Zawód pirat

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

 W dniu wczorajszym piraci uprowadzili statek „Bow Asir” z pięcioma Polakami na pokładzie. Piractwo u wybrzeży Somalii staje się powoli głównym elementem tamtejszej gospodarki. Zasada jest bardzo prosta – piraci dostają okup, a następnie pieniądze idą w obieg. Somalijscy piraci nie porywają statków ze względów ideologicznych. Oni robią to tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Można powiedzieć, że znaleźli kapitalną niszę na rynku. Konkurencja słaba, a zyski ogromne. Uwagę również zwraca sympatia, jaką miejscowa ludność darzy piratów. Może dlatego, że to ich ludzie? Należy wręcz mówić o klanach piratów.

Zaskakująca jest bezradność całego świata. Nic nie pomaga wysyłanie kolejnych jednostek wojskowych, których celem jest patrolowanie Zatoki Adeńskiej. Piraci po prostu robią to, co wcześniej i spokojnie dalej prowadzą swój biznes. Oficjalnie przyznają, że ich celem jest uzyskanie okupu od armatora. Śmiało można powiedizeć, że w tamtym regionie świata funkcjonuje państwo pirackie. Sytuacja porawnych Polaków jest więc dużo lepsza, niż Piotra Stańczaka, prawocnika Geofizyki. W tym przypadku sprawa nie ma nic wspólnego z polityką, chodzi o pieniądze. Co więcej, znane są dziesiąki przypadków szczęśliwego uwolnienia zarowno zakładników, jak i ladunku. Istnieją specjalne firmy, które zajmują się pośedniczeniem między właścicielem statku, a porywaczami. Właśnie ładunek ma tutaj olbrzymie znaczenie, gdyż często mowa tutaj o kilkudziesięciu milionach dolarów, a np. w przypadku „Sirius Star” – o 100 milionach dolarów. Okup w wysokości 3 milionów nie wydaje się wtedy taki nieprawdopodobnie wysoki. Państwo pirackie pobiera po prostu myto….

Wszysy walczą jednak ze skutkami, a nie przyczynami. Gdyby w stolicy Somalii, Mogadiszu, rządził normalny rząd centralny, to piraci nie dysponowaliby bazami wypadowymi i portami, w których później cumują porwane statki. Drugim problemem jest bieda. Piractwo to intratny biznes, a Somalijczycy raczej nie mają ciekawych alternatyw. Wiedzą, co ryzykują, ale jakie mają inne perspektywy? Świat zaniedbał tamten region świata i teraz płaci za to wysoką cenę. Piraci somalijscy to z reguły biedacy, rekrutujący się wśród miejscowych rybaków i byłych bojowników. Biedy nie zwalczy się poprzez patrolowanie wód, a to jest jedną z realnych przyczyn piractwa. Piraci mają swoje bazy na lądzie. Pozwala im na to destabilizacja polityczna Somalii, a raczej terenów geograficznych, które można tak nazwać. Realna władza w Somalii nie istnieje. Od 1991 roku trwa nieustannie wojna domowa. Mówiło się co prawda o możliwym starciu islamistów z piratami, ale do niego ostatecznie nie doszło. 

Większy optymizm może budzić fakt, że negocjowaniem zwolnienia nie zajmują się politycy, a fachowcy, którzy robili to już wielokrotnie. Nie słyszałem jeszcze o przypadku, by somalijscy piraci zabili kogoś z załogi. Na pewno są bezwzględni i niebezpieczni, ale napędza ich chęć zysku, a nie ideologia. To – wg relacji porwanych – prymitywni ludzie, działający desperacko i impulsywnie. Nie znają języków obcych, ich strategia zajęcia statku jest najprostsza z możliwych. Pojawiają się już jednak informacje, że piraci idą z duchem czasu i zaczynają inwestować w coraz nowocześniejszy sprzęt. Rozwijają działalność. Dopóki nie giną ludzie i ładunek, świat patrzy na nich z przymrużeniem oka. To prymitywni ludzie, ale nie bezwzględni fanatycy. Są bardzo popularni na lądzie. Otacza ich legenda i opowieści o różnych przygodach, dają pracę innym Somalijczykom – przy tłumaczeniu, organizowaniu bazy, muszą zapewnić porwanym wyżywienie itd. Nazwa przedsiębiorstwo świetnie pasuje do piratów. Podobno nie narzekają również na powodzenie u kobiet. 

Cywilizowany świat nie może jednak pozwolić na zrobienie z ludzi biznesowych zakładników. Piractwo jest z gruntu rzeczy złe. Nikt nie ma prawa pozbawiać wolności i grozić innym ludziom. Nikt na razie nie chce ścigać piratów, gdyż niemal przez cały czas mają jakichś zakładników. Trzeba zaznaczyć też, że niewątpliwie korzystniej jest być porwanym przez piratów, niż przez talibów. Uwolnienie załogi statku „Bow Asir” jest prawdopodobnie kwestią ceny, którą z reguły armator jest zdolny zapłacić. Nieoficjalnie wiadomo, że piraci już zażądali okupu. To jednak nienormalne, że w XXI wieku jeden z najważniejszych szlaków handlowych terroryzują prymitywni piraci z Somalii, który porywają najnowcześniejsze statki, a zaradzić temu nie mogą flotylle wojenne NATO, Rosji, Stanów Zjednoczonych itd. Często ci somalijscy piraci wyposażeni są w wyrzutnie rakiet i „zardzewiałe kałasznikowy”. 

Piracki biznes trzeba po prostu zamknąć. Każde kolejne udane porwanie statku nie przybliża nikogo jednak w tym celu. Nie zapowiada się też, by udało się ustabilizować Somalię. Są pierwsze symptomy poprawy, kilkukrotnie udało się odeprzeć ataki pirackie. Są oni jednak coraz bardziej zuchwali – napadają na statki coraz dalej od brzegu – i oby ta właśnie cecha ich zgubiła. 

 Warto zajrzeć:

- Sępy nad trumną polskiego geologa

- Co dalej z Tybetem?

Gruzjo, na co ci to było?

Bieżące wydarzenia, Konflikt gruzińsko-rosyjski Komentarze (1) » dodajdo

 Wojna o Osetię Południową (a w konsekwencji też o Abchazję) skończyła się totalną porażką rządu gruzińskiego. Od końca tego konfliktu minęło już ponad 6 miesięcy. To dobry okres, by wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji. Podziwiam optymistów, którzy do dziś bronią decyzji Saakaszwilego, ale naprawdę nie widzę żadnej korzyści z przegrania wojny z Moskwą. Ad. marzec 2009 Saakaszwili jest – zgrabnie tu ujmując – politycznym looserem, co skutkuje tym, że nikt go nie traktuje poważnie.

Obejmując urząd prezydenta Gruzji Michail Saakaszwili obiecywał odzyksanie kontroli nad Osetią Południową i Abchazją. Gruzini nie wyobrażają sobie swojego państwa bez tych terytoriów, pomimo stanowienia w tamtych regionach etnicznej mniejszości. W dodatku realna sytuacja polityczna była bardzo niekorzystna, bo znajdowały się tam, zupełnie legalnie, wojska rosyjskie. Separatystyczne repubiki posiadały i posiadają własną administrację, rząd etc. De facto kontrolę nad nimi sprawuje oczywiście Federacja Rosyjska. Bez jej wsparcia, marionetkowe rządy nie miałyby szansy się utrzymać. Sami Gruzini nie lubią Osetyjczyków, ani Abchazów i vice versa.

Gruzja w starciu z Rosją miałaby szansę tylko wtedy, gdyby otrzymała militarne i polityczne wsparcie Stanów Zjednoczonych. Można się śmiać z rosyjskiej armii, że nie ma pieniędzy na paliwo dla części czołgów, a niektóre myśliwce nadają się tylko na złom. Tak, to prawda, ale Rosjanie w Gruzji mogli wykorzystać tylko najbardziej doświadczone i zdyscyplinowane jednostki, a i tak to „nie robiło szału”. Od początku było wiadomo, że Tblisi nie ma żadnych szans na zwycięstwo w powietrzu i rosyjskie samoloty spokojnie mogą sobie bombardować gruzińską infrastrukturę. Złośliwi powiedzieliby, że przypominało to walkę głuchego ze ślepym. Tak, tylko, że lepiej nie słyszeć przeciwnika, niż go nie widzieć. Dlatego wygrali Rosjanie. 

Oczywiście, pojawiały się informacje o tym, że Rosjanie chcą zająć, a wcześniej zbombardować Tblisi. Przed tym drugim – według prezydenta Saakaszwilego – miała ocalić Gruzinów podróż Drużyny Pierścienia z Lechem Kaczyńskim na czele. Prawda prawdopodbnie jest jednak zupełnie inna. Putin z Miedwiediewem mogli zając Tblisi, a nawet całą Gruzję, ale było im to zupełnie niepotrzebne ze strategicznego punktu widzenia. Osiągnęli swój cel – tj. spowodowali, że Gruzja niemal na pewno już nigdy nie odzyska separatystycznych republik, ośmieszyli Gruzinów i Unię Europejską, czego najlepszym dowodem jest Sarkozy, który się chwali, że powstrzymał marsz rosyjski i jest albo komiczny albo cyniczny. Przede wszystkim jednak Moskwa wysłała jasny sygnał, kto w tej części świata nadal rozdaje karty, co doskonale zrozumieli np. Azerowie, a Amerykanie swoją defensywną polityką zarazem potwierdzili. Rosjanie nie chcieli zajmować Gruzji. Osiągnęli na tyle korzystną sytuację polityczną, że w rozmowach z Sarkozym uzyskali wszystko to, co im było potrzebne, za wyjątkiem usunięcia prezydenta Gruzji. Rosjanie w dowolny sposób interpretują sobie porozumienie rozejmowe, a społeczność międzynarodowa musi to akceptować. Stąd pobyt jednostek osetyjskich na posterunkach, które przed wybuchem wojny były pod jurysdykcją Gruzji.

Gruzini twierdzą, że to Rosjanie rozpoczęli wojnę, a Rosjanie, że Gruzini. Na pewno Saakaszwili wydał rozkaz „przywrócenie konstytucyjnego porządku”, który jest dla mnie oczywisty. Wojska gruzińskie wkroczyły przecież do Osetii Południowej, co było złamaniem rozejmu. Bardzo możliwe, że Rosjanie sprowokowali Gruzinów, ale polityka poznaje się po efektach, a nie intencjach.  

Efekty są opłakane. Gruzini ostatecznie stracili Abchazję i Osetię Południową. O ile przed sierpniem można było mieć złudzenia, że uda się porozumieć w ramach autonomii, jak z Adżarią, to teraz, co jest skutkiem wojny, Osetyjczycy i Abchazowie nie będą nawet rozważać takiej możliwości. Co więcej, oni już ogłosili niepodległość. Zachód też ma problem, bo sytuacja tych republik jest analogiczna do Kosowa i łatwo zarzucić Unii Europejskiej hipokryzję w tym względzie. Rosjanie już szykują sobie w Abchazji bazę morską. Rosyjskie wojska są zresztą gwarancją tego, że status Osetii Południowej i Abchazji nie ulegnie raczej zmianie.

Wojna gruzińsko-rosyjska miała otworzyć oczy Europy na problem polityki Kremla. Nic się jednak nie zmieniło. Europejczycy nadal nie rozumieją bezwzględności Moskwy, dla której jedyną uznawaną wartością jest siła (i – w czasach kryzyu – pieniadz). Stany Zjednoczone rozważają wystawienie swoich sojuszników, czyli Polaków i Czechów, do wiatru w sprawie tarczy antyrakietowej. Z lekcji gruzińskiej nikt nie wyciągnał wniosków. Saakaszwili przegrał też w/s NATO. Zachód postanowił współpracę z nim oprzeć, przynajmniej na razie, na sympatycznie brzmiących deklaracjach. Gruzję w swoich szeregach uważają za zbędny balast. Sam prezydent gruziński występuje tutaj w roli hamulca, bo swoją polityką przypiął do siebie łatkę „nieobliczalnego” i „niebezpiecznego”. Nie powinno to dziwić, przecież bokser wagi piórkowej rzucił wyzwanie bokserowi wagi ciężkiej. Gruzini nie otrzymali jeszcze MAP-u (Planu na Rzecz Członkostwa). Politycy europejscy powinni to zrobić, ale nie mogą się do tej koncepcji ostateznie przekonać. Winny jest obecny prezydent Gruzji.  

Nie wiem, czy coraz popularniejsza koncepcja, by podziękować mu za Rewolucję Róż oraz odwagę i jednocześnie wysłać na emeryturę, nie byłaby najkorzystniejsza dla Gruzinów. Z Saakaszwilim nikt już nie chce rozmawiać, w Europie – poza nielicznymi wyjątkami – traktowany jest z nieufnością. Moskwa zgarnęła całą pulę. Goerge Bush popierał rewolucjonistę z Tblisi, ale nie musi tego robić Barack Obama. Zwłaszcza, że próbuje otworzyć nowy rozdział w kontaktach z Federacją Rosyjską.

Bilans więc jest prsoty. Abchazja i Osetia Południowe stracone dużym kosztem, sytuacja geopolityczna pogorszona, a integracja z Zachodem zamrożona. Ktoś jeszcze chce bronić decyzji Saakaszwilego? Może korzystniej byłoby nie przywracać „konstytucyjnego porządku”? Nie sztuką jest grać wysoko i wszystko przegrać.


Więcej na temat konfliktu gruzińsko-rosyjskiego. Wszystkie moje artykuły w jednym miejscu.

Dopaść “Iwana Groźnego”

Historia Komentarze (2) » dodajdo

 Prokuratura w Monachium zarzuca Iwanowi Demianiukowi udział w zabójstwie 29 tysięcy europejskich Żydów. Rozstrzygnięcia, czy Demianiuk to osławiony „Iwan Groźny” chcą doknać Niemcy. To oni wydali nakaz aresztowania 88-letniego Ukraińca. Już niebawem może dojść do ekstradycji. Na mocy wyroku sądowego mogą jej żądać Niemcy, Polacy lub Ukraińcy. Przez długi okres czasu żadne z tych państw, pomimo amerykańskich zapytań, nie chciało sądzić Demianiuka. W końcu Niemcy skorzystali z „furtki prawnej”, jaką otworzył fakt, że Demianiuk był straznikiem obozu w Flossenburgu, który położony był na terenie Niemiec. To będzie bardzo symboliczny proces.

Iwan Demianiuk to jednak żaden wysoki dygnitarz NSDAP, RSHA, ani „gruba ryba” totalitarnego systemu nazistwoskiego. To „jedynie” były strażnik obozów koncentracyjnych – m.in. w Sobiborze, Treblince i Majdanku. Był na tyle małym trybikiem tej zabójczej maszyny, że Sąd Najwyższy Izraela uchylił wydany na niego wyrok śmierci, gdyż nie mógł bezsprzecznie stwierdzić, że Demianiuk to „Iwan Groźny”. Pseudonim pochodzi od sposobu traktowania więźniów obozów koncentracyjnych. Ukrainiec był wobec nich niezwykle okrutny. Sam koordynował też akcje wysyłania Żydów do komór gazowych. Udowodnienie winy Demianiukowi, po 64 latach (!), ma symbolizować, że nazistów dosięga również karcąca ręka sprawiedliwości. W dodatku niemiecka. Trzeba pochwalić naszych zachodnich sasiadów, bo Instytut Pamięci Narodowej nie chciał zająć się tą sprawą i umorzył śledztwo. 

To przerażające, ale Demianiuk nie jest największym zbrodniarzem nazistowskim. „Jedynie” wykonywał polecenia i dodawał do tego swój niekwestionowany sadyzm. Jego proces jest możliwy, gdyż pojawiły się nowe dowody potwierdzające jego tożsamość i fakt, że był straznikiem. Ukrainiec tak naprawdę będzie listkiem figowym sprawiedliwości, bo osoby odpowiedzialne za nazistowskie zbrodnie nie zostały należycie rozliczone po II wojnie światowej. Oczywiście, był proces norymberski i inne rozstrzygnięcia, jednak miały one wymiar raczej propagandowy niż realny. Większość ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo Żydów, Polaków, obywateli ZSRR itd., nigdy nie usłyszało zarzutów. Przecież decyzji o zagazowaniu Żydów nie podejmowal Demianiuk, a Himmler z Hitlerem w Berlinie, a trzeba przypomnieć, że przechodziła ona przez ręce tysięcy Niemców na wielu szczeblach. Rozliczenie ich, tuż po wojnie, byłoby dla Republiki Federelnej Niemiec zbyt kosztowne. Szczególnie, że część z tych osób, jak w przypadku przemysłu, gdzie masowo wykorzystywano pracowników przymusowych, a nazywając rzecz po imieniu – niewolników, było potrzebnych do odbudowy niemieckiej gospodarki.  

Pomimo tego, rozliczenie każdego zbrodniarza, nawet tak niskiego w obozowej hierarchii, jest w XXI wieku bardzo ważne. Jednym z powodów jest medialność tej sprawy. Ludzie, poznając jego historię, dowiadują się, jak wyglądała rzeczywistość obozowa i zyskują pojęcie na temat skali ludobójstwa. Europa nie może zatracić tej szczególnej wrażliwości. Jako symbol, „Iwan Groźny” nadaje się idealnie do rozliczenia. Chodzi tutaj o rozstrzygnięcie dziejowe. To, czego próbują uniknąć Rosjanie w/s Katynia. Przyznaja się do masowych zabójstw polskich oficerów i inteligencji, ale nie nazwą tego ludobójstwem. Nie można zapominać o tym, że okrucieństwo nazizmu i komunizmui jest bardzo zbliżone pod względem stopnia. Dwa systemy totalitarne różniły się ideologią i podejściem do gospodarki, ale nie brutalnością radzenia sobie z wrogami – prawdziwymi lub domniemanymi.

Dotychczasowa linia obrony Iwana Demianiuka opierała się na teorii, że do 1942 roku służyl w Armii Czerwonej, a potem znalazł się w niemieckiej niewoli. Jednym z kluczowych dowodów oskarżenia ma być legitymacja strażnika Demianiuka i – co naturalne – zeznania ocalałych. Autentyczność dokumentu została potwierdzona. Problemem jest jego stan zdrowia i polityczność sprawy. Trudno wyobrazić sobie skalę kompromitacji niemieckiego i amerykańskiego systemu sprawiedliwości, gdyby oskarżonemu coś się przyrafiło w czasie lotu do Monachium. 

Ciężko w dzisiejszych czasach wyobrazić sobie tak bezwzglednego mordercę. Najgorsza jest jednak świadomość, że „Iwan Groźny” nie był jedynym okrutnym strażnikiem w obozach koncentracyjnych, a może być – bo to jeszcze nic pewnego – jednym z nielicznych rozliczonych. Po II wojnie światowej, o czym się raczej nie mówi, nazistowskie know-how zostało wykorzystane przez supermocarstwa w czasie zimnej wojny. O możliwych eksperymentach osławionego „doktora” Mengele mówi się do dziś, w dużej części ze znakiem zapytania, bo pozamykane są jeszcze archiwa . Śmierć części najwyższych członków dowództwa niemieckiego do dziś budzi poważne kontrowersje i sprzeczności. Tezę, że ewentualny proces Demianiuka będzie ostatecznym rozliczeniem II wojny światowej i holocaustu uznać można za chwytliwą, ale nieprawdziwą. Zbrodniarzy nikt już nie rozliczy. Na to jest już za późno.

Więcej na tematy związane z historia

- Pawelka & Steinbach – duety do mety

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

Koniec ze zbędnymi formami grzecznościowymi!

Bieżące wydarzenia Komentarze (4) » dodajdo

 Unia Europejska – wg „Daily Mail” – wydała nowe wewnętrzne wskazówki. Koniec z formami w stylu „Pan” lub „Pani”. Są one seksistowskie – orzekła Bruksela. Tylko pogratulować czujności. 

W sumie nie wypada mi się nawet negatywnie wypowiadać na temat takich pomysłów, bo nieraz – mimo młodego wieku – zostałem wielekrotnie potraktowany w taki seksistowski sposób. To przerażające, jaka jest skala demoralizacji społeczeństwa polskiego – w ten sposób obrażali mnie mali chłopcy, panie w sklepie i – notorycznie, odkąd poszedłęm na studia – wykładowcy akademiccy. Mam nadzieję, że na mojego bloga zajrzy Rzecznik Praw Obywatelskich i odpowiednio napiętnuje te osoby. 

Dostrzegam też inne plusy takiego obrotu sprawy. Za onetem: „Zamiast używać standardowych form grzecznościowych, do kobiet należy się zwracać po imieniu – głoszą nowe wytyczne.”. Sprytne! Tylko zastanawiam się nad jednym. Co zrobić, jeśli tego imienia nie znam? Nie chciałbym przecież obrazić np. uroczej niewiasty poprzez użycie seksistowskiego zwrotu grzecznościowego. Po co sobie w stopę strzelać, już na początku znajomości? Wracając jednak do tego plusu. Teraz to będzie dopiero heca – „ej, Jarek, jak poszło mi kolokwium?”, „przepraszam Marysia, że mnie dziś nie było na zajęciach, ale jutro mam imieniny” itd. Na ulicy też nie będę musiał się dystansować, tylko ciągle się głowię. Co, jeśli nie znam imienia?!

Regulacja ma dotyczyć również przedstawicieli zawodów. Mają zniknąć policjantki i policjanci, a w użyciu ma pojawić się – przynajmniej oficjalnie – funkcjonariusz policji. Zamiast stewardessy – opiekun lotu. Historia mojego kumpla, który chwalił się mi kiedyś tym, że flirtował ze stewardessą na pokładzie samolotu przybiera zatem nowego kształtu. On rozmawiał z opiekunem lotu. To chyba trochę gorzej? Z kolei mnie kiedyś przesłuchwiała urocza policjantka – znaczy funkcjonariusz policji. Jak ładnie, oficjalnie, gładko i – przede wszystkim – naturalnie.

Czy Unia Europejska chce wytworzyć własną nowomowę? Naprawdę chce wierzyć w to, że to jedynie ciekawostka i nikt nie wpadnie na tak idiotyczny pomysł, by te zalecenie gdziekolwiek weszły w życie. Ja rozumiem, że oficjalny język musi się rządzić swoimi prawami, ale to jakaś paranoja. Czy teraz będziemy szukali „osoby zajmującej się opiekowaniem dziećmi” zamiast standardowej „opiekunki”? To niepraktyczne, a przede wszystkim droższe. Wyobrażam sobie też trudną sytuację osób wyszukujących hostessy. Ci dopierą będą się musieli gimnastykować. Według części feministek płeć nie może być kryterium przyjęcia do pracy. Nowe wytyczne mogą nawet uderzyć w prostytutki. Dla nich to będzie dopiero realny problem. Jak napiszą w ogłoszeniu, że są np. „osobą do towarzystwa” bez podania płci. Klient ma nie lada problem. Chyba, że wyznaje zasadę „żeby życie miało smaczek….”. Ewentualnie może działać na zasadzie loterii. Ciekawe, kiedy ktoś wpadnie na pomysł, by zakazać wpisywania płci poszukiwanej osoby w ogłoszeniach matrymonialnych. Przecież płeć nie może być kryterium…. itd.

Co prawda te zalecenia zobowiązywać mają europosłów, ale jeśli się sprawdzą, to czemu – jak to sugeruję wyżęj – nie walczyć o „neutralność płciową języka” wśród wszystkich obywateli UE? Nadmiar produkowanych regulacji jest olbrzymim problemem całej Unii Europejskiej i mówi o tym wiele osób. Specjalnie doprowadziłem sprawę do absrudu, bo to jeden z bezsensownych problemów, którym zajmuje się tzw. postępowa lewica. Ja rozumiem równouprawnienie, ale nie róbmy sami z siebie karykatury, bo to ośmiesza cały pomysł integracji europejskiej.

Wierzę jeszcze w rozsądek ludzi, ale takie informacje mnie dobijają. Problem też jest dużo poważniejszy. To na razie niewinny sposób na wpływanie na nasz język, a przynajmniej ten oficjalny. Na całe szczęście on obroni się sam. Liczę na to, że ktoś w końcu zrozumie, że nie wszystkie sprawy świata, a szczególnie takie, jak kształt banana, trzeba uregulować.

Podpisano: osoba zajmująca isę pisaniem bloga.
 

Więcej na tematy związane z Unią Europejską

- Traktat Lizboński, a europejski i antyeuropejski beto

- Unijna "demokracja" w Pradze

- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

 

 

Rozmówki palestyńsko-palestyńskie i izraelsko-izraelskie

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

 Chaos i zamieszanie – to żywioł, w którym doskonale odnajdują się dwie partie o jakże różnym programie politycznym – Hamas i Nasz Dom Izrael. Obecnie toczą się negocjacje w sprawie powołania koalicyjnego rządu palestyńskiego oraz koalicyjnego rządu izraelskiego. Ich sukces nie musi jednak wcale oznaczać czegokolwiek dobrego dla Bliskiego Wschodu. Dziś mamy 15 marca. Nadal nie mogę się doszukać zwycięzcy interwencji izraelskiej w Strefie Gazy. Nawet wystrzeliwania rakiet nie udało się zatrzymać, chociaż te, które teraz lecą na południowy Izrael, nie robią to z aprobatą Hamasu.

Negocjacje palestyńsko-palestyńskie pokazują, jak niewielka jest różnica pomiędzy słowem „przyjaciel”, a „wróg”. Jeszcze niedawno czytaliśmy o tym, jak to zwolennikom al-Fatahu przestrzeliwane są kolana w Gazie. W końcu jednak udało się nakłonić Hamas i Fatah, by usiedli do negocjacji w/s wspólnego rządu. Bardzo naciskają na to państwa arabskie. Rozmowy toczą się – nieprzypadkowo zresztą – w Kairze. Co tak bardzo mogło połączyć Palestyńczyków? Odpowiedź zapewne jest równie złośliwa, co prosta. Na odbudowę Strefy Gazy rózni sponsorzy (w tym Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Arabia Saudyjska) mają przeznaczyć łącznie 4,5 miliarda dolarów. Sami Amerykanie – zapewne w ramach obiecywanych oszczędności – podarować chcą 900 milionów. Problem Hamasu polega na tym, że nikt im tych pieniędzy fizycznie nie da. Fatah z kolei na terytorium Strefy Gazy nie ma żadnej realnej władzy. Aby zdobyć dostęp do tych środków, wzajemnie się potrzebują. A później to już będzie z górki. Ciekawe, ile z tych miliardów dolarów zostanie wydanych na odbudowę, a ile w przedziwny sposób zniknie? Hulaj duszo, piekła nie ma. Bogactwo palestyńskich dygnitarzy przy nędzy przeciętnego mieszkańca Strefy Gazy. Nie twierdzę, że Palestyńczycy nie używaliby tych pieniędzy i w dobrych celach – odbudowywanie mieszkań, szpitali, pomoc humanitarna. Nawet większość z tej kwoty trafiłaby w odpowiednie sektory. Jestem jednak przekonany, że przy takim poziomie bałaganu i korupcji, jaki panuje w Autonomii Palestyńskiej, to wiele milionów dolarów zostanie zmalwersowancy na zasadzie podziału łupów. Jest więc o czym negocjować. 

Nikt nie zastanawia się nad czymś innym – czy odbudoywanie Strefy Gazy, przed podpisaniem pokoju, ma jakikolwiek sens? Co będzie, jeśli Palestyńczycy odbudują, a Żydzi zbombardują w ramach kolejnej wojny z Hamasem? Społeczność międzynarodowa wyłoży pieniądze? Może to nowoczesny sposób radzenia sobie z kryzysem gospodarczym? Sprytne.

Na końcu tego naprawdę ciemnegu tunelu jawi się iskierka nadziei. Istnieje szansa, że Hamas będzie zmuszony uznać izraelskie prawo do istnienia. To byłby przełom. Tzw. kwartet madrycki naciska Mahmuda Abbasa, by nie podpisywał umowy koalicyjnej bez zapewnienia o uznaniu Izraela. Ciekawe, czy Hamas byłby skłonny na takie „ustępstwo” i np. zmianę swojego statutu. Jeśli nowy rząd palestyński spełniłby ten postulat, to możliwy byłby powrót do procesu pokojowego. Piłeczka znalazłaby się ponownie po stronie izraelskiej….

…a Izrael postawił na prawicę. Rząd formuje Benjamin Netanjahu, przywódca Likudu. Znajduje się jednak między młotem, a kowadłem. Jego przyszła koalicja może rozlecieć się w każdym momencie. Dlatego początkowo próbował rozmawiać z Kadimą. Nie udało się, więc Netanjahu musi porozumieć się z Naszym Domem Izrael, Partią Szas, Zjednocznym Judaizmem Tory i Ha-Beit Ha-Jehudi . Łącznie dałoby to 61 głosów. Dokładnie tyle, ile potrzebuje Netanjahu. Nie muszę chyba nikogo przekonywać na temat niestabilności takiej koalicji. Partia Pracy do niej nie wejdzie. Arabscy posłowie Knessetu raczej też się do tego nie palą  

Nowym ministrem spraw zagranicznych prawdopodobnie zostanie Avigdor Lieberman. Polityk ten znany jest ze swoich bardzo ostrych wypowiedzi na temat Palestyńczyków. Trudno uznać go za zwolennika procesu pokojowego, zwłaszcza, gdy proponuje wszystkim arabskim obywatelom Izraela podpisanie deklaracji lojalności. Do ciekawszych jego propozycji należy również oferrta bezwzględnej separacji Żydów od Arabów. Premier Netanjahu przy nim wygląda naprawdę umiarkowanie. Sam Lieberman postawił bardzo twarde warunki, bo wie, że bez niego nie powstanie rząd. Ciekawe, czy obaj panowie będą równie radykalni, jak w czasach opozycji.

Przyszły rząd izraelski będzie miał z miejsca przypiętą łatkę „radykalnego”. Będzie również poddany stałemu naciskowi Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, który – jeśli wierzyć prasie – bardzo dąży do wznowienia procesu pokojowegu. Może to przynajmniej częściowo ograniczyć jego radykalizm. Historia już robiła takie psikusy – w przypadku Menachema Begina, który wynegocjował porozumienie pokojowe z Egiptem, czy Ariela Szarona, który jednostronnie wycofał Izrael ze Strefy Gazy. Na pewno jednak elastyczność nie jest największą zaletą Netanjahu, a co dopiero Liebermana. 

Mamy więc taką egzotyczną koalicję i co dalej? Likud będzie musiał się bardzo nagimnastykować, zeby pogodzić posiadający elementy postulatów świeckiego państwa program Naszego Domu Izrael z życzeniami religijnej parti Szas. Chociażby sprawa ślubów cywilnych, których wprowadzenia chce Lieberman. Zarówno Szas jak i Zjednoczony Judaizm Tory głosowaliby przeciwko. Większość, opierająca się na przewafze jednego głosu, będzie bardzo chwiejna, a jeśli dodamy do tego takie różnice programowe, to nie zazdroszczę liderowi Likudu tej codziennej gimnastyki. Koalicja z Kadimą byłaby dużo stabilniejsza i lepiej widziana za granicą.

Nowy rząd – jeśli powstanie – nie będzie mógł liczyć nawet na odrobinę kredytu zaufania ze strony Palestyńczyków. Izraelczycy również stracili nadzieje na pokój. Przynajmniej tymczasowo. Zagłosowali tak, jakby chcieli iść na wojnę. W sumie nikt nie ma wielkich oczekiwań, więc w tym przypadku można się będzie tylko mile zaskoczyć. 

Więcej na temat Bliskiego Wschodu

- Izrael: kto w końcu wygrał wybory

- "Change" w sprawie Iiranu

- Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

- Porażka w Strefie Gazy

Pawelka & Steinbach – duety do mety

Bieżące wydarzenia, Historia, Warto przeczytać Komentarze (2) » dodajdo

 „Trzeba przypomnieć o tym, że Polska napadła w 1920 roku na Rosję i zagarnęła te tereny. Później musiała zwrócić je Stalinowi” – powiedzial w debacie telewizyjnej Rudi Pawelka, założyciel Powiernictwa Pruskiego. Nie należy oczywiście z tego powodu rozdzierać szat czy zrywać stosunków dyplomatycznych z Niemicami. Pawelka w Niemczech nie znaczy wszakże wiele. Mój niepokój budzi jednak to, że w niemieckich mediach pojawiają się wypowiedzi, których zgodność z realiami historycznymi jest co najmniej wątpliwa. Niemcy, choć przykro mi, że muszę ich dyskryminować, mają niezwykle nikłe prawo do wypowiadania się na tematy historyczne w taki sposób. Tak naprawdę z taką tezą nie spotykam się po raz pierwszy, bo powstała przecież ona na wschodzie, ale w ustach niemieckich brzmi to niezwykle podle. 

Jeśli uznać, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w kwietniu 1920 i skończyła w październiku to tak, .cynicznie można twierdzić, że Polska zaatakowała bolszewikow, a potem zagarnęła tereny przez nich zajmowane. Ignorancja przecież nie jest bolesna. Niektórzy pozwalają sobie na takie frywolne historyczne zabawy. Mówienie o wojnie, w oderwaniu od jakichkolwiek faktów fałszuje historię. Rozumowanie Pawelki przypomina tezę ZSRR, dla którego wojna rozpoczęła się w czerwu 1941. Nie można rozpatrywać wojny polsko-bolszewickiej w tak tendencyjny sposób, bo teza o biednej III Rzeszy, która padła ofiarą napaści Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Stanów Zjednoczonych, zbliża się nieuchronnie. Nie chodzi przecież w tym wszystkim o nas, ale o przyszłe pokolenia. Niemiecka młodzież po prostu musi być w 100% świadoma dziedzictwa, jakie jej zostało w spadku. Nie będzie to takie oczywiste, jeśli coraz popularniejsze będą wypowiedzi podobne do tych Rudiego Pawelki czy członków NDP. Ostatnim hitem jest krytyka Polski z dodaniem, że nie potrafimy kontynuować pięknej karty, którą rozpoczęli polscy biskupi wysyłając list „Wybaczymy i prosimy o wybaczenie” w listopadzie 1965. Ktoś w Berlinie chyba zapomniał o tym, że odpowiedź na ten list była bardzo niezadowalająca i nic nie mówiła o granicy na oOdrze i Nysie Łużyckiej. Polski episkopat był bardzo rozczarowany, a władze PRL-u rozpoczęły propagandową nagonkę pt. „Nie przebaczymy”, a rezolutni nieznani sprawcy dopisywali „Katynia”. Polscy biskupi wyprzedzili swoje czasy, niemieccy jeszcze nie dorośli. Stać ich było jedynie na polityczną poprawność. Erika Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mentalnie do dziś jeszcze żyje przed 1989r.

Rozprawmy się najpierw z mitem o polskim ataku na bolszewików i zagarnięciem jego terytoriów. Większość ludzi, jakich znam, reaguje emocjonalnie i raczej odnosi się do bitwy warszawskiej. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła w 1919 roku, była wojną – z polskiego punktu widzenia – o kształtowanie się granic. W międzyczasie w Rosji bolszewickiej trwała wojna „czewronych” z „białymi”, zachodnie państwa posiadały na terenach przyszłego ZSRR siły interwencyjne. Politycy przewidywali, że komuniści zostaną obaleni. Nie chcę podejmować polemiki w stylu, kto pierwszy do kogo strzelił i gdzie. Faktem jest, że na terenach, na których toczyły się walki, bolszewików miało nie być na mocy pokoju brzeskiego, w których zrzekli się tych ziem I nie obchodzi mnie, że był to pokój taktyczny. Zrzekli się? Tak. Mieli prawo do tej ziemi? Nie. Maszerowali na zachód? Tak. Konfrontacja o ziemie dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, była nieunikniona. W tym momencie mógłbym już skończyć swoje rozmyślania, bo jakie ziemie zabrali Polacy, skoro bolszewicy sami się ich zrzekli? Oczywiście, teoretycznie „anulowali” jednostronnie ten pokój, jednak nie można mówić o „własności” Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi itd. 

Polską kontrofensywe w 1919 roku zatrzymał sam Józef Piłsudski. Uważał, że łatwiej będzie mu walczyć z „czerwonymi” niż „białymi”. Nie chicał pomagać Denikonowi w wygraniu wojny domowej. Ten zresztą „łaskawie” zapowiedział, że zgodzi się na Polskę w graniach z 1815 roku. Piłsudski wybierał więc między dżumą, a cholerą. Postanowił zawiesić działania na froncie wschodnim. Taktycznie pomógł więc komunistom. Tutaj dochodzimy do momentu, do którego odnosi się wypowiedź Rudiego Pawelki, który twierdził, że to Polacy zaatakowali i zagarnęli ziemie w 1920 roku. Jak można mówić o wojnie polsko-bolszewickiej pisząc tylko o 1920 roku? W historii II wojny światowej też chce brać pod uwage tylko rok 1945 i dywanowe naloty na Drezno?

Bolszewicy – po wygraniu wojny domowej – zaczęli koncentrować swoje siły przeciwko Polsce. Polacy musieli zatem zaatakować wojska bolszewickie, zanim one zaatakowałyby Polskę. Plany komunistycznej ofensywy zresztą nikogo nie dziwiły. Lenin i jego towarzysze dużo mówili o przyszłym tryumfie światowego proletariatu. Liczył, iż uda się dokonać przewrotu w Niemczech. Czy w tym kontekście można mówić o tym, że Polacy bezpodstawinie zaatakowali Armię Czerwoną? Bez zartów. Polacy opanowali prawobrzeżną Ukrainę, ale po uporządkowaniu wojsk inicjatywę przejęli bolszewicy. Celem taktycznym Piłsudskiego było zapewnienie Polsce bezpieczeństwa przy pomocy koncepcji federacyjnej, stąd układ z Petlurą. Bolszewicy chcieli doprowadzić do światowej rewolucji – po trupie Polski. Resztę układanki już pewnie wszyscy pamiętają – wojska bolszewickie zostają odparte dopiero pod Warszawą, komuniści uciekają w popłochu. Zostaje zawarte zawieszenie broni, a później Pokój ryski. Idąc na Warszawę komuniści mówili jasno, że ich celem jest połączenie się z niemieckimi towarzyszami. Polska odmieniła więc bieg historii i mówienie o zagarnięciu „rosyjskich ziemi” jest po prostu bzdurą. Nasze prawa do nich były co najmniej takie same, jak bolszewickie. Inna sprawa, że fatalnie potraktowaliśmy prawo do samostanowienia innych narodów. Teza o tym, że te ziemie zostały ZSRR po prostu zwrócone też jest kosmiczna. Pokój ryski jasno określał granice, a Związek Radziecki bez pardonu i skrupułów odebrał nam polskie Wilno i Lwów. Tak, odebrał, a nie my mu zwróciliśmy. 

Można mówić, że te niemieckie wypowiedzi są marginalne i nic nie znaczą. Jasne, ale pojawiają się regularnie. Rozumiem oburzenie Władysława Bartoszewskiego. Media niemieckie zupełnie zapominają, ze jeszcze niedawno Erika Steinbach apelowała, żeby nie rozszerzzać UE o Polskę i Czechy, dopóki nie wynagrodzą one szkód wypędzonym. Kwestionowała również nasze demokratyczne zdobycze. Trudno posądzić Bartoszewskiego o antyniemieckie fobie. Jego stosunek do Niemców należy określić jako przyjazny, a mowa przecież o byłym więźniu Auschwitz. Steinbach żeruje na tragedii ludzkiej. Tak jak w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nie można wypędzeń rozpatrywać bez odniesienia się do II wojny światowej. Jeśli ktoś został wysiedlony, to przykro mi z tego powodu, ale nic dla niego nie mogę zrobić. Ze swojej strony z kolei nie domagam się odszkodowań wojennych. Nie czuję się zatem zobowiązany wobec Niemców. Być może demonizujemy Steinbach, ale nie możemy pozwalać, by ktoś próbował zmienić naszą historię. Pamiętajmy o ofiarach niemieckich, ale nie one są tutaj najważniejsze. Wypędzenia to przecież następstwo polityki Hitlera, a nie spełnienie polskiego marzenia narodowego, co zresztą szefowa Związku Wypędzonych sugeruje. Kto tu kogo demonizuje?

Więcej na tematy historyczne

- Obronić przed zapomnieniem – rotmistrz Witold Pilecki

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

Szczególnie gorąco polecam również tekst Piotra Cywińskiego z "Rzeczpospolitej"

 

 

Pakistańscy mistrzowie negocjacji

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Pakistańska telewizja Geo podaje, że władze pakistańskie ugięły się pod żądaniami terrorystów, którzy stoją za porwaniem Johna Soleckiego, szefa biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodżców na prowinację Beludzystan. Terroryści „zażyczyli sobie”, by uwolnić 1109 osób. Pakistańczycy zajmują się obecnie poszukiwaniem wybranych osób. Jak się okazało, część z nich już wcześniej została zwolnona do domów. Nie wiadomo, ile osób wskazanych przez porywaczy siedzi w więzieniach pakistańskich. Bardzo możliwe, że nigdy się tego nie dowiemy. Jeżeli rząd Pakistanu zgodzi się na żądania terrorystów, to popełni największy z możliwych grzechów w wojnie z porywaczami – niekonsekwencję.

John Solecki to obywatel amerykański, a w dodatku pracownik ONZ. Jak na dłoni widać, ile w Islamabadzie może zdziałać Waszyngton, a ile nie mogła Warszawa. Tak naprawdę żądania zabójców Polaka były bardzo małe, jeśli porównać je z tymi oczekiwanymi przez ludzi przetrzymujących Johna Soleckiego. Śmierć pracownika ONZ byłaby bardzo symboliczna. Szczególnie, że Solecki zajmował się w Beludżystanie pomaganiem ludziom. Nasz rodak zresztą też zajmował się działalnością cywilną. Śmierć pracownika Geofizyki będzie miała sens, jeśli Pakistańczycy będą postępować według określonych zasad w każdym przypadku. Jeśli będą wypuzczać więźniów, to niech się nie dziwią, że obcokrajowcy będą znikać porywani przez kolejnych bojowników. Skoro rozważa się wypuszczenie 1100 osób, to czymże jest wypuszczenie 6, 10 czy 50 w zamian za Polaka? Pewien klasyk z Gruzji nazwałby to statystyką.

To zabrzmi brutalnie, ale zgoda na żądania porywaczy będzie niezwykle demoralizująca. Ja rozumiem, że śmierć pracownika ONZ byłaby kompromitacją, ale pojawia się pytanie. Czy teraz za każdym razem wypuszczani będą więźniowie w zamian za życie jednego obcokrajowca? Czy może zależne to będzie od narodowości porwanego? Tj. Polak – może zginąć, Amerykanin – nie? Na pewno bardzo uproszczam sprawę, negocjacje na pewno nie są takie oczywiste, jak to przedstawiam. Nie mamy dostępu do tajnych uzgodnień. Jak jednak potraktować taki sygnał? Czy ci, potencjalnie uwolnieni, bojownicy nie będą stanowić jeszcze większego zagrożenia? To przypomina mi zachowanie pijaka z „Małego Księcia”, któy pije, żeby zapomnieć o tym, że pije. W końcu – ale o tym akurat Saint-Exuperry nie wspominał – zapije się na śmierć.

Rząd pakistański znajduje się w defensywie. Jego integralność jest bardzo naruszona. Ostatnio głośna jest sprawa doliny Swat, w której obowiązuje już szariat. Taka prawna enklawa. Talibów jednak nie interesuje koegzystencja. Kompromis jest jedynie chwilowy, a dążyć będą do rozszerzania swoich wpływów na cały kraj. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że talibowie są ze sobą wzajemnie skłoceni. Pozycja rządu pakistańskiego nie jest zbyt mocna. Walczą – niejako na własne życzenie – z hydrą, której nieustannie odrastają ścięte głowy. Niestabilność Pakistanu bardzo źle wpływa na Afganistan. Amerykanie w tym regionie postawieni są pod ścianą. Wystarczy spojrzeć na mapę Pakistanu – Beludżystan to południe, a Swat północ Pakistanu.

Amerykanie nie mogą pozostawić bez pomocy nowego prezydenta Pakistanu. Wpływając jednak na niego, by uwolnił więzionych kompanów bojowników o wolność Beludżystanu, rozwiązują problem jednostkowy – Johna Soleckiego, a powiększają ten masowy – porwań. Generalnie trzeba poczekać na oficjalne informacje z Pakistanu, bo to brzmi aż niewiarygodnie, by władze przystały na tak wymagające żądaina. Może, jak w przypadku Polaka, chodzi tak naprawdę tylko o kilka osób? Zasadność przy tym traci także cała argumentacja w obronie rządu pakistańskiego, jaka powstała po śmierci Polaka. W jakiś sposób mogłem wtedy zrozumieć postawę Islamabadu. Okazało się jednak, że gdy sprawa dotyczy Amerykanów, Pakistańczycy są w stanie wykazać się większą elastycznością. Prawo silniejszego.

Terrorystów trzeba zniszczyć. Oni nie chcą pokoju. Stawką jest państwowość Pakistanu, w tym momencie jeszcze niezagrożona. Mam wrażenie, że władze tego państwa prowadzą bardzo nierozważną politykę. Prezydent Zardari musi zdecydować się na określoną strategię, bo w tym momencie to wszystko wygląda na improwizację. Jego ewentualna przegrana w wojnie o własny kraj byłaby zbyt droga. Pakistan jest dużym państwem, które położone jest w newraligcznym punkcie, w dodatku Islamabad dysponuje bronią. nuklearną. Stawka jest zatem bardzo wysoka. 

Więcej na ten temat

- Sępy nad trumną polskiego geologa

- Afgańska stajnia Augiasza

- Indie w ogniu – demokracja w defensywie?

Licytacja o tarczę antyrakietową

Bieżące wydarzenia Komentarze (3) » dodajdo

rwa licytacja w sprawie tarczy antyrakietowej. Prowadzą ją Amerykanie. Prawdopodobnie czekają na moment, w którym Rosjanie zaproponują takie warunki, że będą mogli ogłosić – „sprzedane”. Tak naprawdę jednak gra nie jest jednak skończona. Zgodnie z tym, co pisałem kiedyś – taka sytuacja jest komfortowa dla Baracka Obamy. Może on wybierać wśród ofert, osłabiać pozycję negocacyjną swoich parnterów/przeciwników, sprawdzać blefy. Kontroluje sytuację. W rozgrywce o tarczę, co w sumie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, głównym rozgrywająćym są Amerykanie. Administracja amerykańska zrobi bilans zyskow i strat, a następnie zdecyduje się na któreś rozwiązanie w kwestii tarczy antyrakietowej.

Ostatnio w „Kommiersancie” i „New York Timesie” pojawiły się informacje odnośnie amerykańskiej propozycji – „Iran za tarczę”. Najprawdopodobniej jest to kontrolowany przeciek Tłumaczenie jest teoretycznie bardzo proste. Jeśli zniknie problem programu atomowego Iranu, to nie będzie podstawy do powstania tarczy antyrakietowej. Gdzie tu jednak sens? Projekt „gwiezdnych wojen” powstał za Reagana, czyli długo przed tym, zanim irański program atomowy zaczął stanowić jakikolwiek problem. Co więcej, wszyscy oficjalnie wiedzieli, że ten projekt skierowany jest przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Przyjmijmy nawet, że istotnie, irańskie rakiety stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa amerykańskiego i udaje się zlikwidować problem. Co w takim razie z rakietami np. północnokoreańskimi? Nagle stały się mniej groźne i omżna je zignorować? Nie, tak naprawdę to nigdy nie były zagrożeniem. Czasami odnoszę wrażenie, że amerykańska Sekretarz Stanu naprawdę wierzy w to, że tarcza skierowana jest przeciwko ajatollahom. Według mnie w istocie wygląda to tak, że nowy prezydent Stanów Zjednocznych mówi do Rosjan: „ok, możemy wstrzymać projekt, który w was uderza, ale w zamian….”. Jeśli do tego dodamy, że Amerykanie coraz mniej chętnie będą patrzyli się na wydawanie kolejnych miliardów dolarów na projekt, którego pozytywnych skutków de facto nie odczują, a w momencie, w którym szaleje mityczny „kryzys gospodarczy”. Obama musi też patrzeć na słupki wyborcze.

Rosjanie wspomagają technologicznie irański program atomowy, ponadto dostarczają Persom uzbrojenie i głosują za nimi w RB ONZ. W Radzie Iran wspomagają tez Chińczycym ale sojusz irańsko-chiński jest mniej ścisły. Rosjanie mają więc niezbędne środki wpływu by przekonać (lub przymusić) Iran do uspokojenia się. Szczególnie, że Irańczycy są skłonni do układania się z Amerykanami. Problem jednak w tym, że to prawdopodobnie dla Amerykanów za mało. Iran jest problemem wyolbrzymionym, bardziej prestiżowym i dotyczącym Izraela. Dla Stanów Zjednoczonych Iran nie jest prawdziwym zagrożeniem. Amerykanów w tym przypadku może bardziej interesować pomoc rosyjska w Pakistanie i Afganistanie. Moskwa może bardzo ułatwić tranzyt.. Rosjanie mają więc, co rzucić na wagę. 

Polacy i Czesi zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Państwe te skomplikowały sobie stosunki z Rosją, a teraz mogą zostać wystawione do wiatru przez Amerykanów. Zasada „nic o nas bez nas” po raz kolejny okazałaby się pustym frazesem. Polska stała się przedmiotem negocjacji. Nasza dyplomacja zostałaby zdradzona, a Patrioty pełniłyby funkcję prezentu na pocieszenie.. Patrioty bez bazy może zwiększają nasze możliwości obronne, ale nie zmieniają położenia strategicznego. Ich pozyskanie będzie jedynie symboliczne, bo militarnie – pomimo swojego zaawansowania – pozostaną bez znaczenia. Nie jestem i nie byłem wielkim zwolennikiem tarczy. Uważam, że jest ona dużo bardziej potrzebna Stanom Zjednoczonym aniżeli Polakom, ale skoro umowa została podpisana, to powinna zostać zrealizowana. Wymaga tego minimum szacunku wobec swoich sojuszników. Inaczej po raz kolejny ziści się zasada, w którą Polakom zawsze ciężko było uwierzyć – w polityce liczą się interesy, a nie sentymenty. Barack Obama wybierze w interesie amerykańskim, Polska ma dla niego znaczenie trzeciorzędne. Wcale nie oznacza to rezygnacji z tarczy, bo ten projekt ogranicza rosyjskie pole manewr, pokazuje jak NATO i Stany Zjednoczone całkowicie dominują była sowiecką strefę wpływów, poza tym jest on już naprawdę bliski ukończenia. Rosjanie dostali alternatywną propozycję – „wykupienia” tarczy. Taka skomplikowana forma haraczu.

Robiąc interesy z Amerykanami trzeba pamiętać, że przede wszystkim dla nich najważniejsze są własne korzyści. Są bardzo elastyczni, kiedy trzeba mówią o sojuszach, o bliskich relacjach, o pomocy finansowej i militarnej oraz demokracji i prawach człowieka. Piękne słowa muszą mieć jednak odzwierciedlenie w faktach. Kiedy Amerykanie wyczuwają, że istnieje lepsze rozwiązanie, nie mają nawet chwili zawahania. Dlatego właśnie teraz trwa licytacja. Obama musi ustalić swoje priorytetowe cele w polityce zagranicznej. Na razie postępuje bardzo ostrożnie. Bardzo słusznie – z amerykańskiego punktu widzenia – prowadzi grę, w wyniku której uzyska jak najwięcej korzyści. Amerykanie nie prowadzą altruistycznej polityki zagranicznej. O wszystkim decydują interesy, najczęściej ubrane w piękne słowa-klucze. Musimy zmienić nasze podejście do Amerykanów na bardziej pragmatyzne.

 

Więcej na temat tarczy antyrakietowej i Iranu

"Rozgrywka o tarczę antyrakietową"
 

"O rosyjskim blefie"

"Change w sprawie Iranu"

Syn miałby uczyć ojca dzieci robić?

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

 Departament Stanu zarzuca nam rasizm, antysemityzm, korupcję i inne nadużycia. Komedia. Kto to mówi? Czyżby nastoletni syn miał uczyć ojca dzieci robić? Myślę, że równie dobrze polski MSZ mógłby pokazać raport według którego powyższe zarzuty odnosiłyby się jedynie do Stanów Zjednoczonych. Amerykanie znowu wskazują sobie, co jest dobre, a co złe. Każą sprzątać innym w pokoju, gdy u nich bałagan jest większy.

Polski antysemityzm to jest jeden wielki mit. Owszem, zdarzają się w Polsce incydenty na tym te i Polacy nie mogą być z tego dumni. Więcej takich przypadków ma miejsce w Europie i… Stanach Zjednoczonych. Dlaczego więc mamy być szczególnie naznaczeni? Żaden naród nie ma tyle drzewek w Yad Yashem, co Polacy. Trzeba więc wyprowadzić ogólny wniosek. Antysemityzm nie jest zjawiskiem narodowym, a ogólnoświatowym. W każdym państwie są ludzie, którzy nie lubią Żydów. Nawet w samym Izraelu (!) istnieje grupa radykałów religijnych, która uważa, że obecne państwo Izrael nie powinno istnieć. Oskarżanie Polaków o antysemityzm to wyjątkowa hipokryzja, bo historia pamięta jak Europa wypędzała Żydów, którzy uciekli …do Polski. Podczas II wojny światowej Polacy częstokroć ryzykowali życie, gdy państwo Vichy wysyłało Żydów do obozów koncentracyjnych. 

Wracająć jednak do samych Stanów Zjednoczonych. Dane z 2004r. (źródło: znak.org)

„Żydowska Liga Przeciwko Zniesławieniom alarmuje, że w USA nastąpił znaczący wzrost akcji antysemickich. Ale jednocześnie nastąpił niewielki spadek liczby Amerykanów wyznających antysemickie poglądy.

Według raportu Ligi Przeciwko Zniesławieniom (Anti-Defamation League), w roku 2004 zanotowano najwięcej akcji antysemickich od 9 lat. Raport wyszczególnia ponad 1800 takich przypadków, w większości z użyciem siły i łamania prawa. Najwięcej antysemickich incydentów zanotowano w Nowym Jorku, New Jersey, Kalifornii i na Florydzie. Niepokój budzi wzrost antysemityzmu w amerykańskich szkołach.

Według sondaży, 15 proc. Amerykanów uważa, że Żydzi odgrywają zbyt wielką rolę w USA. Z kolei jedna trzecia Amerykanów sądzi, że amerykańscy Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela niż Stanów Zjednoczonych. Instytut Badań Antysemityzmu przy uniwersytecie w Tel Awiwie, wymienia Stany Zjednoczone wśród państw o największym wzroście antysemityzmu. (IAR)”

Takie chwalebne lda Stanów Zjednoczonych są te statystyki? Może są nieprawdzwe? Sprawdźmy więc inne, z Tel-Awiwu*

Niestety dla Departamentu Stanu. Według nich Polska znajduje się gdzieś w końcówce Europy, daleko za m.in. Francją. Za to zwraca uwagę wysoka pozycja Stanów Zjednoczonych, Rosji, Kanady i właśnie Francji.

*ciekawy jest rozrzut w liczbach między informacjami podawanymi przez oba źródła. 

„Raport podkreśla, że jednym z powodów przepełnienia polskich więzień jest nadużywanie przez sądy aresztu przedprocesowego” (za dziennik.pl)

Amerykański Dep. Stanu osiągnał szczyt hipokryzji w tym momencie. Czy to nie Amerykanie bezprawnie przetrzymywali na Kubie w Guantanamo podejrzewanych o terroryzm ? W Polsce tak, areszt jest nadużywany, trzeba się uderzyć w pierś. Szkoda, że nie wypomina nam tego jeszcze Kim Dżong Il i Aleksander Łukaszenka.

"Rząd nie wprowadza skutecznie w życie przepisów antykorupcyjnych. Panuje przekonanie, że korupcja jest akceptowana zarówno w sferach rządowych, jak i w samym społeczeństwie" 

Coś pisałem o szczycie? Cofam to. To jest prawdziwy Mont Everest. Diagnoza jest dość trafna. Problem korupcji rzeczywiście u nas istnieje. Na szczeblu lokalnym i centralnym. To kolejna spuścizna komunizmu, widoczna również za naszą wschodnią granicą. Czy jednak w Ameryce jest dużo lepiej? U nas przy pomocy korupcji załatwia się z reguły drobne sprawy, winne najczęściej jest złe prawo, które daje urzędnikom zbyt wielkie uprawnienia. W Ameryce, jak to Ameryce, chłopaki mają rozmach. Sprzedają stanowisko senatora po Baracku Obamie, lobbyści trzymają kongresmanów w ręce licząc ich w dziesiątkach, prywatne firmy sponsorują kampanie polityczne (jednego i drugiego kandydata naraz – takie zabezpieczenie), a miliardy dolarów pomocy dla banków „gdzieś tam” znikają w księgowości. Na pewno więc to Polacy mają problem z korupcją? Podam jeszcze tylko przykład seksafery. U nas dotyczyła ona posla i prawdopodobnie byłego wicepremiera. W Ameryce problem ten jest bardziej „taśmowy”. Sprawa Billa Clintona już pokazuje nam, kto jest zdecydowanym liderem w naszym starciu. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że w Stanach Zjednoczonyh o seksafery wywróciło się kilku bardzo poważnych polityków, a ekskluzywne agencje towarzyskie mają listę swoich klientów-polityków, to zostaliśmy właśnie zdeklasowani. 

Czasami trzeba więc spojrzeć do swojego gniazda, zanim zacznie się uczyć latać pisklęta z innego Stany Zjednoczone wcale nie są ideałem, jeśli chodzi o powyższe kwestie. Do innych zarzutów nie chciałem się odnosić, ale są równie bezsensowne. 

 

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się