” polegała na tym, że Związek Radziecki brał od członków RWPG najważniejsze surowce, płacąc bardzo mało albo niemal wcale.

Na upadek komunizmu złożyło się kilka bardzo istotnych czynników. Przede wszystkim pękł od wewnątrz, co było wynikiem braku społecznego poparcia i niewydolnością gospodarczą, którą porównać można do stanu płuc charakterystycznego dla 44-letniego, nałogowego palacza. Wpływ miały również czynniki zewnętrzne, takie jak np. działalność prezydenta Reagana, ale one raczej przyspieszyły, aniżeli przesądziły o klęsce komunistów.

Władze w państwach położonych za Żelazną Kurtyną nie były w żaden sposób legitymizowane przez społeczeństwo. W związku z tym, że działały bez mandatu społecznego, a wręcz przeciwko własnym obywatelom, naturalny był brak poparcia dla takiej formy rządu. Było to widoczne podczas m.in Rewolucji węgierskiej (1956r), Praskiej Wiosny (1968r – Czechosłowacja) i „Sierpniu 80′” w Polsce,. Obalanie komunizmu przypominało grę w Domino. Symbolizujący podział Europy mur berliński nie upadłby bez „Solidarności” i częściowo wolnych wyborów w Polsce oraz przemian na Węgrzech, tak, jak nie byłoby Platona bez Sokratesa. Konsekwencją przemian roku 1989 było późniejsze wyzwolenie się państw nadbałtyckich, Ukrainy i Białorusi. Ciężko znaleźć początek tego Domina. Niewątpliwie można powiedzieć – parafrazując słowa prezydenta Johna Kennedy’ego: „Jestem Berlińczykiem” – żże w pewnych momentach wszyscy byliśmy Polakami, Węgrami, Czechosłowakami, Rumunami, Bułgarami i Niemcami. To też traktować można jako solidarność europejską.

Upadek systemu dodatkowo przyspieszyła niewydajność gospodarcza. Żadne państwo nie wytrzyma, gdy ograniczać będzie swobodę obywateli, reglamentować produkty, stale podwyższać ceny i przynosić straty. Do tego dochodzi fatalny wydźwięk społeczny proponowanych zmian. „Co prawda ceny żywności idą w górę, ale tanieją lokomotywy” – komentowano podwyżki w Polsce, gdy władza tłumaczyła, że niektóre ceny obniża. Ekonomię trzeba prowadzić w sposób rozsądny i zaplanowany. Władze stosowały w tym zakresie głównie, nieobcą mi jako studentowi, improwizację. Tutaj kredyt, tutaj przychód, tutaj inwestycja, tutaj zamówienie. Tylko, że prowadzenia państwa to nie studia. Nikogo nie obchodziło, że fabryki przynoszą straty, bo jednocześnie zatrudniały ludzi. W dodatku państwa bloku wschodniego były zupełnie uzależnione od Związku Radzieckiego, którego gospodarka nie wytrzymywała konkurencji ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie zadłużały się za granicą, jeśli to tylko było możliwe. Komunizm przegrał więc nie tylko z ludźmi, ale też z bezwzględnymi prawami ekonomii.

Państwa zgromadzone we Wspólnocie Europejskiej, a później już Unii Europejskiej stanęły na wysokości zadania. Dysproporcja gospodarcza pomiędzy nimi, a byłymi już wtedy członkami bloku wschodniego była aż nadto widoczna. Państwa tzw. Zachodu podjęły jasną decyzję – wspieramy rozwój demokracji i wpuszczamy – po spełnieniu określonych warunków – postkomunistyczne państwa do naszych szeregów. Już w 1989 r. uruchomiono programy pomocowe. Najbardziej znanym z nich jest „Phare”, który powstał dla udzielania materialnej pomocy państwom kandydującym do Wspólnot Europejskich (później UE). Objął on Polskę, Węgry, Bułgarię, Czechosłowację (po aksamitnym rozwodzie Czechy i Słowację osobno), Rumunię, Albanie, Litwę, Łotwę i Estonię! Z czasem uruchomiono kolejne fundusze przedakcesyjne. Po 1989 roku powstała historyczna szansa prawdziwego zjednoczenia Europy i zakopania podziału na Europę Zachodnią i Europę Wschodnią – udało się.

Przedstawienie warunków życia w bloku wschodnim w latach 1945-1989 i omówienie powodów upadku ma fundamentalne znaczenie dla zobrazowania zmian, jakie przeszły państwa bloku wschodniego. Późniejsza integracja była dobrowolną decyzją suwerennych narodów. Tych samych, którym przez 44 lata odebrano prawie całkowicie swobodę.

Stopień integracji dobrze pokazuje moja historia z Dublina, gdzie pojechałem szkolić swoje umiejętności z zakresu znajomości języka angielskiego. Niestety, pan który sprzedał mi wycieczkę, podał mi zły numer autobusu, którym miałem dojechać do mojego miejsca zamieszkania. Stanąłem przed nieprzyjemną koniecznością znalezienia odpowiedniej drogi. Zacząłem radzić się przechodniów – drugi z kolei zapytał się „where are you from?”. Odpowiedziałem, że z Polski. „To czemu od razu nie mówisz po polsku? Tu co trzeci to Polak”.

Korzyści z integracji są wzajemne. Nowa „12” otrzymuje środki na modernizację – w tym na infrastrukturę i rolnictwo. Z kolei firmy ze „starej” Unii Europejskiej prowadzą na wschodzie ożywioną politykę inwestycyjną. Nasi obywatele pracują za granicą, przyczyniając się do rozwoju tych państw, ale również zarabiając pieniądze. Różnice interesów nadal są widoczne, zwłaszcza przy gorących dyskusjach na temat przyszłości Unii Europejskiej. Kontrowersje wzbudzają na przykład Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa oraz Traktat Lizboński, a szczególnie unikanie głosowania w ramach referendum w czasie jego ratyfikacji.. Najważniejszym osiągnięciem nowej, zintegrowanej Europy jest fakt, że stawianie pytania, czy Europa ma przyszłość nie ma sensu, bo odpowiedź jest oczywista. Zastanawiać się można głównie nad tym, co przyniosą nam następne lata.

Czymś niezwykłym jest również uczestniczenie w Schengen. Marzenie niektórych młodych ludzi, by złapać dowód osobisty w rękę i objechać prawie całą Europę autostopem, stają się realne jak nigdy dotąd. Przed rokiem 1989 przekraczanie granic w bloku wschodnim było przywilejem, paszporty były wydawane tylko w określonych sytuacjach. Niemcy ginęli od kul swoich rodaków, gdy próbowali przekroczyć mur berliński i dostać się do zachodniej części Berlina. Moja rodzina uciekała z Polski do Republiki Federalnej Niemiec, bo życie w komunistycznym systemie nie dawało żadnych perspektyw. Teraz nie wyobrażamy sobie życia poza Polską, tak zmieniło się jej oblicze przez ostatnie 20 lat.

Unia Europejska pomogła po 1989 roku postkomunistycznym państwom, ale czy bez integracji europejskiej sukces odniosłaby również Hiszpania, Portugalia i wspomniana już wcześniej Irlandia? Standard życia w państwach przyjętych w 2004 i 2007 roku nadal jest niższy, niż w krajach „15”, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ta różnica uległa zmniejszeniu. Nowi członkowie Unii Europejskiej nadają tej organizacji tak niezbędny impuls i świeżość, mają również olbrzymi potencjał gospodarczy i polityczny. Państwa starej Unii Europejskiej gwarantują stabilność.

Błędem byłoby jednak spoczęcie na laurach. Unia Europejska powinna dalej realizować swoją misję solidaryzmu europejskiego. Szczególnej opieki z naszej strony wymagają Bałkany. Za wschodnią granicą Unii Europejskiej leży Ukraina. Kraj borykający się z różnymi problemami, ale z potencjałem i proeuropejską perspektywą. Naszym zadaniem powinno być również namówienie Białorusinów do zmiany standardów życia publicznego.. Rozwijać kontakty trzeba też z Federacją Rosyjska – na równych, jasnych i uczciwych warunkach. Unia Europejska jest organizmem gospodarczo dużo silniejszym niż Rosja i dlatego może realizować bezpiecznie swoje interesy, o ile weźmie pod uwagę potrzeby wszystkich państw wspólnoty.

Niezamknięty pozostaje jeszcze temat tureckiej akcesji do Unii Europejskiej. To decyzja niezwykle ważna dla przyszłości Unii Europejskiej, bo Turcja to olbrzymi kraj, zamieszkały przez ponad 70 milionów osób, prawie wyłącznie wyznających islam. Jego akcesja zmieniłaby zupełnie charakter tej organizacji. Istnieją wątpliwości natury gospodarczej i politycznej. Nawet wśród przeciwników akcesji Turcji do UE jest przekonanie, że z Ankarą kontakty trzeba rozwijać. Zwłaszcza, gdyby uznać Turków za naród mogący służyć jako pomost między Europą, a Azją. Turcja byłaby rzecznikiem Unii Europejskiej wśród państw muzułmańskich oraz rzecznikiem państw muzułmańskich w Unii Europejskiej.

Unia Europejska będzie musiała się zmierzyć również z problemami, takimi jak terroryzm czy obecny kryzys gospodarczy. „Nie ma róży bez kolców”. Dlatego zacieśniana jest współpraca organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w ramach III filaru. Europa dąży również do tego, by stać się ważnym elementem międzynarodowego układu sił. Potęga gospodarcza i polityczna miałaby zostać przełożone na możliwości rozwiązywania globalnych problemów. Już teraz Europa jest zaangażowana m.in. na Kaukazie, czy w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Aktywnie wspiera również ochronę środowiska.

Decyzja o integracji niemal całej Europy po 1989 roku w ramach Unii Europejskiej przyniosła korzyści. Państwa bloku wschodniego przesiadły się dzięki niej z roweru do sportowego samochodu. Oczywiście pojawia się też pytanie o granice tej integracji. Różne są wizje przyszłości Unii Europejskiej. Na aktualności na pewno nie traci hasło „jedność w różnorodności”, które przyświeca idei integracji europejskiej. Ewentualne spory przypominają kulturalną kłótnię w rodzinie, a nie uliczną burdę.

Solidarność europejska wynika z mądrości narodów zamieszkujących Stary Kontynent. Jak starałem się wykazać w tym eseju, ma ona poważne uzasadnienie historyczne, bo podstawy integracji zbudowały państwa Europy Zachodniej już w latach 50-tych. Solidarność wśród państw bloku wschodniego miała z kolei szczególny wymiar – ponadnarodowy. Jak inaczej nazwać inicjatywę Litwinów, Łotyszy i Estończyków utworzenia łańcucha bałtyckiego składającego się z żywych ludzi i łączącego wszystkie trzy – wtedy jeszcze – republiki radzieckie? Brało w nim udział 2 miliony osób, sam łańcuch miał około 600 kilometrów. Europejczyków nie trzeba przekonywać o tym, że są ze sobą nierozerwalnie związani.

Wspaniały dorobek Unii Europejskiej należy rozwijać, przy jednoczesnym zachowaniu prawa narodów do suwerenności i demokracji.

Więcej o Unii Europejskiej:
- Unijna “demokracja” w Pradze
- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

Zielono mi!

Brak komentarzy

Europejczycy bywają uroczy. Nie ma wątpliwości, że integracja europejskka jest czymś dobrym i korzystnym. Jak to jednak w rodzinie, czasami zdarzają się kłotnie…

Niedawno natknąłem się na bardzo urocza mapkę na oficjalnym portalu europa.ue.

Okazuje się, że według legendy pod mapą Traktat Lizboński nie został ratyfikowany tylko w Irlandii. Zapraszam do zerknięcia na mapę

Według niej traktat został już ratyfikowany we wszystkich państwach UE, w tym Polsce, Niemczech i Czechach. To półprawda, czyli nieprawda, bo owszem, w tych państwach trwa ratyfikacja, ale brakuje jeszcze podpisów prezydentów. Taki Vaclav Klaus raczej z ostatecznym ratyfikowaniem dokumentu się nie spieszy. prezydent Polski czeka na powtórzone referendum w Irlandii, a prezydent Niemiec na wyrok Federalnego Sądu Konstytucyjnego.

Co ciekawe, podane przeze mnie wyżej informacje wyświetlają się po najechaniu na państwo. Dlaczego więc Polska, Czechy i Niemcy są na zielono? Czy to jakaś nowa ekologiczna inicjatywa Unii Europejskiej?

Na marginesie warto zauważyć, że Zielona Wyspa, czyli Irlandia jest w tym przypadku jedynym krajem, który owej zielonkowości został pozbawiony. To pewnie kara za wynik referendum.

Nieznane źródła zbliżone do Łomianek koło Warszawy twierdzą, że na temat integracji i upadku Żelaznej Kurtyny szykuje się do końca tygodnia artykuł.

Czy Kim Dzong Il jest hardcorem?

Brak komentarzy

Kolejna próba nuklearna Korei Północnej w niczym nie poprawia jej sytuacji strategicznej. Towarzysze z północy mogą ostentacyjnie demonstrować swoją siłę, jednocześnie nadal będąc tzw. jednostrzałowcem niezdolnym do realnej konfrontacji politycznej lub militarnej. Kraj o bardzo szerokich drogach, po których nie jeżdzą samochody, prowadzi absurdalną politykę zagraniczną, której głównym celem jest pozyskanie pomocy gospodarczej od świata. Koreańczycy robią bardzo dużo hałasu, a później chowają się za plecami starszego kolegi (w tej roli obsadzone są Chiny). Najwspanialszy i najmądrzejszy powoli staje się dla Pekinu obciążeniem. Zamiast zmienić nieudolny system, Koreańczycy tkwią w nim nadal z uporem godnym prawdziwych hardcorowców.

Korea Północna może rozwijać się na polu militarnym, ale nadal będzie przypominać boksera kategorii piórkowej rywalizującego z mistrzami świata wagi ciężkiej. Może go okładać ciosami, ale jak go mocno zdenerwuje, to jeden lewy sierpowy rozstrzygnie sprawę. Najciekawsza jest motywacja Phenianu. Progam atomowy jest jedyną kartą, jaką są w stanie grać, a celem jest w tym przypadku pomoc gospodarcza, czyli sponsorowanie systemu, który tak świetnie opisał kiedyś George Orwell. Świat to akceptuje, bo za Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczna stoją Chińczycy, a spektakularne wydarzenia w Korei Północnej byłyby dla świata zbyt kosztowne. Wątpliwe też, by Kim Dzong Il i jego wesoła spółka szykowali jakiekolwiek reformy. Dogmatycy nie pójdą drogą chińską, ani nawet wietnamską. Oni odkryli już raj na ziemi.

Obecna sytuacja na półwyspie korańskim to doskonały sprawdzian da administracji Baracka Obamy. Na razie prezydent Stanów Zjednoczonych porusza się głównie na polu werbalnym – potępia, sskarża i ostrzega. Komuniści ewidentnie go lekceważą, bo niebezpiecznie zrobi się dla nich dopiero wtedy, gdy możliwe będzie przegłosowanie dotkliwej rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa, czyli wtedy, gdy opuszczą ich Chińczycy. Najmocniejsze potępianie przy pomocy RB ONZ nie ma aż tak dużego znaczenia, bo to są tylko słowa, a Koreańczycy są na tyle bezczelni, że żądają od Organizacji Narodów Zjednoczonych… przeprosin. Z drugiej strony zastanówmy się, co można zabrać państwu, które praktycznie nic nie ma? Od lat politycy mają jeden problem – ewentualne sankcje uderzyłyby głównie w ludność cywilną. W dodatku świat obawia się, że rozdrażniony dyktator zrobi poświąteczną wyprzedaż technologii jądrowej. Sponsorując Koreę Północną, tolerując jej ekscesy i kontrolując przy pomocy MAEA, w jakiś sposób ogranicza się te możliwości. To prowizoryczne rozwiązanie. Korea Północna chce więcej, Kim Dzong Il rozpędził się, ale zapomniał, że w przodzie znajduje się tylko przepaść. W normalnym państwie już dawno doszłoby do zmiany władzy, ale w kraju, gdzie rządzi wojsko, a społeczeństwo jest koniecznym i nieprzyjemnym dodatkiem, to raczej niemożliwe. Ewentualna zmiana przywództwa możliwa jest tylko w obrębie estabilishmentu.

Z wielką uwagą całej sytuacji przygląda się Iran. Teheran może ocenić, w jaki sposób i czy skutecznie działa nowa amerykańska administracja. Przypadek KRL-D jest zresztą cięższy i mimo wszystko mniej kontrowersyjny. Jeśli Obama nie wybuduje sojuszu antykoreańskiego, to tym bardziej nie uda się mu tego dokonać w stosunku do Persów, z którymi bardziej opłaca mu się rozmawiać. Jak na razie działania administracji sprowadzają się do słow, nie czynów. Trwają rozmowy na temat nowej rezolucji RB ONZ, która miałąby nałożyć nowe sankcje na KRL-D. Japończycy mają dość marchewki i chcą posługiwać się głównie kijem. Kim Dzong Il rozgrywa w tym momencie swój największy atut – nieprzewidywalność (lub szaleństwo – jak kto woli).

Kolejne zamieszanie wokół połwyspu koreańskiego doskonale pokazuje skostniałość obecnego kształtu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Podjęcie jakiejkolwiek decyzji wymaga konsensusu, a to najczęściej uderza w interes jednego ze stalych członków. Efektem jest wetownie rezolucji. Innym razem dochodzi do wojny, którą później Waszyngton próbuje przy pomocy ONZ zalegitymizować. Rada Bezpieczeństwa jest fasadą, z nadprezentacją Europy.

Ostatnie wydarzenia nasuwają pytanie, czy świat jest zdeterminowany by cokolwiek zrobić z Kim Dzong Ilem? To raczej wątpliwe, ponieważ nikt nie chce wsadzć kija w mrowisko. Tutaj występuje dziwna zbieżność między światem, a dyktatorem. Jedna i druga strona dążą do izolacji KRL-D.

Sprawę trzeba postawić jasno – Kim jest nieprzewidywalny i może stanowić potencjalne zagrożenie, ale pierwszy raz, gdy użyje np. rakiet przeciwko Amerykanom, będzie jednocześnie jego ostatnim ruchem. Skończy się wtedy folwark zwierzęcy. Korea Północna robi bardzo dużo hałasu, ale wynika on bardziej z desperacji, niż niezwykłych perspektyw tego państwa. Próba jądrowa, a następnie testy rakiet, były policzkiem wymierzonym Amerykanom, Japończykom i Koreańczykom z południa. Ciekawe, czy dadzą się bezkarnie obrażać? Jak do tej pory Kim Dzong Ilowi uchodziło to na sucho. Klucz do rozwiązania tej zagadki znajduje się w Pekinie.

- Zabawa w chowanego z Kim Dzong Ilem
- Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Pakistański Jarmark Europa

Brak komentarzy

W dolnie Swat trwają walki pomiędzy rządem pakistańskim, a talibami. Nic nie zapowiada jednak trwałego ustabilizowania sytuacji w tym kraju. Najtrafniejsze byłoby scharakteryzowanie położenia Pakistanu przy pomocy słowa „katastrofa”, ale warto podkreślić, że mogło – i może – być dużo gorzej.

Stan gospodarki Pakistanu jest fatalny – większość ludzi żyje w nędzy, inflacja wynosi ponad 25%.. Islambad co prawda dostał pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 7,5 mld dolarów, ale po pierwsze, to za mało, a następnej pożyczki już nie dostaje (niechętnie się pożycza komuś, kto będzie miał problemy z oddaniem), a po drugie, trudno, by gospodarka tak niestabilnego wewnętrznie państwa działała bez zarzutu. Jakby tego było mało, od 2 maja liczba zarejestrowanych uchodżców z terenów objęych walkami, wynosi prawie 1,5 miliona ludzi (!) – dane UNHCR. Prezydent Zardari charakteryzuje to jako „katastrofę humanitarną” i prosi świat o pomoc. Na razie nie mamy jeszcze jednego elementu układanki – mianowicie nie wiemy, ilu cywilów zginęło w czasie walk wojska z talibami. Mediów w tamte rejony nie dopuszczono, według uchodżców z Mingory (miasto w dolinie Swat), wojsko kontynuuje ostrzeliwanie i robi to bardzo intensywnie, co ma fatalne skutki dla żywotności mieszkańców. Armia pakistańska informuje też, że talibowie i bojownicy Al-Qaidy zamierza bronić się w miastach przy użyciu starej, sprawdzonej strategii – żywych tarcz.

Siły rządowe odnoszą na razie umiarkowane sukcesy w dolinie Swat. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż armia pakistańska jest nowoczesna, posiada silne lotnictwo i uzbrojone różnymi – z reguły chińskimi podróbkami rosyjskiego sprzętu – gadżetami wojska lądowe. W operacji wykorzystywane są helikoptery, walczą dobrze wyszkoleni komandosi. Przeciętny talib może przeciwstawić temu popularnego AK-47 i starej daty moździerze . Technologiczna róznica, jak między angielską Premiership i polską Ekstraklasą. Dlaczego zatem rząd nie może pokonać talibów i raz na zawsze załatwić problem?

Slyszałem kiedyś taką wizję przyszłości. Wladimir Putin wraz z potężną armią Federacji Rosyjskiej zajmuje całą Europę. Patrzy na mapę, dumny ogląda swoje zdobycze – Berlin, Paryż, Londyn, Warszawa… właśnie. Spostrzega jeden, niewielki czerwony punkt. Pyta ministra obrony z oburzeniem
- Siergiej, co to jest? Zajęliśmy całą Europę, pokonałem siły NATO, co to za kropka mi tu wyskakuje? – krzyczy oburzony.
- A, to Wietnamczycy skutecznie bronią się od lat na Stadionie Dziesięciolecia. (polecam również ten skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju)

Niegdyś dziennikarze „Wprost” postanowili kupić nowoczesny karabin używany w niemieckich tajnych służbach. Na ś.p. Jarmarku Europa znalezienie kontrahenta zajeło im ponoć 15 minut.

Podobnie jest z pograniczem afgańsko-pakistańskim zamieszkałym przez Pasztunów. Nie ma żadnej realnej jurysdykcji, a granica między tymi państwami jest zwyczajną fikcją. Prawo swoje, rzeczywistość swoje. To wylęgarnia terrorystów, w pełni kontrolowana przez struktury plemienne. Talibowie mają tutaj swoją bazę. Wojsko pakistańskie może wygrać w dolinie Swat (po np. krwawych walkach w mistach), ale Pakistan nie będzie w stanie zdobyć kontroli nad pograniczem, znajdującym się przecież w innym rejonie kraju. Niejasne są również interesy pakistańskiego wywiadu, którego stosunek do talibów bywa bardzo ambiwalentny. Z jednej strony oficjalnie ich zwalcza, z drugiej – o czym było głośno w mediach – konsultuje się z nimi, przesyla broń i czerpie korzyści z uprawy opium. Wszystko poza kontrolą władz centralnych. Talibowie są w jakiś sposób towarem eksportowym Pakistanu. Jak na Jarmarku, tylko że na obszarze tysięcy kilometrów kwadratowych.

Pakistańskie wojsko ma też problem z innego powodu. Dominuje w prawie każdym elemencie, ale talibowie doskonale znają teren, są w stanie prowadzić walkę partyzancką, a większość żołnierzy pakistańskich pochodzi z terenów nizinnych, w związku z czym nie potrafią walczyć w górach – a tam bronią i chowają się islamiści. Rozwiązaniem byłoby korzystanie z miejscowych rekrutów, gdyby nie fakt, że część z nich dezerteruje lub przechodzi na stronę talibów. Nie chcą walczyć przeciwko „swoim”. Związek Radziecki nie miał wystarczająco dużej miotły, by tam posprzątać. Amerykanie i Pakistańczycy też raczej nie mają. Zresztą, w latach 80-tych istnienie niestabilnego pogranicza tym państwom w ogóle nie przeszkadzało…

Starcia będą się więc przeciągać w nieskończoność, bo talibowie chcą wziąć „wszystko albo nic”. Nie interesują ich formuły pośednie. Nie mają przy tym sił, by być równorzędnym rywalem dla wojska. Jeżeli Pakistan się samoistnie nie rozpadnie, nowy Talibistan nam nie grozi. Przede wszystkim Pakistan musi podnieść się gospodarczo, bo jak wiadomo, bieda radykalizuje społeczeństwo. Cywilny rząd bez poparcia nie utrzyma się. Władze może przejąć wojsko.

O to, by Pakistan przetrwał zatroszczą się niewątpliwie Amerykanie. Chcą, czy nie – muszą się opiekować Pakistanem , bo jest on kluczem do Afganistanu. Państwowości Pakistanu nic więc nie grozi. Tak jak nie ma ryzyka – przynajmniej na razie – przejecia przez terrorystów arsenału nuklearnego Wojna z talibami może okazać się grą w chowanego – talibowie będą znikać w góach i pojawiać się zajmując kolejne wioski, do momentu kolejnej ofensywy. I tak w kółko. Prezydent Zardari nie będzie przecież w stanie obstawić całego kraju wojskiem. Wojna na wyczerpanie. Można sobie też wyobrazić, jak krwawe mogą okazać się walki w miastach.

Tak jak nierealne jest błyskotliwe zwycięstwo talibów, którzy nawet nie mają jednolitego dowództwa, tak tryumf prezydenta Zardariego też taczej nie wchodzi w grę. Problem talibański rozwiązałby tylko wtedy, gdyby podprząkował sobie pogranicze i przywódców plemiennych. U bumachera postawiłym więcej pieniędzy na to, że Polacy wygrają turniej Euro 2012. Prezydentowi brakuje siły, argumentów – w tym siłowego i autorytetu.

Celem minimum ofensywy armii jest zepchnięcie talibów na pogranicze. Pasztunów i nikt tak nie będzie w stanie kontrolować. Jeśli Zardari chce osiągnąć swój cel, to musi być zdeterminowany i konsekwentny. Stabilność tamtego regionu świata jest w rękach Islambadu. O ile nie ma szans na pokój z talibami, o tyle nie można z góry przekreślać rozmów z przywódcami plemiennymi. Prawo prawem, ale to oni mają rzeczywistą władzę. Nie da się ignorować interesów 15 milionów Pasztunów.

Przepędzenie talibów z doliny Swat, byłoby doraźnym i propagandowym sukcesem. Nie bardzo zmieniłoby taktyczne położenie Pakistanu i Stanów Zjednoczonych. Talibowie mogą bardzo szybko powrócić na tamte terytoria, jak to miało miejsce dotychczas. Jeśli udałoby się rozwiązać problem pogranicza, wtedy możliwa jest stabilizacja. Interesy Amerykanów, Pakistańczyków i Pasztunów (po dwóch stronach granicy) nie pokrywają się, dlatego obecny stan będzie się przedłużał, z przerwami na taktyczne przegrupowanie sił. Barack Obama wybiera już tylko mniejsze zło.

Wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu i zabranie pomocy Pakistanowi skończyłoby się prawdziwą katastrofą, nie tylko humanitarną. Już raz Waszyngton tak zrobił – w 1973 roku.. W Wietnamie. Dwa lata później Wietnam Pólnocny zdobył Sajgon.

Inne artykuły na podobny temat
- Pakistańscy mistrzowie negocjacji
- Sępy nad trumną polskiego geologa
- Indie w ogniu – demokracja w defensywie

Tym razem o Pakistanie

1 komentarz

Do ściągnięcia jest już kolejna audycja, w której wraz z Piotrem Wołejko i DoktoremNo produkujemy się na temat sytuacji w Pakistanie.

Tym razem wystąpiłem w roli moderatora dyskusji. Niedługo zresztą na ten temat powinienem napisać artykuł.

Na razie polecam najnowsze dzieło Piotra Wołejko

Audycja jak zwykle podzielona została na dwie części:

Klik – część pierwsza
Klik – część druga

A tymczasem kontynuuje zaprzyjaźnianie się z Gajusem, Justynianem, Ulpianem i resztą odlotowych chłopaków z Rzymu.

Gorszego końca świata nie będzie

1 komentarz

Cóż, aż dziw, że mogę jeszcze pisać, bo w Polsce są już przypadki świńskiej grypy. Wróg mogący potencjalnie mnie zarazić może czaić się wszędzie, łącznie z pokojem obok. Czy rozmowy telefoniczne są jeszcze bezpieczne? Śmiertelna epidemia wykończyła już pół Europy, a media relacjonują dramatyczną walkę w polskich szpitalach. Jak na razie „śmiertelnie” chorzy pacjenci po jednym dniu są wypuszczani do domu. Czy to ósmy cud świata?

Statystyki są szokujące. Wicedyrektor WHO Keiji Fukuda podał, że wirus A/H1N1 zabił 65 osób na 7,5 tysiąca chorych. Jak na razie śmiertelność tej choroby wynosi zatem mniej niż 1%. W moim poprzednim artykule na ten temat podałem zatem nieprawdziwą informację na temat śmiertelności, zawyżając ją (2-4%), przepraszam. Co roku z powodu powikłań związanych z grypą giną tysięce ludzi. Dlaczego o każdym zachorowaniu nie mówi się w telewizji? Niewąpliwie sprawdziłyby się nowe stacje – Grypa24, GrypaNews, GrypaInfo.

Tutaj nie chodzi o lekceważenie A/H1N1. Bardzo dobrze, że Światowa Organizacja Zdrowia trzyma rękę na pulsie, ale ranga problemu nie odpowiada hałasowi, jaki został wywołany. W samej Polsce spotkać się możemy z innymi, groźniejszymi, chorobami zakaźnymi. HIV to prawdziwy wyrok śmierci w zawieszeniu, a świńska grypa to tylko nieprzyjemny wirus, na którego istnieje lekarstwo i niedługo powstanie szczepionka. Swoją drogą dobry biznes dla producenta, bo przy takiej medialności tej choroby sprzedaż szczepionki powinna iść względnie dobrze, nawet w czasach kryzysu gospodarczego.

Z rozmachem sprawę postanowili załatwić Egipcjanie. Zapadła decyzja, by zabić wszystkie świnie hodowlane. Czy jednak nie ma coś w tym wszystkim podejrzanego? Czy zna ktoś muzułmanina, który hoduje świnie i jada wieprzowinę? Może świat szybko się zmienia, globalizacja jest w ciągłym pędze, ale mimo wszystko Egipt to nadal państwo z bardzo wyraźną przewagą wyznawców islamu, a ci trzymają się od świn z daleka. Swego czasu próbował to nawet wykorzystać Izrael rozważając wprowadzenie zabezpieczenia w autobusach, dzięki któremu chcący się wysadzić terrorysta miałby obligatoryjny kontakt z wieprzowiną (np. przy wchodzeniu do środka komunikacji), w efekcie czego po wybuchu nie trafiłby do raju i legendarnych, oczekująćych na niego dziewic, też raczej by nie uświadczył. W Egipcie świnie hodują chrześcijanie. Władzom egipskim nie przeszkadza nawet fakt, że nie znaleziono ani jednej zarażonej świni. Profilaktyka to profilaktyka.

Jeszcze ciekawiej jest w Afganistanie. Jak donosi moja korespodentka z Kabulu*, mieszkająca w tamtejszym zoo świnia Piggy jest w poważnych tarapatach. Afgańczycy zapomnieli na chwile o grożących im niebezpieczeństwach natury militarnej i boją się, iż to właśnie od niej mogą zarazić się nową, niebezpieczną chorobą. Władze zoo, profilaktycznie postanowiły poddać Piggy kwarantannie. Przezorny zawsze ubezpieczony. Może zabralibyśmy Piggy do naszego zoo? Co będzie tak sama siedziała w Afganistanie, gdzie w promieniu kilkuset/kilku tysięcy kilometrów nie znajdzie żadnego współtowarzysza.

Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku interesujące jest to, że zarażenie się świńską grypą wymagałoby ponoć bliskich kontaktów z świnią. Pisząc bliskich mam nie mam na myśli codziennego podawania jedzenia. Ostatnią rzecz, jaką można zarzucić muzułmanom, byłaby chyba zażyłość ze świniami, które są przecież „nieczyste”.

Świat stanął na głowie, a ktoś na nowej grypie zarabia i będzie zarabiał. Nie od dziś wiadomo, że ludzi trzeba przecież sezonowo czymś straszyć, bo wtedy łatwiej ich kontrolować. Z ostateczną oceną należy się naturalnie jeszcze wstrzymać, bo choroba nie dotarła jeszcze do najbiedniejszych państw. Lepiej zapobiegać niż leczyć, za taką postawę należy WHO pochwalić, ale już dziś można napisać, że wirus A/H1N1 nie jest śmiertelnym niebezpieczeństwem i prasowe tytuły o tym, że może unicestwić miliony z rzeczywistością mają tyle wspólnego, co bohaterowie „Star Treka”. Sama świńska grypa wystąpiła już kiedyś w Stanach Zjednoczonych w latach 70-tych. Okazało się, że więcej osób zginęło w wyniku szczepień niż działalności wirusa. To chyba najlepsze świadectwo realności zagrożenia, o którym nieustannie mamy nieprzyjemność słyszeć.

Więcej o wirusie
- Świńska ściema

*za podrzucenie newsa o dramatycznej sytuacji świnki Piggy dziękuje Annie Grabowskiej.

Po dwóch stronach frontu – Sendlerowa i Demianiuk

Brak komentarzy

Historia (ale nie Prawa i Ustroju – ta normalna, ciekawa) bywa często przewrotna. Równo rok temu umarła Irena Sendlerowa, bohaterka, kobieta, która uratowała 2,5 tysiąca żydowskich dzieci. Czyli tyle osób, ile ja być może nigdy nie poznam w życiu. Wykazała się przy tym nieziemską odwagą, spokojnie można ją postawić w jednym szeregu z rotmistrzem Pileckim. . Z drugiej strony dziś doszło do deportacji Iwana Demaniuka do Niemiec. Oskarża się go o współudział w zamordowaniu 29 tysięcy Żydów.

To dość osobliwe, że ludzie, którzy nie mieli żadnych skrupułów przy mordowaniu Żydów i robili to z pasją, próbują się zasłaniać złym stanem zdrowia. Powołują się na prawa sądowe i kruczki prawne, które mogłyby uchronić ich przed wymiarem sprawiedliwości. Chcą, by chroniła ich ta sama aksjologiczna wartość, którą niegdyś z największą łatwością odrzucali. Ciekawe, ile Żydów z obozów koncentracyjnych postawiono przed sądami i zapewniono sprawiedliwy proces? Ciekawe, czy ktokolwiek przejmował się złym stanem żydowskich i polskisch dzieci w tychże obozach? Podnosznie argumentu, że Demianiuk nie powinien stawać przed sądem ze względu na fatalny stan zdrowia jest w tym przypadku pełną definicją słowa cynizm. Uczciwy i sprawiedliwy proces jest obowiązkiem cywilizowanego świata, wyrok musi zapaść przed śmiercią sędziwego już Ukraińca. Chodzi o symbolikę, bo i tak większość zbrodniarzy wojennych pozostało nietkniętych. Demianiuk jest zatem listkiem figowym, ale jakże istotnym.

Z drugiej strony frontu stoi Irena Sendlerowa. Chyba tylko kobieta mogłaby mieć tak wrażliwe serce i tak konsekwentnie ratować innych. To coś nieprawdopodobnego, że ci najwspanialsi ludzie są bardzo często jednocześnie tymi najskromniejszymi. Podobnie było w przypadku pani Ireny. Dla niej wystarzającą nagroda była wdzięczność tych – już teraz dorosłych – dzieci. Jak dotąd Sendlerowa nie otrzymała należnego jej miejsca w historii. Należy sobie wyobrazić, ile odwagi w czasie wojny wymaga taka skoordynowana akcja, a co więcej – ile osób musi być w nią zamieszanych. Tak, Irena Sendlerowa nie działała sama, przecież te dzieci były gdzieś przetrzymywane – w domach dziecka, polskich rodzinach i sióstr zakonnych, a ktoś im musiał załatwiać fałszywe dokumenty. Często osobiście musiała przekonywać rodziców żydowskich dzieci, by powierzyły jej los swoich pociech. Koniecznie trzeba napisać, że Sendlerowa nie działała na własny rachunek, a w ramach Rady Pomocy Żydom – tzw. „Żegoty”, czyli w imieniu państwa polskiego. Jej członkiem był też, ale oczywiście na dużo niższym szczeblu, Władysław Bartoszewski. Irena Sendlerowa w końcu została aresztowana i wytrzymała tortury. Została skazana na śmierć. Dzięki pomocy „Żegoty” uwolniono ją, a pani Irena….powróciła do pomocy Żydom. Nieprawdopodobna odwaga, charakterystyczna dla ludzi z generacji II RP.

Ze zbrodniarzami takimi ja Demianiuk oraz z bohaterami, takimi jak Sendlerowa czy Pilecki, nie rozliczono się i nie wskazano im właściwego miejsca w historii. Sprawa Ukraińca jest o tyle delikatna, ze już raz przez Sąd Najwyższy Izraela został przecież uniewinniony. Teraz w sprawie pojawiły się nowe dowody i przeprowadzenie procesu jest bardzo ważne, głównie dla upamiętnienia pamięci ofiar. Mowa głównie o latach 1942-1943, a mamy obecnie 2009 rok. Niedługo nie będzie już kogo sądzić. Medialność tej sprawy powoduje, że nie można o niej mówić w oderwaniu od uwag na temat nazistowskich obozów zagłady. O tyle szkoda, że proces norymberski powinien być początkiem rozliczania nazistów, a nie politycznym końcem, jak to miało miejsce. Właśnie z powodu tych zaniechań, ludzie pokroju Iwana Groźnego albo spokojnie dożywają swojej śmierci albo już ich na tym świecie nie ma i jeśi istnieje piekło, to niewątpliwie isę w nim smażą. To samo tyczy się zbrodniarzy komunistycznych, którzy przecież od tych nazistowskich się niczym – poza ideologią – nie róznili. W tym miejscu warto pochwalić rezolucję PE pt. „Sumienie Europy a totalitaryzm”, gdzie komunizm zrównano z nazizmem pod tym względem, przy proteście socjalistów.

Nieprwadopodobne jest, że Pokojową Nagrodę Nobla dostaje Jaser Arafat, o którym można powiedzieć wiele dobrego i złego, ale generalnie powszechnie wiadomo, że sponsorował terrorystów, którzy raczej pokojowych zamiarów z zasady nie mają i Al Gore za działania z zakresu ochrony środowiska. Mógłbym wskazać jeszcze kilka kontrowersyjnych postaci np. z dwudziestolecia międzywojennego, gdzie nagradzono za traktat z Locarno, który był jednym z najważniejszych kroków w odbudowie pozycji Niemiec i w konsekwencji do pokoju się raczej nie przyczynił. Irena Sendlerowa nie otrzyma już prawdopodbonie Pokojowej Nagrody Nobla, bo przyznaje się ją osobom żyjącym, poza tym to nagroda wybitnie polityczna. Szkoda, że świat nie potrafi oddać hołdu prawdziwym bohaterom. Podnoszenie kwestii Sendlerowej jest szczególnie istotne, gdy mowa o „wrodzonym polskim antysemityzmie”.Pokonała zło dobrem.

Ostatnio zarówno o Sendlerowej i Demianiuku jest bardzo głośno. W Ameryce powstał film o naszej bohaterce, publikowane są rozliczne artykuły, sprawa coraz częściej jest przedmiotem zainteresowania mediów. Podobnie sytuacja ma się z Demianiukiem, którego deportacje uważnie śledzą media.

Ważną rolę w tym wszystkim gra internet i błyskawiczny obieg informacji. Internauci sami przyczyniają się do upowszechnienia wiedzy o tych jakże ważnych i odmiennych sprawach. To, czym nie zawsze zajmuje się szeroko pojęta elita (w tym medialna), stało się już wcześniej obiektem zainteresowania przeciętnych ludzi, któzy wzajemnie przesyłają i polecają sobie materiały związane z Ireną Sendlerową. Osobą, z którą powinien identyfikować się każdy Polak.

Więcej na temat historii:

- Rotmistrz Pilecki – czy tak musiało być?

- Trzy źródła o Auschwitz
- Dopaść “Iwana Groźnego”

Taśmy prawdy?

Brak komentarzy

Kolejna audycja radiowa z udziałem DoktoraNo, Piotra Wołejko i mojej skromnej osoby wyciekła do internetu. Trwa śledztwo w sprawie przecieku.

Tym razem rozmawialiśmy na temat terroryzmu, Syrii i Afganistanu. Rozmowa była jak zwykle merytoryczna, ja powoli przełamuję już swoje opory wobec mikrofonu na skype i zaczynam rzucać nieśmiało żartami w części drugiej.

Cóż, jeśli chcesz posłuchać rozmowy na temat terroryzmu i tortur, ściągnij część pierwszą.

Jeśli wolisz posłuchać o Syrii i Afganistanie, to polecam część drugą.. Wydaję mi się, że cz. 2 jest ciekawsza z punktu widzenia słuchacza, ze względu na treść..

Przepraszam za brak aktywności na blogu, ale złe siły (czytaj zerówka) otoczyły mnie całą mocą. Wierzę jednak, że moja miłość do II RP przezwycięzy wszystko, a zwłaszcza egzaminatora z Historii Prawa i Ustroju Polski.

Trzymajcie kciuki, a ja niebawem (po)wracam.

O terroryzmie i torturach – w odpowiedzi Maciejowi Jachowiczowi

Brak komentarzy

Po jednym z moich ostatnich tekstów pt. „Tortury – wojna idealizmu z pragmatyzmem” pojawiło się wiele wątpliwości. W większości były one wysuwane w komentarzach i krytykowały moje warunkowe zaakceptowanie pewnych sposobów wymuszania informacji. W gruncie rzeczy, sercem, ja argumentację i opinie komentatorów w jakiś sposób podzielam. Tortury, nawet te najmniejsze, są złem i uderzają w godność człowieka.

Pan Maciej Jachowicz postanowił napisać polemikę do mojego artykułu. Proszę bardzo. Niestety, pan Maciej nie chce merytorycznie dyskutować ani wymieniać poglądów. Postanowił zaatakować mnie za pomocą zdań wyrywanych z kontekstu i nadinterpretacji. Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej dyskutuje się z przeciwnikiem, któremu można włożyć w usta pasujące nam poglądy wg zasady „z tego rozumowania wynika, że należy mordować i gwałcić, zastanówmy się więc, dlaczego nie należy tego robić(…)” Sprytna taktyka.

Już w pierwszym zdaniu pan Maciej pozbawia nas nadziei na rzetelną dyskusję. „(…)w którym autor przedstawia się jako pragmatyk, co przejawia się w jego stwierdzeniu, że trochę tortur nigdy nie zaszkodzi.”

Manipulacja? Wystarczy przejrzeć mój tekst, by upewnić się, że nie tylko nie pada w nim takie niedorzeczne stwierdzenie (stawiam pół litra i orzeszki każdemu, kto znajdzie takie zdanie), ale zadaje również wiele pytań retorycznych, które negatywnie odnoszą się do amerykańskich tortur. Np. „. A co z niesprawiedliwie aresztowanymi? Po co nam całe dziedzictwo prawne, gdy w razie potrzeby nie jest one respektowane nawet w najmniejszym stopniu?” Akapit dalej dodaję, że na tortury zgodziłbym się w szczególnych okolicznościach i pod określonymi warunkami i je wymieniam, jednocześnie ostrzegając przed nadużyciami.

Mój adwersarz w całym swoim tekście omija wszelkie fragmenty, które podważają sens tortur, wyrażają moje obawy i wątpliwości. Skoro jednak piszemy pod tezę, to trudno cytować moje argumenty przeciwko torturom, nieprawdaż? Powinienem się cieszyć, że p. Jachowicz ich nie przekopiował, bo wtedy stanąłbym przed wyzwaniem odpowiadania na własne argumenty.

„Na temat genezy samej histerii tzn. ataków w 2001 roku nie będę się wiele rozpisywał. Zaznaczę jedynie, że – delikatnie rzecz biorąc – istnieją spore wątpliwości co do oficjalnej wersji wydarzeń.”

Nie wiem, czy w tym momencie nie pownienem skończyć pisania mojej odpowiedzi. Skoro pan Jachowicz ma wątpliwości co do tego, czy to terroryści wlecieli w WTC, to czy jest o czym rozmawiać? To jak to było panie Macieju? George W. Bush, Condi Rice i Barack Obama? Samoloty pewnie pilotowali Luke Skywalker oraz Han Solo.

Odsyłam do materiału, który wyjaśnia wiele wątpliwości, które stworzyli miłośnicy teorii spiskowej w/s 11.09. Powinno to rozwiać przynajmniej część wątpliwości, które pojawiły się w stosunku, jak to pan uroczo ujmuje, do tego „lokalnego wydarzenia”.
.Ciekawe, czy z równą pogardą mówiłby pan o tym wydarzeniu w rozmowie z tysiącami rodzin, które straciły swoich najbliższych. Proza życia uczy racjonalności.

Następnie trwa wyliczanka na temat Iraku. Nawiasem mówiąc pan Maciej łaskaw był użyć mojego argumentu, że terrorystów do Iraku przyprowadzili tak naprawdę dopiero Amerykanie. Generalnie jednak 100% zgody. To nie była wojna o ideały i broń masowego rażenia, a o ropę, gaz i pozycję strategiczną na Bliskim Wschodzie. Nie wiem tylko, po co pan Jachowicz pisze to w polemice do mojego tekstu?

„Cytat z Patryka Gorgola:’Terroryści jeńców nie biorą. Nie szanują życia cywili, żołnierzy, ani swojego.’ A czy Powstańcy Warszawscy lub jego przywódcy szanowali życie cywili lub swoje własne ?”

Czy mnie oczy nie mylą i pan Jachowicz stawia na równi powstańca z Warszawy i terrorystę wysadzającego się na bazarze w Bagdadzie? Jakoś nie słyszałem, by Armia Krajowa wysadzała autobusy pełne niemieckich cywilów. Za to od razu przypominam sobie udany zamach np. na Franza Kutscherę. Największy problem z islamskimi fundamentalistami polega na tym, że oni nie chcą współistnieć. Mają swoją wizję świata i innej nie akceptują. Odrzucają wszelkie wartości, które są dla nas ważne.

Pan Maciej Jachowicz nie bierze pod uwagę tego, iż terroryzm to nie tylko 11 września 2001 roku. Już zupełnie pomijając jego insynuację na temat organizatorów samych zamachów na dwie amerykańskie wieże, warto zastaonwić się: czy były to jedyne akty terroru?

Co z Londynem i Madrytem? Zamachów dokonali Baskowie i członkowie IRA? A Bali w Indonezji? Turystom się nudziło i wysadzili sobie dyskotekę? To też nie byli terroryści? Wysadzanie się w metrze to akt uczciwej walki o wolność? Nie wiadomo, ile zamachów zostało powstrzymanych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jak się jednak nad tym głębiej zastanowic, to ma sens. Skoro wrześniowe zamachy to „wydarzenia lokalne”, to jak nazwać te z Londynu i Madrytu? Ledwie zauważalne incydenty?

P. Jachowicz dokonuje też niezwykle ciekawej sztuki – porównuje współczesną Amerykę do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Dokładnie, Stany Zjednocozne drugie NRD, a FBI to Stasi. Nie chciałbym być źle zrozumiany, daleko mi od popierania polityki Obamy, w dodatku nie podobają mi się zmiany ograniczające de facto swobody obywatelskie, ale Stany Zjednoczone to nadal demokratyczny kraj wolności słowa.

Skoro pan Maciej postraszył nas już wschodnimi Niemcami, to może w końcu zacytować mnie, znanego zwolennika autorytaryzmu i totalitaryzmu.

„P. Gorgol formułuje to następująco: „…co jest ważniejsze? Komfort, wygoda i ewentualnie zdrowie jednego więźnia podejrzanego o terroryzm, czy bezpieczeństwo olbrzymiego centrum handlowego, w którym przebywa 1000 osób”. Zaostrzmy problem: co jest ważniejsze zdrowie i życie 20 pasażerów samolotu, który potencjalnie może rąbnąć w wieżowiec, czy zdrowie i życie 2.000 osób przebywających w wieżowcu? Jeżeli z jakiś tam przyczyn bezpieczeństwo wieżowca jest ważniejsze, to radzę w imię bezpieczeństwa nigdy nie wsiadać do samolotu, bo taki samolot – w imię bezpieczeństwa i zgodnie z prawem – może zostać zestrzelony.”

Każdy wsiada do samolotu na swoją odpowiedzialność. To okrutne, ale lepiej osierocić 200 rodzin z samolotu, niż 2 tysiące z wieżowca.

Bardzo się pan prześlizgnął przez ten argument dotycząćy centrum handlowego. Czy którykolwiek terrorysta z powodu wyrzutów sumienia poda namiary na swoich kolegów organizujących zamachy? Niech każdy rozsądzi to w swoim sumieniu.

„Dalej w artykule pojawia się wątek polski. „Washington Post” opublikował niedawno niedorzeczny artykuł, w którym „nakazuje Obamie brać przykład z polityki gospodarczej polskiego rządu” – podaje z dumą Gorgol”

Codziennie rano wstaje i rozpiera mnie duma. Pan Maciej był tak miły, że pomylił dumę z ironią. Kolejny raz zastosował taktykę pt. „co chciałbym, aby mój adwersarz powiedział?”.

Zacytujmy zatem cały akapit. Podkreślenia specjalnie dla pana Jachowicza.

„Amerykanie, by walczyć skutecznie z terrorystami, musieli mentalnie powrócić do średniowiecza. Skoro „Washington Times” nakazuje Obamie brać przykład z polityki gospodarczej polskiego rządu, to G.W. Bush postanowił powrócić do rozpowszechnionej w I Rzeczpospolicie metody prowdzenia śledztw – tortur. Podejrzany był torturowany trzykrotnie. Jeśli nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów – z reguły go uniewinniano. Tortury były standardowym sposobem udowodnienia winy według zasady, którą później pewien Gruzin (Józef Stalin – dop. Patryk) rozwinie do perfekcji – przyznanie do winy ostatecznie rozstrzyga sprawę. Czyż to nie upraszczało procesów?

Czy ktoś jeszcze uważa, że ja pochwalam ten sposób wyrokowania o winie? Ręka w górę? Wyżej?

Szukamy dalej, pan Jachowicz zarzuca mi, że moje myślenie sprowadza się do tego, że należy wprowadzić więcej podsłuchów, kamer itd. Szukam tego w swoim tekście – NIE MA (stawiam drugie pół litra i orzeszki komuś, jeśli to znajdzie).

Na koniec otrzymujemy jeszcze efektowną zbitkę moich wypowiedzi, naturalnie wziętych z kontekstu tak, by pasować do z góry obranej tezy. Pogratulować. Jestem w kropce, bo nie za bardzo mam, z czym dyskutować.

Rozwinę zatem trochę kwestię tych amerykańskich tortur z listy „Polska The Thimes”. Nie zagrażają one zdrowiu osadzonego. Najmocniejszą torturą jest waterboarding, czyli podtapianie.

W moim mniemaniu taka metoda zdobywania inforacji mogłaby być stosowana jedynie w szczególnych przypadkach i jedynie w sprawach związanych z masowym terroryzmem. Co więcej, trzeba byłoby wyprowadzić jakąś zasadę kontroli.

Wymuszone informacje nie mogłyby posłużyć wymiarowi sprawiedliwości w czasie procesu, ale polcija/wojsko/slużby specjalne użyłyby ich do powstrzymania zamachów. W dodatku te sposoby przesłuchań niemożliwe byłyby w sprawach np. kryminalnych. Byłby to szczególny środek wymuszania zeznań. Całym sercem jestem przeciwko takim metodom, ale podtapianie nie zabije, a porwany samolot już tak. Stajemy przed fatalnym wyborem. Musimy zdecydować się na mniejsze zło.

Nie akceptuję tego jako metod dręczenia, a jedynie zdobywania informacji niezwykle istotnych z punktu widzenia narodowego bezpieczeństwa. Przypomnę jeszcze raz: mowa tutaj o podtapianiu, pozbawieniu snu i utrzymywaniu w nieprzyjemnej pozycji, a nie odcinaniu palców i krojeniu skalpelem. Celem przesłuchania nie jest zabicie czy okalczenie więźnia, a zdobycie informacji, których nie można by przeciwko niemu później użyć, gdyż nie udzieliłby ich dobrowolnie. Jeśli jakiś śledczy robiłby inaczej – jestem za karą śmierci dla niego…

Odsyłam naturalnie do tekstu, który otworzył dyskusję, bo w nim znajduje się najwięcej argumentów zarówno „za”, jak i „przeciwko” takim sposobom przesłuchania. Życie nie jest czarno-biale i napisanie takiego motta na ścianie proponuję panu Maciejowi.

Świńska ściema

4 komentarzy

Czy ludzkości grozi śmiertelna pandemia? Czy znajdujemy się w labiryńcie bez wyjścia? Media podają, że ofiary świńskiej grypy to dziesiątki ludzi. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) informuje 1 maja, że w wyniku działalności wirusa zginęło dotąd 10 osób. Czyżby drobna nieściśłość?

Nie jedyna. Od kilku dni grypa wyrzuciła z mediów nawet światowy kryzys gospodarczy, za co powinniśmy być jej wdzięczni. Wszystkie stacje telewizyjne z uwagą informują o każdym kolejnym potencjanym zarażeniu świńską grypą. Mam nadzieję, że u mnie nie pojawą się typowe objawy grypy, bo co mi taki rozgłos? Od jakiegoś czasu niezwykłą radość w grupie osób wzbudza kichnięcie współtowarzysza. Na zdrowie.

Cały bajer ze świńską grypą polega właśnie na zamieszaniu medialnym, po części wywolanym przez WHO. Okazuje się jednak, że nowy wirus ma taką samą śmiertelność, jak ten typowy, sezonowy (kilka procent: 2-4). Prawdopodobnie zresztą ten „normalny” wirus zabije w tym roku więcej osób, niż A/H1N1. Gwiazdą mediów już jednak już nie zostanie.

Na całe szczęście niczym rycerze na białych koniach przybywają giganci farmaceutyczni – Roche i GlaxoSmithKline. Firmy te produkują skuteczne wobec świńskiej grypy leki – Tamiflu i Relenzę. Światowa Organizacja Zdrowia już zaapelowała do tych firm o zwiększenie produkcji. Cóż, z cięzkim sercem, ale Szwajcarzy i Brytyjczycy będą musieli to zrobić. Zyski może aż tak bardzo nie pójdą w górę (WHO i duża część państw mają duże rezerwy tych leków), ale pomyślmy o prestiżu firmy, która pokona świńską grypę. To prawie jak zabić smoka, wziąć rękę księżniczki i pół królestwa. W dodatku mało kto głośno wspomina o skutkach ubocznych np. Tamiflu. Bliższe szczegóły podaje „Dziennik”. W Japonii i Korei Południowej uznano, że lek firmy Roche powoduje myśli samobójcze i nadpobudliwość. Dwoje nastolatków po zażyciu Tamiflu popełniło samobójstwo, skaczac z bloku.

Wniosek powinien być bardzo prosty – skoro wirus ma niską śmiertelność, istnieje przeicwko niemu skuteczny, rzekomo, lek, a w przeciągu najbliższych miesięcy powstanie szczepionka, to czy nie jesteśmy ofiarami ogólnoświatowej paniki? Wirus rozprzestrzenia się szybko i nie jest znany naszemu układowi immunologicznemu, jednak jeśli nie zachoruje nagle kilka milionów ludzi w jednym państwie, to sytuacja zostanie opanowana bez trudu. Odważę się stwierdzić, że A/H1N1 nie jest realnym zagrożeniem dla Europy, o ile zachowane będą podstawowe zasady bezpieczeństwa. Na pewno będą jeszcze ofiary, ale nie będzie to jakaś niezwykła liczba. Na całym świecie ludzie umierają na choroby zakaźne.

W telewizji pojawiają się materiały na temat tego, jak uniknąć zarażenia. Częste mycie rąk, kichanie w chusteczkę, unikanie miejsc z dużą liczbą osób. Ja jednak mam lepszą receptę na sterylne społeczeństwo. Może nie wychodżmy z domu? Rozmawiać będziemy przez telefon (chyba nie można się zarazić?), skype (to robią już nawet talibowie!) i gadu-gadu. Panika jest nieadekwatna do zagrożenia. Zajrzałem nawet do tzw. literatury fachowej. Najważniejsza jest profilaktyka, jeśli przygotujemy nasz układ odpornościowy, uporamy się z grypą. Głónwymi elementami dbania o siebie są odpowiednia dieta i sport. Odkrywcze, prawda?

Wygląda to podobnie do „ptaisej grypy”, która swego czasu narobiła dużo hałasu w mediach, jednak nie stworzyła realnego zagrożenia. To dobrze, że rządy i WHO reagują błyskawicznie na zagrożenia, ale w tym przypadku nie ma powodów do obaw, o ile obywatele będą na tyle świadomi, by w przypadku zachorowania pójść do lekarza. Na razie działania podjęte w celu uniknięcie rozprzestrzeniania się wirusa wydają się rozsądne i skuteczne. Warto odnotować, że przecież ludzie nie umierają na samą grypę, a w wyniku powikłań spowodowaych nadkażeniem bakteryjnym. Leki przeciwgrypowe niwelują szansę ich powstania. Sprawne państwa poradzą sobie z A/H1N1, tak jak ze zwykłą grypą.

Dziś jest kolejny dzień z naprawdę ładną pogodą. Może warto wyjść na spacer do zaludnionego parku, zamiast oglądać kolejne gorące newsy w telewizji mówiące, że kolejna osoba podejrzana o zachorowanie została przewieziona do szpitala? W Nowym Jorku – powołuje się tutaj na Rona Paula – chorych na świńską grypę nawet nie hospitalizowano. A/H1N1 to żaden wyrok skazujący. To choroba, prawie taka, jak normalna grypa. Wirusy mają to do siebie, że mutują i czasami pojawiają się ich groźniejsze formy. To jednak nie przypadek, że w Ameryce zginęła tylko jedna osoba. Poziom kultury medycznej ma tu bardzo duże znaczenie.

 12Starsze artykuły