Prawo do powrotu, a prawo do istnienia?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

Żydzi i Palestyńczycy nie prowadzą już nawet rozmów pokojowych. Czy największym problemem jest przynależność Strefy Gazy czy Zachodniego Brzegu Jordanu? Zdecydowanie nie, pokój jest niemożliwy, bo Izraelczycy nie mogą zaakceptować palestyńskich roszczeń do powrotu, a Palestyńczycy – wysuwając takie żądania – nie chcą uznać izraelskiego prawa do istnienia. To klasyczny przypadek, gdy historia jest już rzeczywiście historią i jedynie spojrzenie w przód może przynieść odpowiednie skutki. Bez postępowych przywódców, któych tak brakuje na Bliskim Wschodzie, żadne hasło w stylu „yes, we can” nie ma żadnej szansy powodzenia.

Izrael wypędził około 700 tysięcy Palestyńczyków. Teraz – wraz z rodzinami – to ponad 4 miliony. Status uchodżcy, podobnie jak w przypadku niemieckiego wysiedleńca, zdobywa się dziedzicznie. Historii nie oszukają ani Żydzi, ani Arabowie. Ci pierwsi wypędzili Palestyńczyków z ich ziemi, ale ci drudzy nie mieliby litości dla Żydów, nawet po II wojnie światowej. Albo my albo oni. Raczej też nie należy szukać pozytywów w humanitarności obu stron w czasie pierwszej wojny izraelsko-arabskiej.

Świat arabski krzyczy bardzo głośno w sprawie palestyńskiej, ale jednocześnie nie robi nic, by pójść do przodu. To tak, jakby próbować pchać tira z zaciągniętym ręcznym pod górkę i celowo nie nalewać paliwa. Muskuły są, co prawda, napręzone, ale samochód nadal stoi w tym samym miejscu. Arabowie nie tylko nie kwapili się z roztoczeniem opieki nad Palestyńczykami. Oni ich – często nie bez powodu – wyganiali (Jordania, Liban). Uchodżcy żyją w fatalnych warunkach, elita palestyńska oczywiście opłwa w luksusy, a nienawiść izraelsko-arabska rozkwita. Arabowie wykorzystuje konflikt propagandowo. Palestyńczycy nie mają prawdziwego domu, a w dodatku kłocą się między sobą. Mało kto wierzy w to, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Zwłaszcza, że Izrael ma wszelkie instrumenty, by gospodarczo i militarnie zamienić Palestynę w XIX-wieczną wieś.

Sprawa wypędzonych Palestyńczyków jest wyjątkowa. Izrael, wpuszczając ponad 4 miliony uchodżców, popełniłby efektowne harakiri. Nagle państwo żydowskie zamieniłoby się w arabskie. Już teraz władze izraelskie bardzo niepokoją się wysokim przyrostem naturalnym wśród arabskich obywateli Izraela, przy niskim przyroście wśród rodzin żydowskich. Teraz tego nie widać, ale za 20 lat? Na Bliskim Wschodzie to walka o istnienie, a nie o statystyki.

Mahmud Abbas zapowiedział, że nie uzna Izraela jako „państwa żydowskiego”. Prezydent Autonomii Palestyńskiej ma nieporównywalnie słabszą pozycję, niż niegdyś Jaser Arafat. Więcej w tym jest teatru, niż realnej politycznej deklaracji. Abbas nie mógł pójść na takie ustępstwo, gdyż w jakiś sposób wyrzekłby się „prawa do powrotu”. Izraelczycy nie zaproponowali mu zresztą nic w zamian, więc zupełnie nie może to dziwić. Tym samym po raz kolejny na drodze pojawiła się ta olbrzymia kłoda, której nie cbce pokonać żadna ze stron. Abbas nie wyrzeknie się nierealistycznego prawa do powrotu, a Netanjahu nie zaproponuje np. odszkodowań i pomocy w osiedlaniu się w państwie palestyńskim, które mogłoby powstać za kilka lat. Izraelski rząd na pewno wie, że Palestyńczycy nie mogą porzucić tego żądania w zamian za nic.

W przypadku „prawa do powrotu” chodzi o izraelskie być albo nie być. Palestyńczycy mogliby wykorzystać ten punkt, by uzyskać korzyści w innym miejscu. Niestety, raz, że nie chcą się zgodzić na rezygnację z tego żądania, argumentując, że sama zgoda na istnienie Izralea w granicach z 1967r jest już gigantynczym ustępstwem, a dwa, Izrael do żadnych rozmów na ten temat nie dąży. Prawo do powrotu i Jerozolima, to najtrudniejsze z problemów.

Patrząc w tył wspomniane narody widzieć będą głównie cierpienie i nienawiść. Palestyńczycy muszą się pogodzić z tym, że żadnego masowego powrotu nie będzie, bo żaden iraelski polityk nie podpisze takiego samobójczego porozumienia. Z drugiej strony Palestyńczyom potrzeba naprawdę ogromnej i smakowitej marchewki, by zrezygnowali z tego roszczenia. Interwencją w Strefie Gazy nie zawrze się pokoju. Chociaż, jeśli szczerze oceniać intencje sił rządzacych w Izraelu i Strefie Gazy – nikomu na pokoju nie zależy. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, do ciągłego życia w niepewności również.

Brakuje siły moralnej, by zrobić krok naprdzód. Nie osobno – razem. Palestyńczycy i Żydzi patrzą na siebie przez pryzmat zasady „ja zyskuje – on traci, ja tracę – on zyskuje”, co znacząco utrudnia wszelkie rozmowys. Amerykański wysłannik na Bliskim Wschodzie jest bezradny, chociażby dlatego, że nie ma z kim rozmawiać, bo np. Palestyńczycy nie mają jednolitej reprezentacji. Nowy rząd izraelski z kolei celowo zaognia sytuację – prawdopodobnie nowy Minister Spraw Zagranicznych doskonale odnajduje się w sytuacji, w której żąda od Palestyńczyków zrezygnowania z „prawa do powrotu”, a sam wycofuje się z deklaracji z Annapolis, która wielkiego znaczenia nie miała, ale była jednym z ostatnich aktów dobrej woli.

Inne artykuły na temat Bliskiego Wschodu
- Syryjskie umizgi
- Bliski Wschód – straszno i śmieszno
- Rozmówki palestyńsko-palestyńskie i izraelsko-izraleskie
- Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?
- Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

Audycja numer 2

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Wraz z DoktoremNo, Piotrem Wołejko oraz jaku nagraliśmy kolejną audycję “Czterech do brydża”. Tym razem zajęliśmy się rywalizacją Chin i Rosji i dość moćno wyekspolatowaliśmy ten temat.

Jeśli zatem chcesz posłuchać mnie i chłopaków, to zapraszam do ściągania plików. Niestety, nagrania jeszcze nie są “na żywo” (w radiu jesteśmy odrwarzani), ale będę lobbował, by w przyszłości, wraz z naszym postępem technicznym, miało to miejsce.

Część pierwsza audycji

Część druga

Strona Radia Niepoprawni.pl

Tortury – wojna idealizmu z pragmatyzmem

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

Dwudziesty pierwszy wiek przynosi niebywały dylemat – bezpieczeństwo demokratycznego społeczeństwa czy prawa jednostki? Z tym problemem przyszło i prawdopodobnie przyjdzie się zmierzyć potężnej zachodniej cywilizacji, której śmiertelnym przeciwnikiem są terroryści. Czy w tej wojnie jest miejsce dla jeńców?

Terroryści jeńców nie biorą. Nie szanują życia cywili, żołnierzy, ani swojego. Społeczeństwo demokratyczne, stosując naturalne metody przeciwdziałania, znacznie ogranicza swoje możliwości obronne. Z drugiej strony, pozwalając na łamanie standardów, narusza swoje podstawowe reguły. Podziwiam łatwość, z jaką większość osób krytykuje amerykańskie tortury prowadzone na więźniach. W gruncie rzeczy mają rację – Amerykanie łamią niemal wszystkie zasady wolności, jakie niegdyś sami głosili. Idealistyczna polityka zagraniczna, tak lansowana w „Dyplomacji” Henry’ego Kissingera, jest lylko papierem, który zniesie wszystko. W przeciwieństwie do więźnia. Zagrożenie jest jednak szczególne, bo trzeba zadać sobie pytanie: co jest ważniejsze? Komfort, wygoda i ewentualnie zdrowie jednego więźnia podejrzanego o terroryzm, czy bezpieczeństwo olbrzymiego centrum handlowego, w którym przebywa 1000 osób lub bagdadzkiej ulicy (chociaż uczciwie trzeba przyznać, że terroryści zyskali na znaczeniu w Iraku dopiero po wejściu Amerykanów)? Czy zgoda na tortury wobec grupy więźniów nie mogłaby doprowadzić w przyszłości do paranoi, wg której każdy podejrzany o terroryzm byłby profilaktycznie torturowany? Przecież tego nie można unormować prawnie ze względu na liczne konwencje, deklaracje, czy chociażby przepisy konstytucji.

Część z komentatorów na pewno zarzuci mi podwójną moralność, ale przyznam się do pewnej obserwacji. W „Polska The Times” znalazłem listę tortur, jakim miał być poddawany był Abu Zubajda. To rzeczy niewyobrażalnie nieprzyjemne, nieeleganckie i bardzo złośliwe, ale – co bardzo istotne – nikt tutaj nie mówi o stosowanych w niektórych państwa świata torutr, które kaleczą, o ile nie zabijają, ludzi, takich jak obcinanie członków, krojenie skalpelem lub starego powiedzeni z „Psów – „Z akumulatorem na jajach jeszcze nikt nie kłamał” . Wbrew słowom krytyków – Amerykanom jeszcze bardzo dużo brakuje do takich Chin czy Korei Północnej. Zdrowiu i życiu Abu Zubajdy nie groziło realne niebezpieczeństwo.

Amerykanie, by walczyć skutecznie z terrorystami, musieli mentalnie powrócić do średniowiecza. Skoro „Washington Times” nakazuje Obamie brać przykład z polityki gospodarczej polskiego rządu, to G.W. Bush postanowił powrócić do rozpowszechnionej w I Rzeczpospolicie metody prowdzenia śledztw – tortur. Podejrzany był torturowany trzykrotnie. Jeśli nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów – z reguły go uniewinniano. Tortury były standardowym sposobem udowodnienia winy według zasady, którą później pewien Gruzin rozwinie do perfekcji – przyznanie do winy ostatecznie rozstrzyga sprawę. Czyż to nie upraszczało procesów?

Tylko że to nie jest typowy problem. Jeśli chcemy wygrać z terrorystami, musimy być przede wszystkim skuteczni i zdobywać informacje, które będą chronić uczciwych, szarych obywateli nieraz być może przy cichej akceptacji dla takich niemoralnych metod. Co z tego, że obywatele żyliby w państwie spełniającym 1000 zasad kraju demokratycznego, skoro nie potrafiłoby ono zapewnić jakiegokolwiek bezpieczeństwa? Chyba każdy rozumie, że groźny terrorysta, planujący wysadzić się w metrze, nagle nie postanowiłby wydać wszystkich swoich kolegów-samobojców i kontakty operacyjne pod wpływem wyrzutów sumienia, jakimi udręczałaby go wizyta w więzieniu. Stajemy więc przed bardzo cięzką refleksją. Czy działamy idealistyczne, tylko i wyłącznie w białych rękawiczkach, czy pragmatycznie, naruszając głęboko zakorzenie w nas wartości? Będę się upierał, że wizyta terrorysty w skrzyni z robakiem dużo mniej uderza w moje poczucie estetyki, aniżeli zamach na metro. Celem tortur, których przecież nie sposób porównać z tymi radzieckimi, chińskimi czy północonkoreańskimi, nie jest udowodnienie winy i wyrok skazujący, a uzyskanie informacji na temat planowanych działań terrorystycznych. Dopóki tak to wygląda, to z taką przykrą konsekwencją musimy się pogodzić.

W świecie służb specjalnych tortury są rzeczą zwykłą. Proszę wyobrazić sobie, co dzieje się ze szpiegiem, który nie ma immunitetu dyplomatycznego, a wpadnie na gorącym uczynku w komunistycznym państwie? Można też rozumować odwrotnie, przecież to niemożliwe, by CIA nie miała zagranicznych więzień. Dlatego te służby są określane mianem „tajnych”. Sprawy szpiegów załatwiane są z reguły po cichu, zwłaszcza poza Europą. Amerykanie też działali tajnie, dopóki sprawa nie wyszła na zewnąrz. Podziwiam naiwnych, którzy uważają, iż służby specjalne, działające przecież za granicą wbrew prawu, same będą respektować przepisy. Mają speczadania. Oczywiście, społeczeństwa wychowuje się bezstresowo, ale w świecie wywiadu nie ma sentymentów. Jest siła i bezwzględność.

Terroryści rozumieją właśnie głównie argument siły i są gotowi do wykorzystania każdej słabości. Przy okazji tematu tortur pojawia się mnóstwo pojedynczych pytan. A co z niesprawiedliwie aresztowanymi? Po co nam całe dziedzictwo prawne, gdy w razie potrzeby nie jest one respektowane nawet w najmniejszym stopniu? Mówię tutaj zwłaszcza o bezprawnym zatrzymywaniu.

Ogólnie to nawet w szczególnych okolicznościach byłbym w stanie poprzeć stosowanie metod wymuszania zeznań, ale pod kilkoma warunkami takmi jak wykorzystanie wiedzy jedynie w zakresie działań operacyjnych. Zeznania pomogłyby służbom, ale nie obciążałyby oskarżonego. Gorzej, gdyby jakiś geniusz wpadl na pomysł, by sprawy kryminalne też rozwiązwać w ten sposób. Szybko cofnęlibyśmy się w rozwoju nie tylko do średniowiecznej Europy, ale wkrótce też do zasady talionu (oko za oko) i Hammurabiego, bo czemu się ograniczać?

Znalezienie consensusu w tej sprawie wymaga bardzo mądrych polityków i bardzo rozsądnych oraz precyzyjnych regulacji. Większym zagrożeniem dla demokracji są niewątpliwie terroryści planujący swój kolejny rajd niż fakt łamania, w szczególnych okolicznościach, jednej z zasad tej demokracji. To bardzo cienka linia, z której można w każdej chwili spaść, bo niewąpliwie pojawiłoby się wiele nadużyć i niedomówień. Dlatego olbrzymim błędem jest oficjalna dyskusja w Kongresie na ten temat. Im częściej się mówi o problemie, tym większy staje się on w rzeczywistości. W tym przypadku należy pamiętać, że większość aresztowanch terrorystów to potencjalni seryjni zabójcy lub ich pomocnicy. W demokratycznym państwie prawa zdarza się, że skazany bywa człowiek niewinny. Jeśli zabronimy słuzbom działać, sami doprowadzimy do sytuacji, w której zmniejszymy swoje zdolności operacyjne.

Walka z zorganizowanymi grupami terrorystów (nawet małymi) wymaga podjęcia odpowiednich środków, nie zawsze konwencjonalnych. To bardzo często kwestia dobrego smaku, dlatego od skutecznego przesłuchania do bezmyślnych tortur jest bardzo niedaleko. Tematu nie można rozpatrywać z perspektywy zerojedynkowego kodu binarnego. Jeśli podtapianie jednego terrorysty ma powstrzymać zamach lub doprowadzić do 10 innych aresztowań, to może warto?

Więcej na temat demokracji:
- Indie w ogniu, demokracja w defensywie
- Zachodnie dziedzictwo w Strefie Gazy
- Pakistańscy mistrzowie negocjacji

Rotmistrz Pilecki – czy tak musiało być?

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Wybuchła kolejna wojna polsko-polska. Tym razem o rotmistrza Witolda Pileckiego. Jest to postać heroiczna, wzór do naśladowania dla przyszłych pokoleń. Czekam aż któryś z rezyserów wpadnie na pomysł, by nakręcić film na podstawie raportu Witolda. Warto.

O Witoldzie Pileckim pisałem po raz pierwszy, gdy pojawiły się informacje, że może stać się patronem nowego święta w Unii Europejskiej – Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Naturalnie poparłem taki pomysł – skoro Unia Europejska chce ustanowić takie święto, to czemu nasz bohaterski rotmistrz nie miałby być jego patronem? Okazuje się jednak, że sprawa nie jest taka prosta, jakby się to mogło wydawać, a do gry wkroczył najgorszy przeciwnik historii – polityka. Rotmistrz Pilecki stał się obiektem targów i mało eleganckich przepychanek, a pomysł utworzenia takiego święta nie był oczywisty

Spektakl nie rozpoczyna się wcale w momencie głosowania nad poprawkami, jak to przedstawia jedna strona sporu. Dyskusje nad rezolucją rozpoczęły się dużo wcześniej. Tak samo mało prwadopodobne, a wręcz poniżająco, brzmią zapewnienia europosłów o tym, że pomylili się przy głosowaniu. Trzy razy?

Nasza przewaga nad politykami polega na tym, że dysponujemy ich wypowiedziami. Wiemy też, jak to wygądało do momentu głosowania, a nie po nim, gdy już nasi geniusze skupili się na wzajemnym kopaniu się po kostkach.

Po kolei zatem. Rezolucja była negocjowana. „Dziennik” podawał, że zarówno święto, jak i kandydatura Witolda Pileckiego na jego patrona, dysponuje poparciem UEN-u (Unii na Rzecz Europy Narodów) oraz EPP-ED (Europejskiej Partii Ludowej-Europejskich Demokratów). Ja wrzuciłem cyferki (tj. liczbę posłow jednej i drugiej frakcji) w kalkulator i wyszło mi, że rezolucja w tej sprawie (a nie poprawka!) nie ma poparcia większości, o czym poinformowałem na swoim blogu Cytuję panią poseł Hannę Fołtyn-Kubicką, która komentowała mój wcześniejszy artykuł na temat Witolda Pileckiego.

„(…)Rzeczywiście, sam projekt rezolucji powstał w moim biurze i został jednogłośnie przyjęty przez grupę UEN. Poseł Saryusz – Wolski już zapowiedział, że EPP poprze ten dokument, co rzeczywiście jest bardzo ważną deklaracją(…)”

Projekt rezolucji, czy projekt poprawki? Powoli zaczynamy wkraczać do labiryntu. Czyli to święto i Pilecki nie mieli być od początku wpisani do rezolucji „Sumienie Europy a totalitaryzm”? To zmienia w ogóle mój sposób myślenia. Do samego uchwalonego dokumentu przejdę potem.

Czytamy również, że Europejska Partia Ludowa ma poprzeć „ten dokument” (nie poprawkę?), co zapowiedział Jacek Saryusz-Wolski. Tak sobie to rzucił dla żartu? Gdzie jest teraz Saryusz-Wolski?

Teraz powrócę do tej większości. Ja na swoim blogu wyraziłem obawę na temat tego, czy projekt rezolucji (!) uzyska większość myśląc (nie bezpodstawnie), że ten „niewidzialny” dokument (nie poprawka!) istnieje – „Projekt rezolucji powstał w moim biurze” – dodała pod moim tekstem pani poseł.

Brnę dalej w matematykę. UEN i EPP-ED to za mało, co zauważyłem już wcześniej. Abstrahując już od tego, iż okazało się, że EPP-ED nie popiera rezolucji/poprawki, pani poseł pisze:

„(…)do sukcesu potrzebne będzie jeszcze poparcie liberałów z grupy ALDE(…)”

Owszem. Liberałowie jednak chyba też nie bardzo poparli poprawki. Wychodzi na to, że niczego nie udało się uzgodnić ani z ALDE, ani z EPP-ED.

W dniu głosowania okazało się zatem, że poprawki (już na pewno nie rezolucje) nie mają poparcia żadnej dużej frakcji Parlamentu Europejskiego. Skoro forsuje się projekt, to trzeba zapewnić mu poparcie. Tak powinien postąpić rozsądny polityk świadomy swojej roli. Po co pięknie przegrywać?

Dalej to mamy do czynienia z operą mydlaną. Nikt nie zastanawia się jednak nad czymś innym. Przecież te poprawki, nawet z poparciem polskisch europosłów, nie przeszłyby. Dziwię się Polakom, którzy głosowali przeciwko, ale Europejczyków w jakiś sposób rozumiem. Istota sporu gdzieś nam znika. Istnieją powody, dla których można było głosować przeciwko tym poprawkom i są one logiczne.

Często u siebie na blogu śmieję się z Unii Europejskiej i nadprodukji dokumentów w tej instytucji. Niestety, czy tego chcemy, czy nie, to UEN do bardzo ogólnego dokumentu (zapraszam do zapoznania się z nim tutaj) próbowała wcisnąć poprawkę upamiętniającą heroizm jednej osoby. Zgoda, Witold Piecki to bohater, ale nie jest jedynym odważnym człowiekiem w Europie, a raczej dziwnie to wygląda, gdy wśród bardzo ogólnego dokumentu podaje się tylko jeden przykład bohaterskiego postępowania. „Sumienie Europy a totalitaryzm” to bardziej deklaracja, aniżeli rezolucja wypełniona konkretami. Celowo pozbawiona jest indywidualnych odwołań. Łatwiej w takiej sytuacji o komprmis, mniej sporów przy uzgadnianiu dokumentu. Z tego powodu rozumiem niektórych Europejczyków, którzy nie chcieli zajmować się postaciami historycznymi. Poza tym to poprawka polskiej europoseł mówi o nowym święcie. To czemu nie zgłosić trzydziestu innych bohaterów i święta dla nich? W ten sposób mógł rozumować np. francuski europoseł. Napiszę to po raz kolejny – sztuką nie jest słusznie przegrać. Im dłuzej przypatruje się całej sprawie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ta rezolucja ma takie samo znaczenie, jak większość dokumentów uchwalanych przez Parlament Europejski – jest zapełnionym treścią papierem, który nie ma żadnego wpływu na rzeczywistość.

Głosowanie przeciwko Pileckiemu nie było zatem – w przypadku nie-Polaków – skierowane przeciwko osobie rotmistrza, a stanowiło walkę o utrzymanie obecnego układu dokumentu, który potępia przecież komunizm i nazizm.

Nie wszystko złote, co się świeci. Rotmistrz Pilecki to wyjątkowa postać, zasługuje na pamięć i szacunek. Może na razie jednak wprowadzilibyśmy go na stałe do polskich podręczników od historii? Myślę, że to dużo ważniejsze, bo unijnych dni się w zasadzie nie obchodzi, a ich ranga nie jest duża. Szkoda o tyle, że rotmistrz przegrał w głosowaniu, ale to wina Polaków, którzy nie potrafili przyotować odpowiedniego gruntu i zawrzeć kompromisu z jednej strony, a z drugiej to naprawdę obciach, gdy Brytyjczycy głosują „za” poprawkami w/s Pileckiego, a nasi europosłowie 3 razy się „mylą” i potem korygują swoje głosowanie pod wpływem opinii publicznej.

Parlament Europejski większością głosów odrzucił te poprawki. Jestem w 100% przekonany, że polscy pomysłodawcy doskonale wiedzieli, jaki los je czeka. Zamiast wycofać i poczekać na lepszą (np. mniej ogólna rezolucja) okazję, woleli użyć postaci rotmistrza do celów politycznych, gdy w rzeczywistości projektom zabrakło kilkuset głosów, co jest kompromitacją, jeśli uznać, że faktycznym celem UEN-u było dodanie postaci rotmistrza do rezolucji. a nie rozpętanie zadymy Nie przykryje się tego Polakami głosującymi przeciwko, bo postąpili fatalnie, lecz nie miało to żadnego wpływu na los tych poprawek.

Więcej na tematy związane z historią:
- Obronić przed zapomnieniem: rotmistrz Witold Pilecki
- Pawelka & Steinbach – duety do mety
- Dopaść “Iwana Groźnego”
- Trzy źródła o Auschwitz

Posłuchaj mnie

Inne Komentarze (0) » dodajdo

Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać, jak męczę się z mikrofonem i kiepskim transferem dźwięku, który sabotuje moje wypowiedzi, to zapraszam do odsłuchania audycji Radia Niepoprawni.pl

Prawdopodobnie co tydzień będę, wraz z Piotrem Wołejko oraz DoktoremNo, wypowiadał się na tematy związane z polityką międzynarodową. Rozmawialiśmy na temat Baracka Obamy, Iranu, somalijskich piratów, Meksyku i Korei Północnej.

Do ściągnięcia:
Audycja – część pierwsza
Audycja – część druga

Audycja pilotażowa pełna jest jeszcze niedoróbek, ale myślę, że projekt idzie w bardzo dobrym kierunku.

P.S. Mam wrażenie, że to nagranie ktoś mi wyciągnie za kilka lat i będzie kupa śmiechu
P.S2. “tak naprawdę’! ;)

Zabawa w chowanego z Kim Dzong Ilem

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Kim Dzong Il po raz kolejny kpi sobie ze świata. Po wystrzeleniu „satelity”, którego nie ma (może jest niewidzialny?), a był testem rakiety Taepondong II, postanowił wyrzucić obserwatorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) z elektrowni atomowej w Jongbion. Pretekstem jest protest przeciwko rezolucji RB ONZ. Takie oburzenie dziwi, bo w/w rezolucję najlepiej podsumują trzy wyrazy: słowa, słowa, słowa. Chińczycy i Rosjanie nie zgodzili się mocniejsze ustalenia. Kim Dzong Il znowu pobawi się z mocarstwami w kotka i myszkę lub chowanego.

Czy naprawdę świat nie może sobie proadzić z jednym z najbiedniejszych państw świata? Może, ale nie chce. Wbrew pozorom Kim Dzong Il nie jest odbierany jako realne zagrożenie. „Walka” z nim to z kolei świetne narzędzie PR. Poza tym – skrótowo mówiąc – upadek komunizmu w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej byłby olbrzymim wstrząsem dla tamtego regionu świata. Korea Południowa i Ameryka, próbując jednoczyć Koreę, musiałyby zainwestować setki miliardów dolarów w zupełnie nierentowną gospodarkę folwarku Kim Dzong Ila. Japończycy i Chińczycy bardzo baliby się nowego państwa z ogromnym potencjałem. Zjednoczona Korea byłaby projektem bardziej kosztownym niż przyłączenie NRD do RFN. Chociażby z tego względu, że Niemiecka Republika Demokratyczna, w porównaniu z Koreą Północną, to był niemal raj na ziemi. Inwestycje we wschodnie landy jeszcze się nie zwróciły i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobią.

Wracamy jednak do Azji – łatwo wyobrażam sobie zachodnich inwestorów uciekająćych do specjalnie utworzonych stref ekonomicznych w byłej już wtedy Korei Północnej. Koszt produkcji byłby – ze względu na tanią siłę roboczą – jeszcze niższy niż w Chinach. Takie połączenie być może świetnie wykorzystaliby również Koreańczycy z południa. Tego z kolei obawiają się Chiny, dzięki którym Korea Północna może egzystować. Po co Pekinowi potencjalny rywal polityczny? Sama Korea Południowa też raczej nie pali się do zjednoczenia, bo takiego projektu mogłąby nie wytrzymać potężna przecież gospdoarka tego kraju. Co zrobić z indoktrynowani ludźmi i wszechpotężnym wojskiem? Istnieją oczywiśćie rozwiązania pośednie, ale w gruncie rzeczy prawie wszystkim graczom zależy na utrzymaniu statusu quo.

Usunięcie Kim Dzong Ila nie byłoby trudne. Tylko w aktualnej sytuacji nie wiadomo, czy jeden dyktator nie zostałby zastąpiony drugim, jeszcze gorszym. Oglądając północnokoreańskie parady zastanawiam się, na ile to efekt sprawnej propagandy, a ile jest w tym faktycznej, orwellowskiej, wiary tych ludzi. Większość podróżujących do KRL-D uważa zachowanie tych ludzi za autentyczne, chociaż faktem jest, iż turystom pokazuje się tylko wybrane miejsca – w tym wspaniałe budowle, wzniesione zapewne kosztem wielu tysięcy ludzi. Systemy komunistyczne uwielbiają pokazywać wspaniałe dzieła, zbudowane na śmierci ludzkiej. O tym przecież „przewodnik” będący przyzwoitką ze slużb bezpieczeństwa raczej nie wspomni.

Ponad pół roku spokoju. Tyle dostał świat od KRL-D w zamian za skreślenie z listy państw popierających terroryzm przez Waszyngton i dostawy humanitarne. „Gospodarka” północnokoreańska, znajdująca się gdzieś w XIX wieku pod względem zaawansowania technologicznego w rolnictwie, istnieje tylko dzięki pomocy humanitarnej i jej odcięcie/zwiększenie jest jednym z głównych argumentów państw negocjująćych z Koreą Północną. Żarty o niezwykłym głodzie może byłyby zabawne, gdyby nie były prawdziwe. Dopiero teraz powstają prawdziwe publikacje na temat tego, jak wyglądała konfiskata zbiorów w całym ZSRR w latach trzydziestych, a i często można spotkać homo sovieticus twierdzących nadal, że np. Wielki Głód, to antyradziecka propaganda i nie ma dowodów na to, że radzieckie dowództwo doprowadziło do niego celowo.

Krążą legendy o zamiłowaniu Kim Dzong Ila i jego ferajny do luksusowych aut i zegarków. Wiara w skuteczność rzekomego embarga to rzeczywista kpina. Chińczycy – po znajomości – dostarczają estabilishmentowi wszystkiego, czego potrzebuje. Ten kontrast, pomiędzy bogactwem państwowej wierchuszki, w tym wojska, oraz biedą typowych Koreańczyków, najlepiej opisuje filozofie istnienia tego państwa. Niepokorni znikają na zawsze w obozach, których standard zatrzymał się na czasach stalinizmu. Wrogiem partii wszakże zostać bardzo łatwo.

Nic się nie zmieni. „Nuklearne” zamieszanie wobec KRL-D to tylko przykrywka. Komuniści, chociaż nieobliczalni, wiedzą, że po przekroczeniu pewnej granicy zostaną zniszczeni. Kim Dzong Il chodzi też na pasku Hu Jintao. Dlatego Koreańczycy mogą sobie grać w chowanego, testować rakiety, nawet robić próbę atomową, a potem chować się za Chinami. Prężenie muskuł jest bardzo potrzebne ze względu na wewnętrzną proapgandę. Legendarna już agencja KCNA przecież musi donosić o kolejnym sukcesie Wielkiego Wodza Kim Dzong Ila, syna boskiego Kim Ir Sena, nad dekadenckim i zepsutym zachodem. Korea Północna przypomina kuturystę zbudowanego na sterydach. Wygląda groźnie, ale jego organizm jest już naprawdę zniszczony, a w dodatku może się okazać, że jego realna siła jest śmiesznie mała (popularny jednostrzałowiec). Komunistyczny system istnieje w głównej mierze dzięki Chinom i ONZ, a nie swojej samowystarczalności. Jeśli Koreańczycy z północy mają jakikolwiek instynkt samozachowawczy, to nie zrobi nic, co mogłoby naprawdę zdenerwować Amerykanów, Japończyków czy Chińczyków, bo to oznaczałoby prawdziwy koniec.

Więcej na temat Korei Północnej:
- Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyrku

Polsat o piratach

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Wczoraj Polsat podał, że somalijscy piraci ostrzelal z moździerzy samolot, którym wracał amerykański kongresman Donald Payne.

Podoba mi się prawie tak, jak koncepcja debka. com, że piraci płyną do Strefy Gazy na pomoc Hamasowi. Twórcze dziennikarstwo…

Oczywiście, nie można w 100% wykluczyć, że zrobili to piraci, ale w Somalii trwają walki pomiędzy tzw. tymczasowym rządem, a Unią Trybunałów Talibańskich i to właśnie islamiści mieliby możliwości fizyczne, techniczne i logistyczne, by dokonać takiego ataku. Już pobieżny rzut oka na mapę pokazuje, iż Mogadisz znajduje się setki kilometrów od Puntlandu, gdzie swoje bazy mają piraci.

Mapa Somalii
Źródło: CIA Factlook

Co więcej, jak dotąd wydawało mi się, iż piraci operują głównie na morzu i zajmują się porywaniem (dziś uprowadzona została nowa jednostka), a nie atakowaniem – za pomocą moździerzy – polityków na lądzie. W końcu jednak tworzy się nowa historia. Według niej piraci schodzą na ląd (szybki desancik z morza?), zdobywają informacje wywiadowcze i biorą się za poważniejsze gangsterstwo, jakim jest terroryzm.

Wszystko można powiedzieć, ale jak to się ma do rzeczywistości?

Piracie, chytry traci dwa razy

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Richard Philips, kapitan „Maersk Alabama” został uwolniony. W natłoku medialnej radości i komentarzy wszyscy zapomnieli zająć się istotą problemu. Piraci przetrzymują nadal 12 statków i około 200 zakładników, a ich ostatnie porażki wynikają bardziej z chciwości, aniżeli zastosowania nowej taktyki przez potęgi tego świata.

Slalom pomiędzy okręami wojennymi najpotężniejszych państw świata powinien się tak właśnie kończyć. Dopóki piraci atakowali blisko swojej bazy, ich szanse na udane porwanie były dużo większe. Im dalej od ich bazy, tym trudniejsze jest przeprowadzenie takiej operacji. Piraci jednak rozuchwalili się na tyle, że uznali, iż odległość nie stanowi dla nich dużo większego problemu. Okazało się, że jednak długość trasy ma olbrzymie znaczenie, a Francuzi i Amerykanie mają dość ośmieszania ich przez piratów. Stąd ostatnie operacje uwolnienia zakładników. Somalijczycy stracili dużo ze swojego instynktownego sprytu, ponieważ do tej pory robili wszystko, by nie wdawać się w starcia morskie z flotą wojenną, gdyż większe szanse miałby u bukmacherów biblijny Dawid w starciu z Goliatem niż morscy bandyci.

Podobnie było w przypadku „Maersk Alabama”. Czterech piratów i kapitan Philips w szalupie ratunkowej. Z drugiej strony wyposażony w najnowocześniejsze technologie okręt amerykańskiej marynarki wojennej USS Baindbridge ze służbami specjalnymi na pokładzie. Pomimo tej dysproporcji, piraci targowali się ostro żądając okupu i bezpiecznego powrotu – aż dziwne, że nie zażądali kablówki z CNN, aby siebie pooglądać w telewizji… W czasie całej akcji jeden z piratów znajdował się na pokładzie amerykańskiego statku. Teraz dochdzę do sedna mojego tekstu. Piraci, oczywiście, zginęli zasłużenie. Taka kara powinna spotykać każdego, kto porywa i grozi innym ludziom. Wszystko wskazuje jednak na to, że było to zabójstwo z zimną krwią. Pirackiego negocjatora od razu zatrzymano, a jego tzech kumpli już nikogo raczej nie porwie. Amerykańscy snajperzy wykorzystali idealny moment do ataku i wykonali rozkaz. Trudno przypuszczać, by życie kapitana było w rzeczywistym niebezpieczeństwie, gdyż praci wiedzieli, że ich życie jest uzależnione od życia Philipsa. Dlatego nic mu nie zrobili po nieudanej ucieczce. Tym bardziej mało prawdopodobne wydaje się, by chcieli oni zabić zakładnika i to jeszcze w czasie, gdy ich kompan rozmawia u wroga (w tym przypadku – Amerykanów). To był zatem pretekst. Jeśli prawdziwa jest wersja CNN, że Philips wyskoczył i Somalijczycy podnieśli karabiny, a potem zostali zabici, to warto się zastanowić nad jedną rzeczą. Co mieli ci piraci zrobić – pozytywnymi lydowymi pieśniami zachęcić go do powrotu? W każdym razie zostali zastrzeleni i na to niewątpliwie zasłużyli. Czy jednak przy nastepnej takiej sytuacji piraci będą chcieli negocjować, gdy w czasie rozmów zabija się ich ludzi, a innego zatrzymuje? Czy ten jeden pirat nie dostał żadnych gwarancji bezpieczeństwa przed wejściem na pokład? Amerykanie wykiwali prymitywnych piratów, ale czy tak łatwo pójdzie nastepnym razem?

Do tej pory wszytko było proste. Piraci odróżniali interesy od życia prywatnego Biznes to biznes, byle dolary od armatorów się zgadzały. Dziś sugerują, że śmierć swoich kompanów potraktują osobiście, gdyż to nie oni rozpoczęli zabijanie. Szkoda, że nie nazwali siebie morskimi biznesmanami, ale faktycznie – do ostaniej francuskiej operacji z rąk piratów nie zginął żaden zakładnik. Nie wygrają z potęgą Francji (zabawnie to brzmi) i Stanów Zjednoczonych. Mogą im za to dużo krwi napsuć. Przecież pirackie ataki nagle nie ustaną, gorzej, jeśli przeistoczą się z porywaczy-biznesmanów w ideologicznych terrorystów. Na całe szczęście nadal najważniejszy jest dochód. Za „Faine” z czołgami T-72 piraci dostali 8 milionów dolarów. Jest czym się dzielić. Za „Bow Asir” 2,4 miliona dolarów. Łupy więc nie są małe.

Pojawiły się doniesienia o helikopterach latających nad bazą Hardheere. Amerykanie niewpliwie dysponują środkami militarnymi niezbędnymi do skutecznej operacji. Umożliwia to przepaść w technologii i wyszkoleniu pomiędzy armią Stanów Zjednoczonych, a piratami. Zostaliby oni zabici lub schwytani, a ich łodzie poniszczone. Wszystko byłoby takie proste, gdyby nie fakt, że piraci dysponują porwanymi jednostkami i znajdującymi się na lądzie zakładnikami. Zatopienie tych pierwszych i śmierć tych drugich, co jest możliwe w wypadku potężnej operacji militarnej, byłaby propagandową kleską na nieprawdopodobną skalę. Poza tym – jak odróżnić pirata od cywila? Armatorzy woleliby pewnie zapłacić okup i odzyskać statek wraz z załogą. Ubezpieczyciele (o ile takowi istnieją) raczej również. Poza tym nawet zniszzenie Hardheere nie będzie oznaczać końca piractwa w Zatoce Adeńskiej. Morscy porywacze dysponują poparciem na lądzie, to coś w rodzaju zawodu, który – jak się okazuje – nie wymaga aż takiej precyzyjnej wiedzy i najnowszych technologii. Do rajdów za statkami zawsze znajdą się chętni. Ryzyko duże, ale dochód bardzo wysoki, a jakie są inne alternatywy w Somalii?

Piratów gubi ich własna chciwość. Wypływają coraz dalej, próbują zająć coraz większą liczbę statków, a jeszcze żeby tego było mało – pod nosem flot wojennych. Tolerancja dla ich działań dobiegła końca, tylko nie ma jeszcze planu poradzenia sobie z morskimi bandytami. Oby somalijscy piraci nie wyciąnęli wnioskow z ostatnich porazek. Operacja w Hardheere byłaby możliwa, tylko czy Barackowi Obamie nie zabraknie odwagi? Potencjalny wypad bylby ryzykowny, ale szansa pełnego sukcesu najpotężniejszej armii świata – przy tak ograniczonych celach – byłaby duża pod warunkiem idealnego rozpracowania wywiadowczego. Na razie przelot helikopterów to chyba ostrzeżenie.

Na temat piractwa:
- Zawód pirat

Syryjskie umizgi

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Syryjczycy ustami swojego ministra spraw zagranicznych oświadczyli, że są gotowi do rozmów pokojowych z Izraelem. Brzmi to bardzo optymistycznie do momentu, w którym zapoznajemy się z warunkami takich ewentualnych pertraktacji. Damaszek uzależnia je od wycofania wojsk izraleskich ze Wzgórz Golan, żydowskiej deklaracji, że rozmowy z Syrią nie pogorszą stanu negocjacji palestyńsko-izraelskich oraz powstrzymania się przez Izrael od atakowania Strefy Gazy i Libanu.

To jest przełom i trzeba o tym mówić. Syria jest gotowa do jak najbardziej oficjalnych rozmów z Izraelem na temat potencjalnego pokoju. Pośrednio przyznaje mu zatem prawo do istnienia, co do tej pory było dla Damaszku sprawą dość problematyczną. Ironią losu jest to, że ewentualne rozmowy pokojowe ze strony izraelskiej prowadziłby Awigdor Lieberman, znany ze swojego antyarabskiego usposobienia, a wśród Arabów uważany jest za rasistę.

Warunki syryjskie sformułowane są w taki sposób, by nowy rząd izraelski nie miał wyboru – musi je, przynajmniej na razie, odrzucić. Tel-Awiw na pewno mógłby nie prowadzić, w czasie rozmów pokojowych, ataków na Strefę Gazy i Liban. To pewna konieczność, bo prezydent Syrii, Bashar Al-Asad, miałby duże problemy w świecie arabskim, gdyby w czasie negocjacji Izraelczycy swobodnie działali sobie w Libanie i na terenie Autonomii Palestyńskiej. Ten punkt, pod naturalnym warunkiem nieatakowania z tamtych rejonów Izraela, należy uznać za niezbędny. Z zapisem dotyczącym Palestyny również nie byłoby większych problemów – wszakże stosunków izralesko-palestyńskich nie da się już raczej pogorszyć. Benjamin Netanjahu wykonał zresztą pewien gest – zgodził się na przelanie 12 milionów dolarów na odbudowę Strefy Gazy. Palestyną zajmiuje się teraz też kwartet madrycki, a dodatkowo na ustabilizowanie sytuacji presję na Izrael wywiera Barack Obama. Ten syryjski warunek – kolejny konieczny, jeśli Syria ma negocjować „z twarzą” – zostałby spełniony bez problemu. Pozostaje punkt związany ze Wzgórzami Golan.

To bardzo istotny pod względem militarnym rejon wojenny. Nie mówimy przecież tutaj o kilku górkach, o które Damaszek i Tel-Awiw kłócą się dla prestiżu. Kontrola nad Wzgórzami Golan umożliwia, z jednej strony, ostrzeliwanie Damaszku, a z drugiej, północnego Izraela. Przed rokiem 1967 Syria mogła bezkarnie ostrzeliwać izraelskie terytoria i z tej okazji korzystała. Izrael również po roku 1967 wykorzystywał Wzgórza Golan dla osiągania swoich celów militarnych. Poza tym to istotny element obrony Izraela w przypadku potencjalnej wojny, co doskonale pokazuje wojna Jon Kippur z 1973 roku, gdy izraelskie wojska po kontrofensywie znalazły się w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Damaszku. Obecnie na Wzgórzach Golan stacjonują też siły ONZ.

Syryjski warunek – rozmowy w zamian za wycofanie wszystkich wojsk ze Wzgórz Golan, ma zatem znaczenie psychologiczne. Izraelczycy stoją w trudnej sytuacji, bo rozmowy pokojowe z Syrią, jeśli zakończyłyby się sukcesem, oznaczałyby zwrot Wzgóz Golan. Tutaj możliwych jest kilka wariantów, takich jak pełna demilitaryzacja tego miejsca, kontrola ONZ. W razie podpisania traktatu pokojowego wartość strategiczna Wzgórz Golan musi zostać zdewaluowana. To zbyt silna broń, by zostaiwć ją w czasach pokoju jednej ze stron. Awigdor Lieberman już zapowiada, że nie zgodzi się na wycofanie izraelskich wojsk ze Wzgórz Golan i nie wiążą go żadne ustalenia poprzedniego rządu. Trudno oczekiwać, by nowy rząd z miejsca zaczął ustępować Arabom.

Propozycja syryjska, chociaż jest przełomem, to trochę alibi na zasadzie „my chcieliśmy dobrze, ale oni odrzucili propozycję”. Lata nienawiści i wojny powodują, że nie istnieje zaufanie pomiędzy potencjalnymi rozmówcami. Wyborcy Likudu fatalnie odebraliby gołębią politykę rządu i jednostronne wycofanie wojsk w zamian za możliwość negocjacji. Taki krok byłby raczej możiwy – jak w przypadku poruzmień z Camp David z Egiptem – po podpisaniu traktatu pokojowego, przy istnieniu szeregu zabezpieczeń. To byłoby nieprawdopodobne, gdyby Izrael oddał militarną kontrolę nad Wzgórzami Golan. W Tel-Awiwie powoli dojrzewa myśl, że ten region może trzeba będzie oddać pod jurysdykcję syryjską, ale wykluczona jest arabska kontrola militarna.

Te doniesienia prasowe są ważne również dlatego, gdyż w samej Syrii powoli zaczynają rozumieć, że trzeba działać bardziej pragmatycznie. Izrael jest koniecznością, z którego istnieniem Damaszek musi się pogodzić. W ewentualnym starciu militarnym Żydzi byliby w stanie obrócić Syrię w ruiny. O bezradności al-Asada niech świadczy fakt, że w czasie konfliktu w Strefie Gazy był w stanie jedynie wydawać oświadczenia i przerwać rozmowy izraelsko-syryjskie. Świadomość tej niemocy jest bardzo korzystna dla potencjalnych pertraktacji. We wtorek doszło do udanej próby systemu Arrow II. Na razie – wg izraelskiego Ministerstwa Obrony – 90% prób wypada pomyślnie. Arrow II to zabezpiecznie przed rakietami syryjskimi i irańskimi. Od początku XXI wieku umacnia się status quo. W Izraelu potrzeba męża stanu, który potrafiły przerwać izraelską twardogłowość w sprawie Golanu. Czy Netanjahu okaże się drugim Beginem?

Więcej na temat Bliskiego Wschodu

- Bliski Wschód – straszno i śmieszno
- Rozmówki palestyńsko-palestyńskie i izraelsko-izraleskie
- Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?

Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa – odpowiedzi na komentarze

Bieżące wydarzenia Komentarze (8) » dodajdo

Mój ostatni tekst na temat NATO wzbudził wiele kontrowersji wśród czytelników. Głównie na salonie24, niepoprawnych oraz Polityce Globalnej. Pozwolę odnieść się do kilku z nich, które uważam za najistotniejsze. Na swoim blogu postaram się czasami w takiej formie odpowiadać na Wasze uwagi. Interesuje mnie Wasza (nawet krytyczna) opinia na temat mojego tekstu, bo przecież człowiek uczy się przez całe życie. Nie znoszę jednak argumentów niemerytorycznych, a tych ostatnio jest coraz więcej.

Poniedziałkowy tekst był pewnym wyłomem na moim blogu, gdyż zająłem się częśćiowo sprawami krajowymi, pomimo iż staram się pisać głównie o polityce międzynarodowej, z rzadka odnosząc się do sytuacji w Polsce. Inaczej jest oczywiście z tekstami traktująćymi o historii. Do rzeczy…

DoktorNo napisał: „Najśmieszniejsze jest to, że żadnej ofensywy dyplomatycznej w sprawie Sikorskiego nawet nie było…”.

Tak, polski rząd oficjalnie nie zabiegał o poparcie polskiego ministra na staoowisko Sekretarza Generalnego NATO. Tylko, że Rasmussen też nie był kandydatem lansowanym przez… Rasmussena (jako premiera Danii). Raczej wyłonił się z szeregu nieformalnych konsultacji. Rząd źle rozgrywał sprawę, bardzo nieudolnie. Łukasz Warzecha sugeruje, że ta niefrasoboliwość to element gry Tuska przeciwko Sikorskiemu. Trudno się z tym zgodzić, jeśli wziąć pod uwagę, że promocją kandydaury zajmowałby się głównie MSZ, a w nim, mimo wszystko, szefem jest Radosław Sikorski. Minister musiałby być po prostu głupi, żeby się tak dawać rozgrywać. Światowa gra jeszcze nie jest dostępna dla Polaków.

Nagle z ciemności wyłonił się Andrzej Wilczkowski. Pan Andrzej, bez zbędnego owijania w bawełnę zaczał atakować mnie za bezzasadne – jego zdaniem – skrytykowanie postawy prezydenta.

Pan Andrzej uderza z grubej rury

1. Ile państw należy do NATO?

Panie Andrzeju. Google, wikipedia, PWN, ewentualnie można sprobować policzyć. Sprawdza pan, czy odróżniam NATO od NAFTy?

Pytanie numer dwa jest prawdopodobnie lepsze niż to pierwsze.

2.. Dlaczego mielibyśmy być jedynym Państwem – nie muzułmańskim – które zapragnęło coś “ugrać”, i co to miało być to “coś”. Kandydatury pana Silorskiego nie biorę pod uwagę – bo sam słyszałem jak publicznie się zarzekał – że nie kandyduje. Niemcy mówią Ein Mann – ein Wort. Fakt – że równie publicznie pan premier wypowiedział się, że prezydent poparł nie tego kandydata. To znaczy – którego miał poprzeć?

Zapewne to nie będzie dżentelmeńskie, ale chciałbym odpowiedzieć pytaniem na pytanie: czy poza Turcją w skład Sojuszu wchodziło wtedy jakieś inne państwo muzułmańskie? Może coś przeoczyłem, ale wydaje mi się, że nie. Nie mogło być zatem innego państwa niemuzułmańskiego, które mogłoby się wstrzymać z poparciem duńskiego premiera.

O tym „czymś” już pisałem. Podzielam pańskie wątpliwości w tym względzie, że w tych sugestiach/instrukcjach nie było napisane, co miałby osiągnąć prezydenta w ramach negocjacji. Nie zmienia to faktu, że Lech Kaczyński pospieszył się z poparciem Rasmussena. Można było ten jeden dzień spokojnie przeczekac. Nie wygrywa ten, kto nic nie robi. To samo pisałem w poniedziałek, więc czemu te wszystkie pytaina kieruje Pan do mnie?

3. Czy jeśli wszystkie kraje – z wyjątkiem Turcji zgadzały się na Rasmussena to złym wyjściem miałoby być tym razem przyłączenie się do ogólnego zdania – zwłaszcza, jeśli nie zgłosiło się oficjalnie własnego kandydata?

Na to pytanie odpowiedziałem już wyżej oraz w moim tekście. Turcy popłynęli pod wiatr i wygrali. O tym jednak niżej…

4. Kto ujawnił w Posce te żałosnne “sugestie dla prezydenta”, które oskarżają Obamę o postępowanie niedemokratyczne?

J/w. Poza tym tekst – pomimo że śmieszny – nie mówił o tym, że Obama postępuje niedemokratycznie, a dotyczył procedury wyboru, która taka właśnie bylaby (w ocenie MSZ-u).

Naprawdę. To prezydent próbował ratować prestiż rządu twierdząc – że nic od rządu nie dostał.

Bohater.

Andygo

Panie Patryku, mysli Pan dokladnie tak, jak chcą mainstreamowe media. Polecam artykul Warzechy w RP – jest gdzies nizej – podany w poscie Mony.

Dokładnie, mainstreamowo twierdzę, że skompromitował się zarowno rząd, jak i prezydent. Kiedy w końcu ktoś zrozumie, że tu nie chodzi o rozgrywki partyjne, a o polską rację stanu, która została naruszona w imię prywatnych rozgrywek dwóch (albo trzech) prawdopodobnie niedowartościowanych facetów?

Na niepoprawnych w komentarzach udzielała się tez pani Aleksandra, która jako jedyna z komentujących się nie próbuje zrzucać winy jedynie na rząd i dostrzega tragikomedię, jako tworzy dziecinne spory dzieci z piaskownicy (tudzież osiedlowego boiska). Pani Aleksandor, nie, staram się nie podporządkowywać autorytetom, kiedy uznaje takie postępowanie za słuszne. W każdym razie – czasami warto posłuchać.

Z niepoprawnych uciekam na Politykę Globalną.

Zacznę od komentarza pana MaSza. To bardzo kompetentny człowiek i wie, o czym pisze. Bardzo cenię sobie wiedzę tego komentatora.

Turcja była jednak w lepszej pozycji przetargowej. Nie sądzę, aby argument o karykaturach Mahometa w duńskiej prasie i nieodpowiedniej wg. Muzułmanów reakcji premiera Danii w tamtym czasie był istotny. To taki argument dla prasy i PR. Ale bardzo skuteczny, zmuszający “przeciwnika” do ustępstw, szczwególnie gdy Turcja poprzez swoje położenie geograficzne jest strategicznie ważna dla NATO. Sądzę, że kluczowym i najistotniejszym elementem tej układanki jest WEJŚCIE TURCJI DO UE. Dwa kraje najsilniej popierające kandydaturę Rasmussena: Francja i Niemcy są jednocześnie najbardziej krytyczne wobec Turcji w UE. W konsekwencji podczas negocjacji USA z Turcją Obama zgodził się wydać oświadczenie, że USA popiera dążenie Turcji do wejścia to UE. Mimo, że USA nie ma formalnie głosu w tej sprawie, takie stanowisko nie jest zupełnie bez znaczenia, stanowi po prostu dodatkowy punkt dla Turcji.

Oczywiście, Turcy byli w dużo lepszej sytuacji, co wiąże się chociażby z jej znaczeniem geopolitycznym. Poza tym Turcy po prostu umieją się targować z Amerykanami. Pamiętajmy, że oficjalnie Turcy nic nie dostali, w praktyce otrzymują stanowiska i poparcie amerykańskie w/s UE. Zastanawiam się nad czymś innym. Czy pozycja w NATO ma takie duże znaczenie, w momencie, w którym (teoretycznie) nasz głos ma taką samą wagę, jak turecki? Dlaczego z nami ktoś miałby się nie konsultować? Turcy są wązni, ale nie jestem przekonany co do tego, czy to kluczowy gracz NATO.

Jeśli zaś codzi o karykatury Mahometa – tak, to powód jedynie PRowy, ale taki, który można doskonale sprzedać. Ja powiedziałbym na miejscu Rasmussena to samo – karykatury były niepotrzebne i mogą kogoś urażać, ale pojawiły się w ramach wolności słowa. Często mam wrażenie, że muzułmanie to świetni aktorzy, zresztą, pewnie dużo osób targująćych się w czasie wakacji w Turcji się ze mną zgodzi.

Pozostaje jeszcze kwestia Turcji w Unii Europejskiej. Amerykanie wydali oświadczenie, co było symboliczne, ale umówmy się – oni nie mają w UE nic do powiedzenia. O ile się nie mylę, to Nicolas Sarkozy nagle nie zmienił zdania. Nie sądzę, aby w zamian za nieblokowanie Rasmussena Francja i Niemcy zobowiązały się bezwarunkowo poprzeć tureckie wejście do UE. To byłoby zdecydowanie za dużo.

Osobny temat to kolejny spektakularny przykład łamania tajności wewnętrznych strategii rządu w Polsce. Nie rozumiem dlaczego w sytuacjach gdy poufne lub wręcz tajne dokumenty wyciekają do prasy, prokuratura wprawdzie często wszczyna śledztwo, ale nie słyszałem o ani jednym przypadku gdy urzędnik-idiota, który takie dokumenty przekazał dziennikarzom (sadzę, że często jako przysługę, a nie koniecznie za pieniądze) został skazany na odsiadkę bez zawieszenia! Jeśli za łapówki wsadzani są do więzienia, symetrycznie powinno być za łamanie tajemnicy państwowej.

Przeklajam, bo zgadzam się w 100%.

Piotr Wołejko
„Patryk: pamiętam te transporty pod amerykańską banderą przez Morze Kaspijskie I wiele innych rzeczy, mniejszych bądź większych numerów. Stare dzieje.”

Stare czasy, szkoda, że nie wrócą. Pamiętam, że jednocześnie miałem robić manewry w ciesnienie Ormuz i puścić cynk Amerykanom, że tam płyną wirówki.

Piotrze, MaSz. Wybaczcie mi, ale nie będę odnosił się do Waszych uwag dot. Obamy, Iranu i tarczy.

Ostatni komentująćy: pan Artur Wieczorek

Przykro mi czytac takie komentarze bo pokazuja ogolnie panujace schematy myslenia nie tylko polskiego rzadu jale tez zwyklych ludzi jak Pan – liczy sie interes Polski (cokolwiek to znaczy) a obsadzanie KLUCZOWYCH SWIATOWYCH STANOWISK to GRA. GRA w ktorej kazdy reprezentuje swoje interesy i handluje zeby ugrac dla siebie. Czekam na politykow dla ktorych “racja stanu” bedzie znaczyla wiecej niz “moj osobisty interes” ale takze wiecej niz “interes mojego kraju”. W tej sytuacji Rasmussen byl dobrym, jedynym i popieranym przez Polske kandydatem. Nie jestem fanem prezydenta Kaczynskiego ale uwazam ze zrobil to co powinien byl zrobic – poparl jedynego, dobrego kandydata a nie robil cyrkow zeby “uGRAc cos dla siebie”. Z calym szacunkiem – niech Pan wraca do swoich gier. Na pewno swietnie sie Pan tam sprawdza. Ale swiat to nie gra. Dyplomacja to nie jest i nigdy nie bedzie gra o sumie zerowej – my versus oni. Bo kazdy kraj to miliony ludzi o ktorych interesach trzeba pamietac. Nie chcialbym, zeby istotne decyzje w moim imieniu byly podejmowane przez ludzi, ktorzy reprezentuja tak zasciankowe myslenie.

Bardzo pięknie pan pisze, ale mylnie pan zakłada, że dla mnie nie liczy się interes Polski. Ja nie chciałem, żeby polski rząd& prezydent ugrywali coś dla siebie, ale dla nas w ramach NATO. Czy pan tego chce, czy nie, to na tym polega polityka, a w szczególności międzynarodowa. To przykre, ale argumenty ze sfery aksjologicznej tutaj niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a ich znaczenie jest naprawdę niskie. Często piszę na temat historii i wtedy zajmuje się wartościami. Krytykuje zachodnie rządy za sprzedanie nas w Jałcie, nawołuje Niemców do rozliczenia się ze swoją przeszłością itd.

Rozumiem doskonale pana argumetnację, jest ona bardzo piękna, ale nie odnosi się do realiów. Pan zobaczy, Turcy odstawili – jak to pan nazywa – cyrk i otrzymali z tego tytułu granty. Wcale nie mówię, że trzeba było Rasmussena blokować. Sam uważam go za dobrego kandydata. Zwracam jednak uwagę, że przeciągając wybór można było sprawdzić, czy Polska otrzymałaby to legendarne „coś” w ramach rekompensaty. Duński premier i tak zostałby wybrany, nie widzę innego wyjscia, ale nic bysmy nie ryzykowali czekając jeszcze jeden dzień.

Wie pan, Zachód też z nami nie postepował tak, jak należy. Nikt z nami nie konsultował wyboru Sekretarza Generalnego, chociażby kurtuazyjnie. To tez jest w porządku? Przypominam, że nikt tutaj nie mówi o realizowaniu swojego osobistego interesu, a o realnych, przyjaznych rozmowach. Właśnie amatorszczyzna, o której pisze, opiera się głównie na tym, że głowni polscy politycy potraktowali sprawę wyboru SG NATO jako prywatny, polityczny folwark. To jest problem.

Dyplomacja to oczywiście nie jest gra o sumie zerowej na zasadzie my versus oni, ale postępując standardowo i przymilając się, zawsze będziemy od naszych sojuszników dostawać dużo mniej, niż sami dajemy. Proszę zauważyć, że ja nie mówię o blokowaniu Rasmussena, a o dyskusji. Słyszał pan o rozmowach na temat kryterów doboru kandydata? Były jakieś merytoryczne rozmowy w czasie szczytu? Nie. To czysta polityka. Pana wizja jest piękna, ale taka polityka poniosła fiasko w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Przyjaźń tak, ale uczciwa. Przecież Anders Fogh Rasmussen mógłby w dyskusji wszystkich ostatecznie do siebie przekonać. Polska gra zatem wcale nie byłaby pozbawiona elementów aksjologicznych, których kompletne nieposzanowanie mi pan zarzuca.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich komentujących.

“Polska na szczycie NATO – 100% amatorstwa”

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się