Obronić przed zapomnieniem: rotmistrz Witold Pilecki

Bieżące wydarzenia, Historia, Warto przeczytać Komentarze (2) » dodajdo

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Parlament Europejski ustanowi nowe święto UE – Międzynarodowy Dzień Walki z Totalitaryzmem. Olbrzymie szanse, aby zostać jego patronem, ma rotmistrz Pilecki. Projekt dysponuje – wg „Dziennika” – poparciem Unii na Rzecz Europy Narodów i Europejskiej Partii Ludowej – Europejskich Demokratów. „Dziennik” podaje, że to większość wystarczająca do przegłosowania. Niestety – tak nie jest, gdyż będzie to trochę ponad 300 głosów, gdy w parlamencie zasiada obecnie 795 europosłów. Dlaczego jednak inne frakcje nie miałyby poprzeć tak mało kontrowersyjnego projektu?

Rotmistrz Pilecki idealnie nadaje się na patrona tego święta. Wszystkim polecam tzw. raport Witolda z jego pobytu w Oświęcimiu. Jest długi, wczoraj czytałem go prawie cały dzień, ale niezwykle wciągająćy. Na jego podstawie można by nakręcić interesujący film. Uświadamia też coś bardzo ważnego – kto był kim w czasie wojny. Takie źródła są niezwykle cenne, bo nasi dziadkowie/pradziadkowie brali udział w II wojnie światowej, przez co my nie możemy nabrać do niej dystansu, ale już następne pokolenie będzie wolne od tego dziedzictwa, gdyż kombatanci umrą. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa walka o pamięć na temat II wojny światowej oraz realne próby zmieniania historii. W naszej kulturze pamięć o tej straszliwej wojnie jest bardzo istotna, co pokazują żywe spory polityczne na tym tle. Inaczej to będzie wyglądało za lat 20, gdy ta wojna będzie jakimś smutnym wspomnieniem pokoleń. Coś podobnego dzieje się w/s I wojny światowej obecnie. Wystarczy porównać chociażby stereotypową wiedzę na temat I i II wojny światowej.

Poziom bohaterstwa Pileckiego jest niezwykły. Ten człowiek dał się złapać Niemcom, by „przeniknąć” do Oświęcimia i zbadać dla podziemia – co tam się tak naprawdę dzieje. Najlepszym podsumowaniem jego działalności jest fakt, że gdy Polacy donosili o masowej eksterminacji, to alianci nie bardzo chcieli w to wierzyć. Pilecki to wszystko opisywał w swoim raporcie, a na terenie obozu stworzył coś w rodzaju ruchu oporu, który ułatwiał przeżycie w tych makabrycznych warunkach. Demaskował również cynizm Niemców i główne reguły rządzące obozem. W samym raporcie przeczytać możemy mnóstwo ciekawych historii, o tym, jak rotmistrz unikał dekonspiracji, jak radził sobie (i pomagał innym) w beznadziejnych sytuacjach. Po około dwóch i poł roku Witold Pilecki – wraz z dwoma kolegami – uciekł. Potem walczył w Powstaniu Warszawskim, a po wojnie został aresztowany przez komunistów i skazany na karę śmierci. O sposobie, w jaki go traktowali miał mówić: „Auschwitz to przy tym igraszka”. Rotmistrz doświadczył więc „uroku” represji od dwóch systemów totalitarnych. Równie obrzydliwych i obłudnych. Zasługuje na bycie symbolem UE, ale przede wszystkim – na ocelanie w naszej pamięci. Szansa na prawdziwe docenienie rotmistrza przyszła dopiero po 1989 roku. Progamy historyczne, pisane już w wolnej Polsce, nie nakładają jednak odpowiedniego nacisku na osobę rotmistrza. Inna sprawa, że generalnie program jest zbyt obszerny (albo czasu na lekcjach jest zbyt mało). Nie miałem w swoim życiu lekcji historii, na której pojawiłoby się nazwisko Pilecki. Chyba pora to zmienić? Historia powinna zaciekawić, a osoba rotmistrza jest fascynująca.

Czytając raport czułem się jak przy lekturze Bartoszewskiego. Doskonałe odróżnienie dobra od zła. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć – przygody Pileckiego są dużo bardziej niebezpieczne i o wiele ważniejsze. Nie można stopniować odwagi, bo w innym wieku byli obaj panowie, a przede wszystkim – rotmistrz był doskonale wyszkolony, a Bartoszewski nie. Imponuje mi ta generacja ludzi, która dla ojczyzny zrobi wszystko. Oczywiście, nie popieram wypowiedzi Władysława Bartoszewskiego na temat PiSu. Były trochę zbyt mocne i mógl sobie ich oszczędzić. Dużo gorsi są jednak „młodzi”, którzy niczego nie osiągnęli, a krytykują profesora (tak, tak, wiem, że nie jest profesorem…). Bartoszewski, tak jak Pilecki (przy zachowaniu odpowiedniej skali oczywiście) też był więźniem obozu koncentracyjnego, też brał udział w Powstaniu Warszawskim i też siedział w komunistycznym więzieniu. Chcę pokazać, że istnieje pewna generacja ludzi, już starszych, którzy swoją wierność wobec państwa pokazali w najtrudniejszych warunkach. Pilecki jest wielkim bohaterem. Jego raport z kolei to nieocenione źródło historyczne.

Dlatego bardzo podoba mi się aktywność Bartoszewskiego w/s Eriki Steinbach. Niemcy zresztą rozgrywają to na własnym podwórku. SPD celowo popiera Polaków, bo wie, ile głosów ma do stracenia CDU/CSU w przypadku niewejścia Steinbach do zarządu fundacji „Ucieczka. Wypędzenie. Pojednanie”. Wybory już niebawem. Angela Merkel znajduje się między młotem, a kowadłem. Chce wyjść z twarzą z tej opresji, zadowalając Związek Wypędzonych i polski rząd. Roszczenia niemieckie są kompletnie nieuzasadnione, ale niemieckiemu rządowi brakuje odwagi, by ogłosić, że wszelką odpowiedzialność za wysiedlenia bierze na siebie. Nie chodzi o to, czy wysiedlenia były dobre, czy złe, ale Niemcy nie mają prawa moralnego mówić cokolwiek na ten temat. Szczególnie, że część „wysiedleńców” przyprowadził do nas sam Adolf Hitler. Nie przypominam sobie też, abyśmy dostali od Berlina adekwatne odszkodowanie wojenne. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Histeria, jaką rozpętała polska strona, jest zbyt duża, ale powód jest słuszny. Z rekomendacji Związku Wypędzonych i tak wejdą 3 osoby, a więc Steinbach utrzyma nieformalny wpływ. Spór jest więc bardziej prestizowy.

Należy pamiętać o obliczach totalitaryzmów: nazistowskiego i komunistycznego, bo pochłonęły one w cyniczny sposób miliony ofiar. Najbardziej przerażająca jest bezwzględność, z jaką to robiły, a pokazuje to w swoim raporcie Witold Pilecki. Wspominanie o Oświęcimiu jest o tyle ważne, że muzeum znajdujące się tam potrzebuje pomocy, by się utrzymać. List w tej sprawie miał wysyłać ostatnio Donald Tusk. Wiele osób zapomina o tym, że ginęli tam nie tylko Żydzi, ale również Polacy i osoby innej narodowości (żołnierze radzieccy, Cyganie). Obóz śmierci trzeba utrzymać, bo jest unikatowym świadectwem prawdy historycznej. Prawdy, której Polacy nie muszą się bać. Wierzę w to, że Polska i Europa wspólnie utrzymają to miejsce.

Więcej na tematy historyczne

Wielki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

- Polski szacunek dla polskiej historii

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię
 

 

Traktat Lizboński, a europejski i antyeuropejski beton

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

 Traktat Lizboński to dokument budzący wiele kontrowersji. Problem Europy polega na tym, że nikt na ten temat nie chce dyskutować, a jeśli już, to w sposób płytki i nie wystarczający. TL dla większości osób jest jajkiem-niespodzianką, a osoby, które chcą na ten temat rzetelnie rozmawiać, są odsuwane na boczny tor. Widoczne są dwa nurty – albo euroentuzjaści, którzy nawet nie wiedzą, co w tym dokumeńcie jest, albo eurosceptycy, którzy bardzo często sami wymyślają jego treść. Nie ma miejsca dla ludzi, którzy co do samej integracji – są za, ale uważają, że TL niekoniecznie jest czymś koniecznym, a przynajmniej na jego temat należy poważnie usiąść i porozmawiać, a potem zagłosować – w referendum, a nie przy pomocy naszych posłów, których wiedza na temat TL jest raczej niewielka. 

Poparcie lub jego brak dla traktatu jest po prostu kwestią poglądów. UE idzie w stronę konfederacji, kosztem kompetencji państw narodowych. Celowo odchodzi od zasady jednomyślności do zasady kwalifikowanej większości głosów (tj. zwiększa się liczba obszarów, w których wystarczy kwalifikowana większość głosów). W ten sposób UE będzie mogła podejmować więcej decyzji, ale kosztem państw, które wcześniej miałyby możliwość zavetowania danej decyzji. Tutaj kłania się znajomość realiów – jak dotąd zwyczaj był taki, że Rada Unii Europejskiej podejmowała decyzje na drodze consensusu – nawet jeśłi wymagana była zwykła lub kwalifikowana większość głosów -, tylko czy taki zwyczaj utrzymałby się po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego? Stosunek do niego jest zależny od wizji państwa narodowego i Europy w przyszłości. Nie chcę się dziś szczegółowo zajmować zapisami eurotraktatu. Nie o tym jest ten tekst.

Od jakiegoś czasu obserwuje niezwykle niepokojące zjawisko. Każdy, kto nie pała romantycznym entuzjazmem wobec Traktatu, jest zacofanym barbarzyńcą. Estabilishment jest brutalny. Posiadanie poglądu jest w tym przypadku większą hańbą, niż płynięcie zgodnie z europejskim nurtem. Osobiście jestem zadowolony z naszej akcesji do UE, bo dało nam to wiele możliwości, a tak po prawdzie – alternatywy nie było. Zauważam wady Wspólnoty, ale nie przesłaniają one wielu widocznych zalet. Trudno więc nazwać mnie eurosceptykiem. Kiedy jednak słyszę w telewzji lub radiu, że podwójny system głosów (wchodzący w życie w 2014r) jest dla nas korzystniejszy niż ten wynikający z Traktatu Nicejskiego, a mamy jeszcze hamulec z Joaniny, to niestety – nie wytrzymuje i powstają takie teksty, jak ten. Źle się z tym czuje, gdy ktoś mi tłumaczy, ze posiadanie mniejszej liczby głosów jest lepsze, niż posiadanie większej. Uroku dodaje sprawie Joanina, która nie blokuje decyzji, a jedynie przesuwa ją na późniejszy termin (o ile się nie mylę – będą to dwa miesiące). Jeszcze tylko na marginesie powiem, że w praktyce ta procedura nie została wykorzystana nigdy, s sama Joanina de facto jest i tak korzystniejsza dla Niemiec i Francji, bo posiadają one więcej głosów i mieszkańców. Niektórym jednak za mówienie bzdur płacą i to w dodatku całkiem nieźle. Dlatego właśnie uważam, że każdy świadomy obywatel powinien co najmniej za pomocą googla sprawdzić, czym jest ten Traktat Lizboński.

W mediach podział jest bardzo prosty i charakterystyczny. Kto nie jest za TL (lub tak jak ja – chce o nim rozmwiać, a nie ślepo uchwalać), ten jest wrogiem Europy i nie chce postępu.
Nie wiem, czy dostrzegacie tutaj szantaż? Nikt przecież nie chce być uważany za zaścianek. Tak samo, jak nie rozumiem, po co nam Karta Praw Podstawowych, która w większości jest skopiowaniem zapisów naszej konstytucji. Czy są zastrzeżenia co do naszego ustroju politycznego i uszanowania praw człowieka? Przecież to jeden z podstawowych warunków, jaki trzeba spełnić, by wejść do UE. Po co to powtarzać? Niech ktoś mi to wytłumaczy, a nie wypowiada się się w stylu: „uchwalenie TL i Karty Praw Podstawowych jest absolutnie niezbędne dla dalszego rozwoju UE”. Prawdziwy ekspert.

Najbardziej przejmuję się brakiem poszanowania dla standardów demokratycznych w Unii Europejskiej. Irlandczycy mają głosować tak długo, aż wynik referendum będzie się zgadzał. Ponadto politycy zrobili wszystko, by TL był ratyfikowany ponad głowami obywateli, tak, by maksymalnie ograniczyć ich wpłw na przyjęcie tego dokumentu. Jak na organizację, która demokrację ma wypisaną na sztandarach, to chyba niedobrze?

Deficyt dyskusji jest dla mnie druzgocący, jeśli wziąć pod uwagę kluczową dla Europy zawartość tego dokumentu. To tak, jakby kupować auto i nie zajrzeć do silnika. Unia niewąpliwie wymaga reform, Wspólną Politykę Zagraniczną i Bezpieczeństwa trzeba wzmacniać, korzystne byłoby uściślenie stosunków w ramach współpracy sądowej oraz policyjnej. Z jednej strony mamy traktatoentuzjastów, którzy nie widzą konieczności tłumaczenia nam, dlaczego należy przyjąć TL. Swoje argumenty opierają na sile proeuropejskiego lobby, które skutecznie naciska na rządy. Z drugiej widzimy traktatosceptyków, którzy wymyślają, iż eurotraktat zabierze nam wszelkie narodowe kompetencje, a w Polsce pary homoseksualne będą od jutra adoptować dzieci. Gdzie tu miejsce na umiar?

Wydaje mi się normalne, że należy szukać wielu dróg integracji. Traktat Lizboński jest jedną z nich, ale czy optymalną? O próbie stanowienia monopolu w tej sferze mówił ostatnio w Parlemancie Europejskim Vaclaw Klaus. Europa już postanowiła zrobić z niego oszołoma, więc jest na straconej pozycji.  Izolacja wewnątrz Europy – to kara dla niepokornych.
 

Więcej na temat Traktatu Lizbońskiego

Unijna "demokracja" w Pradze

Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

Rozgrywka o tarczę antyrakietową

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

 Coraz bardziej komplikuje się sprawa amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Amerykanie przystąpili do kolejnej fazy rozgrywki – sondują, czy bardziej opłaca im się inwestycja w projekt, czy jej zaniechanie. W roli podbijająego stawkę występuje Rosja, w grze jest głównie Afganistan i Iran, a w my i Czesi jesteśmy traktowani jako przedmiot rozmów. Nie omżna zapomnieć też o rosyjskich zapowiedziach zainstalowania Iskanderów w Obwodzie Kaliningardzkim.

Tarcza antyrakietowa może przynieść Stanom Zjednoczonym największą z możliwych korzyści. Trwałe przejęcie inicjatywy strategicznej w Europie. Nie bez powodu w 1972r podpisano porozumienie ABM o „ nieograniczonym czasowo ograniczeniu rozwoju, testowania i rozmieszczania systemów antybalistycznych”. W 2001r umowę wypowiedziały Stany Zjednoczone. Na czym polega problem systemów antybalistycznych? Jedna z popularnych koncepcji głosiła, iż – w czasie zimnej wojny – żadne z supermocarstw nie odważy się zaatakować drugiego, gdyż skończyłoby się to wzajemnym zniszczeniem siebie i przy okazji świata. Skuteczny system antyrakietowy daje przewagę uderzenia, a w najgorszym przypadku więcej czasu na reakcję. Dlatego w latach siedemdziesiątych uznano, iż są one zwyczajnie zbyt niebezpieczne dla świata.

Realia się jednak zmieniły, a wraz z nimi zdanie amerykańskie. Rosjanie nie mają technologicznych możliwości ścigania się z Amerykanami. Co prawda administracja amerykańska mówi przede wszystkim w kontekście tarczy antyrakietowej o „zagrożeniu irańskim”, ale rosyjski niedźwiedź może jest stary, ale nie głupi. Pamiętam jak kilka lat temu rosyjscy dziennikarze myśleli, że polski dyplomata żartuje, gdy jako pierwszy wspominał o Iranie. Niedoszły zart stał się wersją oficjalną. Tylko, jak w takim razie wyjaśnić, dlaczego Amerykanie zaczęli pracę nad tarczą antyrakietową na długo przed uznaniem Iranu za państwo „osi zła”? Uznajmy na moment, że Amerykanie mówią prawdę. Co pomyślelibyśmy o polityku, który inwestuje dziesiątki miliardów dolarów w projekt, który skierowany jest przeciwko tzw. państwom bandyckim. Państwa te nie dysponują rakietami zdolnymi do poważnego rażenia Stanów Zjednoczonych, a – co najważniejsze – najprawdopodobniej nigdy nie odważą się takiej rakiety wystrzelić, bo amerykańska riposta byłaby dla nich zabójcza, jak 15 sekund dla Duńczyków na Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej.. Dziesiąki miliardów dolarów wydano by po to, aby postraszyć Kim Dzong Ila (może stąd ten podejrzewany zawał?) czy Radę Strażników Rewolucji? Zarówno Stany Zjednczonne, jak i ich sojuszników (np. Izrael) mogą przecież bardzo skutecznie bronić konwencjonalne systemy. Inaczej jednak należy oceniać ten projekt, gdyby założyc, iż jest to instrument poszerzania wpływów, a raczej zmniejszanie możliwości rosyjskich. Stąd nerwowe reakcje Moskwy. Polepszenie sytuacji wobec państw bandyckich to efekt pozytywny, ale niezamierzony. Amerykanie wiedzą, że buisness is buisness i nie ma co inwestować tylu pieniędzy w budowę dywizji czołgów, które mają stawić czoło jednemu Fiatowi 126p.

Projekt tarczy antyrakietowej nie jest jednak idealny. Po pierwsze, cena. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych ma wątpliwości, czy w dobie kryzysu powinien inwestować miliardy dolarów w niepewny biznes. Po drugie: badania przewidują, że tarcza będzie skuteczna, ale tak naprawdę nie odpowiada ona współczesnym zagrożeniom np. terrorystycznym. Do przenoszenia broni maswoego rażenia w XXI wieku nikt nie potrzebuje przecież rakiety balistycznej. Po trzecie, Amerykanie boją się, iż powstaną rakiety zdolne do omijania tarczy, a wtedy te miliardy dolarów zostaną wydane na marne. Ich wartość będzie porównywalna z tymi z Zimbabwe. Pierwszym celem potencjalnego rosyjskiego ataku będą przecież elementy bazy zainstalowane w Europie. Po czwarte, projekt tarczy antyrakietowej to również polityczne konsewkencje i międzynarodowe reperskusje.

O tym, że Barack Obama będzie rozgrywał kwestię tarczy antyrakietowej pisałem już wcześniej. Teraz czeka na ofertę. O możliwych rozmowach pisałem tak: „Spójrzmy na to od strony amerykańskiej. Demokraci celowo unikają jasnego określenia swojego stanowiska w/s tarczy antyrakietowej już teraz. Pozwala im to na rozdawanie kart Polakom i Rosjanom. Tak naprawdę w ich interesie jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy (wszystko zgodnie z umową), ale zawsze warto się z ruskimi potargować. Może zaproponują coś ciekawego np. w kwestii Azerbejdżanu albo Iranu? Ekipa Baracka Obamy celowo wypuszcza sygnały sondujące. W najgorszym wypadku mogą powiedzieć Polakom, że „everything is ok”, ale musimy troszkę renegocjować kwestię tarczy. Tego polski rząd (i prezydent) boją się najbardziej. Stąd nieporozumienie na linii prezydent-elekt-Kancelaria Prezydencka RP.. Panika mogłaby pokazać naszą niestabilność. W razie czego jestem pewien, że bez bazy amerykańskiej w Polsce da się wytrzymać. Trzymajmy się obecnego kursu.”

Co zatem mają Rosjanie do zaoferowania dla Baracka Obamy? Okreslmy jasno. Nawet, jeśli baza antyrakietowa powstanie, to i tak rozmowy z Rosjanami dadzą nowemu prezydentowi bardzo dużo wiedzy o Federeacji Rosyjskiej. Obama podgląda tym samym ich karty.

Rosjanie trzymają w ręku Iran, a Iran to klucz do obencej sytuacji na w Palestynie i Iraku, a w jakimś stopniu też w Pakistanie. Rosjanie są w stanie wymusić na Teheranie zmianę kursu. Moskwa ma możliwość zablokowania irańskiego programu atomowego. Ostatecznie może też wystapić jako medaitor. Irański „change” to też potencjalny pretekst do zaniechania budowy tarczy antyrakietowej. Stabilizacja w tamtym regionie świata jest Waszyngotnowi bardzo potrzebna. Rosjanie mogą to zaoferować. 

Rosjanie mogą wycofać pomysł zainstalowania Iskanderów. Tylko, że to kiepski blef, w związku z tym nie będę się rozpisywał. Są marnym atutem. 

Jest też Afganistan i Pakista
n. Rosyjska pomoc w tamtym rejonie świata byłaby nieoceniona. Jest również pewnie ze sto innych ustępstw, jakie może poczynić Moskwa. Poczekajmy na rozwój wydarzeń, no los tarczy wcale nie jest przesądzony. Teraz do gry wkracza polityka na najwyższym poziomie.

Na koniec zostawiłem fragment, który pokazuje, że z Moskwą gra się bardzo trudno:

„Iwanow zaprzeczył też, jakoby Rosja wywarła na Kirgistan presję w sprawie zamknięcia amerykańskiej bazy w tym państwie, udzielając mu kredytu w wysokości 2 mld dolarów.’Nie ma związku pomiędzy zamknięciem bazy USA a rosyjską pożyczką dla Kirgistanu, który ma poważne problemy gospodarcze’ – oświadczył Iwanow.”

Na pewno. 
 

Warto przeczytać:

O rosyjskim blefie

Korea Północna, a sprawa gwiezdnego cyryku

Walka o zachowanie tożsamości dziś i nie tylko

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Jak to jest, że nowocześni ludzie uznają, że wszystko dobre, co pochodzi z Zachodu i należy to przyjąć z kompleksem niższości? To fenomen, który zaobserwować możemy w edukacji, zachowaniach młodzieży oraz w przejmowanych zwyczajach, które z polską kulturą nie mają nic wspólnego. Dla niecierpliwych. Spokojnie, będzie tez o walentynkach, ale dużo niżej. Każdy z poruszanych przeze mnie tematów byłby świetnym pomysłem na osobny artykuły, ale dzisiaj postanowiłem je „zblokować”.

Nie owijając zbędnie w bawełnę, od razu przejdę do kary śmierci. Nie zamierzam się wypowiadać na temat tego, czy należy ją wprowadzić, czy nie. Generalnie jednak nie widzę sensu w utrzymywaniu seryjnych zabójców w więzieniach. Obecny stan rzeczy też specjalnie mi nie przeszkadza. Trudno mi się pogodzić z faktem, że w Polsce niemożliwa jest nawet dyskusja na ten temat, gdyż jesteśmy w Unii Europejskiej i Radzie Europy, a w związku z tym mamy podpisane odpowiednie konwencje, które uniemożliwiają wprowadzenie takiego rozwiązania. Fachowcy nazywają to „europejskim dziedzictwem”. Cóż, jacy fachowcy, takie dziedzictwo. Chodzi o to, że można zakazać kary śmierci, owszem, ale niech taka decyzja będzie podyktowana np. opinią społeczeństwa, a nie uwarunkowana umową międzynarodową. Dla przykładu: pojawiło się hasło, by zabić zabójców polskiego geologa. Czy można to zrobić, trzymając się litery prawa? Czy można wydać na nich taki wyrok? Jasne, że nie. Oficjalnie talibów trzeba schwytać. „Przy okazji” chwytania można ich wyeliminować i tłumaczyć to wyższą koniecznością lub obroną, ale de facto będzie to omijanie prawa. Świat nie jest czarno-biały Zakaz karania śmiercią pochodzi od Europejczyków i próbują oni narzucać takie rozwiązanie różnym krajom. Wszystko ładnie, pięknie, ale po co zmuszać kraje do regulowania takich kwestii? To samo tyczy się aborcji czy eutanazji. Tylko władze określonego państwa powinny regulować te kwestie. Każdy naród ma prawo do własnych ocen moralnych. Wyobrażacie sobie sytuację, w której państwom islamskim narzuca się to, że jeden mężczyzna może się ożenić tylko z jedną kobietą? Niektórzy powiedzą, że można przecież nie należeć do UE czy RE. Tak, za cenę izolacji. Nie wszystko, co pochodzi z Zachodu, jest dobre.  

„Zachodnia edukacja”. Cudowne hasło doby internetu. Dzieciom obcina się program i wymaga coraz mniej. Identycznie jest np. w USA i Francji. Kiedyś, będąc w Irlandii, miałem przyjemność zadawania się z dwoma Francuzami. Na zajęciach omawialiśmy ważne wydarzenia historyczne dla naszego kraju. Ja opowiadałem o Powstaniu Warszawskim, na tyle, na ile mi mój język angielski pozwalał. Przyszedł czas na moich uroczych znajomych. Nie dość, że pomylili lata (ale to akurat zdarza się najlepszym), to jeszcze zupełnie nie potrafili podać przyczyn i przebiegu. Ich wiedza sprowadzała się do słowa „Bastylia”. Później jeszcze dziewczyna opowiadała o tym, jak protestowała przeciwko decyzji rządu francuskiego. Nagle padło pytanie: przeciwko jakiej decyzji? Niestety, moja urocza koleżanka nie wiedziała, stwierdziła tylko, że wszyscy jej znajomi protestowali, to ona również. Pozwoliłem sobie być na tyle uprzejmym i wyjaśnić, po co wychodziła z domu. Czy chcemy, by nasza świadomość była na podobnym poziomie? Pamiętam, jak pisałem egzamin gimnazjalny (już wtedy dość prosty). Z fizyki zawsze byłem słaby, ale wykombinowałem, że na egzaminach powtarzają się wzory i nauczyłem się 15 podstawowych. Teraz jest inaczej. Gimnazjaliści często mają podane dane i wzór, muszą jedynie podstawić cyferki. Tu nawet nie chodzi o żadną fizykę czy matematykę ale o zwykłe myślenie. Czasami trzeba zmusić dzieci do ruszenia głową. 

O amerykańskim systemie edukacji krążą legendy. Oto pewien przykład – oczywiście przejaskrawiony.

Tamtejsze społeczeństwo z premedytacją produkuje takich obywateli. Wyróżnia ich niska świadomość. Myślą „hasłami”. Ci inteligentniejsi wyhaczani są już na początku edukacji. 

W końcu, Walentynki i inne Halloweeny. Od miesiąca nieustanie tylko słucham o tych Walentynkach. Nie mam nic przeciwko nim, chociaż uważam, że Dzień Zakochanych można obchodzić 365 dni w roku, a co 4 lata nawet 366. W każdym razie, jesteśmy bombardowani przez media informacjami o tym święcie, a już szczególnie nie dają nam o tym zapomnieć nasze żeńskie połówki. Kilku moich znajomych pytało się już mnie, co kupiłbym na ich miejscu na Walentynki. Czasami coś nawet im podpowiedziałem, ale na ten temat spuszczam zasłonę milczenia, bo „ściany mają uszy”. Najgorzej, jeśli ktoś nie wymyśli czegoś „wyjąkowego”. Przypomina mi się taka opowieść, podobno prawdziwa, ale średnio w to wierzę, że jest sobie typowy dresiarz i typowa panna ubrana w róż. Chłopak, pomimo swoich ograniczeń, wysilił się i kupił swojej kobiecie kwiatek. Blondynka robi maślane oczka i pyta: „ooo, to naprawdę dla mnie?”. „A kur** dla kogo?” – odpowiada romantyk lubiący strój adidasa. Nie zawsze prezent oddaje uczucie i może nie należy wymagać cudów i mówić „nie no, jest w porządku” z miną, jakby właśnie komuś wbito nóż w plecy? Mój kolega szybko sobie policzył. Wyda dziś co najmniej 150 złotych, jak na studenta, to chyba dużo. Inny chce zamknąć się w 100 zł. Denerwuje mnie ten społeczny przymus, który w przypadku Walentynek już istnieje, a w przypadku Halloween się wykształca. Dlaczego mam pamiętać o cukierkach? Za to zanikają wszystkie polskie tradycje. Stają się folklorem kosztem kultury masowej i zazwyczaj tandetnej. 

Świetnie jest spędzić czas w towarzystwie swojej połowy, Walentynki to niejako jedynie pretekst. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy społeczeństwo próbuje na nas wymuszać cuda. W prasie czytamy o najlepszych pomysłach, fachowcy radzą co i gdzie kupić. Rynek się kręci, a pieniądze wydaje się bardzo łatwo i – o ile ktoś nie jest sknerą – przyjemnie. Wyobrażacie sobie, by miesiąc przed śmingusem-dyngusem w prasie i telewizji pojawiały się komentarze dotyczące nowych modelów pistoletów na wodę? Kogo ja chcę oszukać,  i tak oblewałem głównie wiadrami…

Po moim ostatnim wpisie na moim gadu-gadu pojawiły się damskie głosy, jakobym pozwolił sobie na seksistowską uwagę na temat kobiet pisząc w tekście „Czy pokolenie 89′ jest wyjątkowe?” o nich, jako „drogich zabawkach”. Pragnę sprostować, że to był jedynie żart, w dodatku powiedziany w dobrej intencji do kolegi. Powyższe oświadczenie wydałem dobrowolnie i bez przymusu. Cieszę się natomiast, iż płeć piękna również czyta mojego bloga i pozdrawiam w tym dniu wszystkie moje czytelniczki ;)

Czy pokolenie 89′ jest wyjątkowe?

 

Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?

Bieżące wydarzenia, Interwencja Izraela w Strefie Gazy Komentarze (1) » dodajdo

 Izraelczycy przy pomocą kartki wyborczej poparli politycznie interwencję w Strefie Gazy. Przy okazji tego konfliktu mogliśmy zaobserwować coś niezwykle interesującego, typowego dla żydowskiej sceny politycznej. Rządowymi „twarzami” operacji byli Ehud Olmert (Kadima) i Ehud Barak (Partia Pracy), ale prawa Izraela do interwencji bronił również opozycyjny Benjamin Netanjahu (Likud). Co więcej, lider Likudu ogłosił później, iż Izrael jego zdaniem wycofał się zbyt wcześnie, bo nie zadał śmiertelnego ciosu Hamasowi. 

Patrząc od strony politycznej, notowania Kadimy bardzo wzrosły w ostatnim czasie, a Likudu pozostały na niezmienionym poziomie. Być może polityczny wrak, Ehud Olmert, swoją odważną decyzją o interwencji uratował skórę Cipi Liwni. Kadima wygrala wybory, minimalnie, co jednak należy uznać za sensację. Jeszcze w poniedziałek przewidywano, że to Likud zdobędzie o 2-3 mandaty więcej, co nawiasem mówiąc, już miało być samo w sobie porażką tej partii, jeżeli wziąć pod uwagę badania sprzed miesiąca.

Według badań sondażowych (Izraelski Kanał 2) pierwsze miejsce zajęła Kadima, która obejmie 29 mandatów w Knessecie. Likud -27, Izrael Nasz Dom – 15, Partia Pracy – 13, Szas – 10. Należy wspomnieć też o tym, że niski – 2% – próg wyborczy służy rozdrobnieniu parlamentu. Partie są więc skazane na na kilkupartyjne sojusze, co powoduje, że na znaczeniu bardzo zyskują mniejsze ugrupowania, które decydują o tym, czy uda się uzbierać większość. Niestety, nie mam sondażowych wyników drobnicy, ale jeśli policzymy, że w/w partie to 94 głosów, to „drobnica” będzie ich miała 26!  

Prezydent Izraela, Szymon Peres, ma tylko dwie możliwości. Na premiera może nominować Cipi Liwni albo Benjamina Netanjahu. Następnie muszą oni uzbierać większość. Naturalnym koalicjantem Kadimy jest Partia Pracy, z kolei Likud układać się będzie z Szasem. Tutaj do gry wkracza partia „Izrael Nasz Dom” reprezentująca emigrantów z obszaru byłego ZSRR. Jej liderem jest Avigdor Lieberman. To były członek Likudu, ale jednocześnie był też w poprzedniej kadencji w koalicji z Kaidmą i Partią Pracy. Jego poglądy są więc na tyle elastyczne, że może skutecznie targować się zarówno z prawicą, jak i centrolewicą. Tak naprawdę to do czynienia mieć będziemy z licytacją – kto da więcej. Może więc to Avigor Lieberman jest prawdziwym wygranym tych wyborów? Wchodząc w koalicję staje on jednak przed pewnym problemem. Z Likudem łączy go podejście do kwestii palestyńskiej, ale – w przeciwieństwie do prawicowych partii – bliższy jest mu świecki model państwa. Koalicja, czy to z Kadimą i Partią Pracy, czy z Likudem i Szasem, wymaga pójścia na programowy kompromis. Sam Avigdor Lieberman pozytywniej wypowiada się o Likudzie. Izraelska scena polityczna jest na tyle barwna, że ośmielałbym się nic przesądzać.

Obecnie większe szanse na zostanie premierem ma Benjamin Netanjahu, bo pomimo zwycięstwa Kadimy, blok partii prawicowych (jeżeli zaliczymy do nich Izrael Nasz Dom) prawdopodobnie uzbiera ponad 60 głosów w Knessecie. Pośrednio potwierdza to „propozycja” Cipi Liwni, by Benjamin Netanjahu wszedł z nią do jednego rządu. Nie proponowałaby tego, gdyby była naprawdę pewna swojej pozycji. Takie wariant byłby możliwy w Izraelu, gdyby żadna z koalicji nie uzyskała większości. Na razie więc realnie nie jest brany pod uwagę. Kadima odniosła sukces, ale minimalnie za mały, by mówić o zwycięstwie. To tak, jakby mieć tyle samo punktów, ale przegrać gorszym stosunkiem bramek. Likud może obiecać partii Liebermana więcej, aniżeli Kadima i Partia Pracy. Ten sojusz brzmiały zresztą bardziej naturalnie.

Co to wszystko oznacza dla procesu pokojowego? Pierwsze rządy Netanjahu (1996-1999) uznawane są za fatalne dla procesu pokojowego, a sam były/przyszły (?) premier za kogoś, kto robił co mógł, by go zbombardować. Jego obecne zapowiedzi również nie brzmią optymistycznie. Przywódcę Likudu uznać można za prawdziwwego „jastrzębia”. Jeszcze za rządów Ariela Szarona, Netanjahu zarzucał mu, że prowadzi zbyt łagodną politykę względem Palestyńczyków. O tym, że Likud był za dalszym prowadzeniem operacji w Strefie Gazy już pisałem. Szczęściem w nieszczęsciu jest to, że obecnego procesu pokojowego już bardziej nie da się storpedować. Mahmud Abbas zapowiada, że będzie chciał rozmawiać z każdym izraelskim rządem. Łatwiej się jednak negocjuje z Kadimą i Partią Pracy, aniżeli z Likudem i Szasem, które ewentualne rozmowy pokojowe traktować będą jako zło konieczne. Trzeba się jednak uczciwie zapytać? Co osiągnęła obecna koalicja w/s procesu pokojowego? Nic? Wszystko, co zrobiłaby prawicowa koalicja, byłoby zatem na plus. Lepiej się miło zaskoczyć, niż niemile rozczarować.
 

Czy zatem duża będzie różnica dla martwego procesu, czy premierem będzie Netanjahu czy Liwni?

Problemem nie jest to, kto jest bardziej twardogłowy, bo tak naprawdę Olmert z Barakiem pokazali, że są twardymi politykami. W Izraelu obecnie mało kto chce rozmawiać z Palestyńczykami. Dlatego Kadima tak zyskała na intewencji w Strefie Gazy. W izraelskim społeczeństwie dominuje postawa postulująca rozmawianie z Palestyńczykami z pozycji siły. Pytanie tylko, na ile retoryka Netanjahu była zagrywką pod publiczkę, a na ile realną groźbą. 

Potrzebny jest przełom. Tutaj nie do przecenienia jest rola Baracka Obamy, który ma instrumenty wpływu na izraelski rząd, niezależnie od tego, kto będzie premierem. Nie będzie też pokoju z udziałem Hamasu, więc piłeczka nie jest jedynie po stronie izraelskiej. Izrael nie może sobie przecież wyhodować republiki terrorystycznej u swoich granic.

Więcej na temat Bliskiego Wschodu

- "Change" w sprawie iranu

- Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?

- Porażka w Strefie Gazy

 

Sępy nad trumną polskiego geologa

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo

 Polski geolog prawdopodobnie został zastrzelony przez przetrzymujących go talibów. Zajęła się tym niemal cała blogosfera. Co jednak najbardziej przejmujące, większość wiodacych, szczególnie tych propisowskich,(ale nie tylko), blogerów w swojej gorliwości całą odpowiedzialność za tę tragedię zrzuciło na rząd Donalda Tuska. Nie mogę zostawić tego bez komentarza, bo setki bzdur, jakie przeczytałem, to nic, w porównaniu z moim wrażeniem, że dla tych ludzi śmierć geologa to przede wszystkim doskonała okazja do skrytykowania platfommerskiego rządu. W pewnym sensie – i bardzo przykro mi, że to mówię – starają się wykorzystać śmierć geologa.w celu prywatnego wypromowania się. Są takie rzadkie momenty, kiedy należy milczeć i zostawić znienawidzonego premiera w spokoju. Wielkie brawa dla Krzysztofa Putry. Okazało się jednak, że nienwiść części komentatorów do Tuska jest większa, niż do talibów, a śmierć Polaka jest doskonłą okazją do ataku.

Panowie. Gdzie byliście, gdy porywano Piotra? Ja napisałem jeden tekst na ten temat. Niestety, NIKOGO on nie zainteresował (zabawne, pewnie zadecydował względy koniunkturalne, wtedy jeszcze pewnie Tuska nie można było atakować, bo geolog żył, prawda?). Postawiłem w nim wiele wniosków, m.in. taki, że Polacy nie mają żadnych szans na spełnienie żądań talibów, bo nie chodzi im o pieniądze. Porwanie Polaka było bezsensowne, bo wiadome było, że rząd pakistański nie spełni postulatów terrorystów, a Polska nie ma żadnych środków wpływu na Pakistan. Jedynym skutkiem, jaki osiągają terroryści, jest zmniejszenie się w niedalekiej przyszłosci liczby zagranicnzych pracowników w tamtym regionie kraju. Pomyliłem się jednak, bo sądziłem, że talibowie będą tego świadomi, że Polska nie m żadnego pola manewru w/s uwolnienia innych terrorystów i to powinno zaowocować dogadaniem się. Mea culpa. 

Źródła pakistańskie mówią, że Piotr nie żyje na 99%.. Na potrzebę tego tekstu uznaje to za fakt. Przy tym jednak chciałbym isę mylić. Biorę się zatem za komentownie wypowiedzi, które powstały według schematu – „każdy powód jest dobry, by dowalić rządowi”.
————————————————
Na początek znany ze swoich niezmiennych poglądów Ryszard Czarnecki. Wpływ pana europosła na partie jest zresztą niesamowity. Większość z nich, widząc szanse przyjęcia pana Ryszarda do siebie, po prostu zmieniała swoje poglądy na identyczne. Na początku był UPR, potem swój program zmieniał AWS, a następnie to już poszło – linie programowe ze wględu na pana europosła zmieniał ZChN, Samoobrona, a nawet Jaroslaw Kaczyński zmiękł i musiał się dopasować, byle tylko przyjąc pana Czarneckiego do PiSu. Tak musiało być, chociaż pojawiają się chamskie pomówienia, jakoby to pan poseł miał zmienne poglądy, a niektórzy (bezczelni!) próbują nawet twierdzić, że pan poseł jest koniunkturalistą i zawsze z tonąćego statku ucieka jako pierwszy.

Pan poseł zaczyna mocno….

„Tragiczna wiadomość o śmierci polskiego zakładnika w Pakistanie nakazuje postawić pytanie czy polski rząd zrobił wszystko, aby go uratować? Podobno nie. Podobno MSZ działał zbyt mało energicznie”

Panie pośle. Proszę pana o odpowiedź tak/nie: czy przestał pan już molestować swojego asystenta? Bo podobno różne słuchy chodzą… 
Pan poseł zajmuje się – żałosną – próbą zbicia kapitału politycnego. Po prostu nie daruje sobie! Jak możn się napić lub skrytykować Tuska – czemu sobie odmawiać? Co prawda głónym argumentem pana posła jest „podobno”. Według kogo? Dlaczego? Nie. Pan Ryszard nie zawraca sobie głowy pierdołami. Co usłyszal , to powtarza. Jest bezkompromisowy, ale o tym pisałem już wyżej.

„Podobno nacisk na władze pakistańskie nie był zbyt silny, a przede wszystkim niebył systematyczny – a to mogło mieć decydujące znaczenie. Podobno”

Tym razem pewnie pan poseł korzystał ze swoich tajnych źródeł pakistańskich. Kto wie, może rzeczywiście polskie supermocarstwo nie naciskało na Pakistan zbyt silnie. Cekawe, czy my byśmy się palili do zwalniania terrorystów-samobójców (lub powiedzmy – 20 seryjnych zabójców), gdyby to w Polsce porwano jakiegoś Pakistańczyka? 

Panie pośle, Polska nie ma możliwości wpłwania na Pakistan. Nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi. Pora się obudzić ze snu….

„Jedno jest pewne: zrobienie konferencji w centrum kryzysowym zaraz po wylądowaniu Tuska z Niemiec było zabiegiem czysto propagandowym. W takiej chwili… Dla kogoś widać sumienie waży mniej niż słupki w sondażach.”

Jasne. Jak Tusk nie zwołuje konferencji, to nie dba o „bardzo ważne sprawy”, a gdy zwołuje, to jest to zabieg PRowy. A co miał zrobić po wylądowaniu? W sumie jednak racja. Trzeba było od razu lecieć do Pakistanu. 

Słówa „dla kogoś widać sumienie waży mniej niż słupki w sondażach” przyjmuje z satysfakcją. Nie wiem, skąd u pana posła tyle samokrytycyzmu w takim momencie, ale doceniam szczerość.

„I wreszcie ewidentny błąd premiera: publiczny komunikat, że Polska nie będzie płatnikiem okupu!!! Można tak myśleć, można nawet w tym kierunku działać, ale nigdy, przenigdy nie wolno tak głośno mówić. A mówiąc trzeba wiedzieć, jak takie słowa będą odebrane przez porywaczy i że faktycznie mogą skrócić życie porwanemu rodakowi”

Pan Ryszard to poprowadziłby negocjcje niczym Samuel L. Jackson w „Negocjatorze”. Oczywiście, gdy tak samo mówili Amerykanie czy Brytyjczycy (blog Krzysztofa Leskiego), to wszystko było w porządku, ale w ustach Tuska to wszystko brzmi wrednie. Szczególnie, ze – mówię to poważnie – Tusk blefował. Polacy z chęcią zapłaciliby okup, ale talibowie go nie chcieli. Ja już nie mówię o tym, ze terroryści w górach raczej na bieżąco nie śledzą TVN24….

Ewentulnie proponuje też zaatakować swoją skromną osobę, bo ja też pisałem ze 3 miesiące temu, że talibów okup nie interesuje.  

Wniosek, że to Tusk skrócił życie rodakowi jest również bardzo ciekawy (wskazuje na to też sam tytuł "Śmierć Polaka – błąd Tuska"). Ja do tej pory myślałem, że zabili go terroryści. Widać pan Ryszard jak zwykle ma lepsze źródła…

Podsumuje to jednym słowem: ŻENADA.
———————————————————–
Na innych blogach pojawiały się tez propozycje, co należało zrobić. Bardzo popularny jest motyw z akcją odbijania zakładnika. Ciekawa koncepcja. Nawet jeżeli przyjąć, że to miałoby sens, to nikt nie wiedział, gdzie polski geolog jest przetrzymywany. Mieliśmy szturmować na ślepo? Albo gorzej – premier miał o planach takiego ataku opowiadać w telewizji? Litości panowie.

Bardziej mnie rozbawiła koncepcja użycia F-16. Nasze dzielne „Jastrzębie” bombardujące Pakistan. Ciekawe tylko, czy udałoby się je bezawaryjnie przetransportować, a po drugie – Pakistańczycy mają chyba więcej myśliwców niż my, więc po co im polska pomoc? Ja już nie będę zagłębiał się w takie kwestie, jak refleksja nad tym, co mielibyśmy bombardować?

Czy Wy naprawdę myślicie, że Tusk nie chciał uwolnić zakładnika? Przyjmijmy, że kierują nim pobudki propagandowe. Premier na pewno ucieszyłby czytając, że „dzieki dzielnej postawie Kancelarii Premiera i Ministerstwa Spraw Zagranicnzych udało się uwolnić porwanego Polaka”.

Czasami trzeba sobie odpuścić atak na rząd. Chociażby dlatego, że tym samym wywiera się na niego presję, a przecież cała sprawa jeszcze nie jest zakończona. Rozbawiające są żądania ujawnienia przez MSZ swoich dziaan w/s uwolnienia geologa. Proponuje to Łukasz Warzecha. Dalej strzelajmy sobie w stopę. Następnym razem terroryści będą wiedzieli dokładnie, w jaki sposób postępujemy i ile „płacimy od łebka”. Przecież w takich sprawach działa się po cichu, a nie rozważa o tym, czy odbijać lub ile płacić. Mam wrażenie, że w ostatnich dniach rozsądek był dobrem reglamentowanym.

Teraz okazało się, kto jest prawdziwym oportunistą. 

Czy pokolenie 89′ jest wyjątkowe?

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

 Chciałbym odnieść się do zagadnienia, które poruszył „Dziennik”, a które następnie stało się przedmiotem sporu pomiędzyy Bartoszem Wasilewskim, a DoktoremNo. Napiszę tekst o pokoleniu 89′. Chciałbym określić, że za „owe” pokolenie uważam młodzież urodzoną w latach 1986-1991. Chcąc – lub też nie – sam zatem do tego pokolenia należę. 

Ogólnie inspiracją dla mojego tekstu były kategoryczne stwierdzenia, zarówno Bartka, jak i DokoraNo. Uważam, że obaj panowie patrzą na sprawę w czarno-biały sposób, a żadne pokolenie takie nie jest. Czy jesteśmy pierwszym „nowoczesnym” pokoleniem? Raczej nie. Zmiany jakie zachodzą w naszym społeczeństwie są bardziej związane z wpłwem zachodu, aniżeli z rewolucją społeczną.

Wydaje mi się, że mam dość dużo znajomych z w/w pokolenia. Wiążę się to z moją działalnością naukową, sportową oraz imprezową. W związku z tym mam do czynienia naprwadę z różnymi ludźmi. Największy błąd, jaki można popełnić mówiąc o młodych Polakach, to sprowadzenie wszystkich do jednego mianownika. Nie jesteśmy przecież jedynym pokoleniem, które umie się bawić, czy spożywa alkohol przed ukończeniem 18 roku życia. Ba, nie jesteśmy nawet pierwszym pokoleniem, w którym modne jest uprawienie seksu przed osiągnięciem pełnoletności (nie mówiąc już o ślubie). Może, zamiast przypisywać mu jakieś szczególne cechy, należy zastanowić się nad procesami naturalnie zachodzącymi w naszym społeczeństwie? Przecież nie ukształtował nas Okrągły Stół. Obawiam się, że duża część ludzi z mojego pokolenia nawet nie wie, co to jest. Ja wiem Bartek, że świat z perspektywu MISHu jest bardzo przyjemny. Na studiach ludzie z osiągnięciami naukowymi, opiekun, akademickie dyskusje, spotkania z politykami. Rozczaruję Cię jednak. Nie każdy studiuje na MISH-u, czy prawie. Musisz to wziąć pod uwagę.

Rozprawmy się więc zatem z kilkoma mitami, których koronnym podsumowaniem jest powiedzenie „za naszych czasów tak nie było”. Przede wszystkim chce wykazać, że pewne „cechy” są charakterystyczne dla młodzieży ogólnie, bez względu na pokolenie, a niektóre dla całego społeczeństwa żyjącego w realiach po 1989r.

„Pokolenie 89′ to pokolenie alkoholików”

Ostatnio, na jednej z imprez, była wśród nas osoba urodzona w roku 1984. Po polaniu tradycyjnego kielonka i szybkim wypiciu wśród współbiesiadników powiedziała: „za moich czasów tak nie było”. Pomijając już absuradlność takiego stwierdzenia, można byłoby tylko przypomnieć tej osobie, że kilka lat temu, po upojeniu się alkoholem, lezała w śniegu i nie mogła powstać. Tak! Spożycie alkoholu nie dotyczy tylko młodzieży. Problem szeroko pojętego alkoholizmu jest w Polsce bardzo istotny, ale nie otrzymałem nigdy informacji, jakoby większość alkoholików miała 18-23 lata. Znam osoby pijące i niepijące, jedni piją, bo lubią, inni piją, by się upić. Problem nieumiejętności picia z głową dotyczy jednak niemal całej ludzkości, a nie naszego pokolenia. Nikt z porad „rozsądnego picia” nie korzysta. Problem pijanych kierowców znany jest nie od dziś i nie ma nic wspólnego z moim pokoleniem. Moi znajomi różnie zapraszają mnie do picia – niekiedy „Patryk, chodź na drinka”, a niekiedy „Patryś, chodź się nawalimy” (przepraszam chłopaki, że wczoraj nie mogłem wpaść, ale prawoznawstwo…). Czy 30 lat temu się nie piło? Też uważam, że patologią jest, gdy za spożycie biorą się 12-latkowie, sam pierwszy raz piłem w wieku 15 lat. Tylko, że ktoś im ten alkohol sprzedał, a ktoś inny nie przypilnował. Alkohol jest dla ludzi, a część z nich go nadużywa. Czy jednak możemy się porównywać do Niemiec, gdzie w Berlinie młodzież urządza sobie zawody w piciu na szybkość? Tak, są wśród nas przyszli (lub obecni) alkoholicy, ale ich ilość nie jest przerażająco wysoka w porównaniu ze starszymi pokoleniami. Trzeba jednak przyznać otwarcie: istnieje problem obnizania się wieku osób spożywająych alkohol. On dotyczy jednak też innych pokoleń. Zamiast dramatyzować, trzeba podjąć działania. Tak naprawdę to, czy dzeicko zacznie zbyt często spożywać alkohol, zależy od wzorów, jakie ma w swojej rodzinie i środowisku. W naszym pokoleniu (ale też w kulturze jako całości) picie jest zjawiskiem normalnym, ale powiedzenie, że naszym sposobem na życie jest wódka, uznaję za naciągane.

„Dla pokolenia 89′ najważniejsze są pieniądze”

Słyszę bardzo często, że dla mojego pokolenia najważniejsze są pieniądze. Mówię: tak, pieniądze są bardzo ważne dla mojego pokolenia, ale dla którego nie są? W Polsce po 89 roku pieniądze w naturalny sposób stały się celem zawodowym większości Polaków, niezależnie od tego, do którego pokolenia przynależą. Może inaczej było za czasów PRL-u, gdy możliwość bogacenia się była bardzo ograniczona. Czy w świecie gospodarki rynkowej można żyć, nie przejmując się pieniędzmi? A jeżeli już się te pieniądze ma, czy nie dochodzi do konsumpcji? Przecież te generalne uwagi odnoszą się do każdego pokolenia. Tak działa ten system.

Zresztą, właśnie dzwonił do mnie kolega i opowiadał o swojej nowej dziewczynie, na mój komentarz, że to droga zabawka i z portfela zaczną znikać mu pieniążki odparł, że „przecież kasa nie jest w życiu najważniejsza”. Także nie powiedziałbym, że nasze życie determinują pieniądze. Fakt, że bez nich ciężko i dla dużej części z nas są one ważne, ale nie jesteśmy bezwartościowi. Duża część pokolenia 89′ potrafi sama pójśc do pracy. Część oczywiście nie, ale zdecydowanie nie jesteśmy straconym pokoleniem. Świat stoi przed nami (ale nie tylko!) otworem.


„Pokolenie 89′ jest bezczelne”

Każda młodzież jest w pewien sposób bezczelna. Doskonałym tego przykładem jest rok 1968. Zgadzam się jednak z DokotremNo. Co to za bunt w dzisiejszych czasach? Czy można nim nazwać próbę odrzucenia przez pewną część tego pokolenia, wartości ważnych ileś tam lat temu? Czy młodzież chce doprowadzić do rewolucji? Czy zmieniło się coś w świadomości obywatelskiej młodzieży w przeciągu ostatnich 20 lat? Nie przypuszczam. Nasze zdolności adaptacjyjne są olbrzymie, bardzo duży wpływ ma na nas popkultura. Prawda jest tez taka, że bardziej szanujemy tzw. autorytety kultury, aniżeli ludzi, którzy naprawdę zasługują na respekt. Siła mediów. Bartek Wasilewski przesadza, pisząc, że to pokolenie zmienia świat. Na to jeszcze za wcześnie. Czy śmianie się z barci Kaczyńskich można nazwać buntem i bezczelnością albo zmienianiem świata? ! Oczywiście, PiS jest sam sobie winien swojego „kiczowatego” wizerunku. Owa bezczelność jest tez łagodzona przez podatność na manipulację. Masowe głosowanie na PO nie wynikało przecież z wiedzy poltycznej, czy oceny rzeczywistości, a z mody. Widzę to wśród moich znajomych. Sam głosowałem na Platoformę, ale muszę przyznać, że główny argument moich znajomych głosujących analogicznie był taki, że „PiS trzeba odsunąć od władzy, bo robią wstyd”. 

Piszesz Bartku o tej bezczelności, a sam byłeś ze mną na spotkaniu z Januszem Palikotem. Pomimo tego, że go lubię i uważam za inteligentnego faceta, zadałem mu pytanie o doowdy w sprawie homoseksualizmu Jarosława Kaczyńskiego i dodałem, że na takiej zasadzie mogę stwierdzić, że czytałem lub słyszałem, że Janusz Palikot jest nekrofilem i niech teraz udowodni, że nim nie jest. Problem nie w Palikocie, który nawet przeprosił za swoje słowa o byłym premierze, a w młodzieży, której „atak” na Palikota nie przypadł raczej do gustu. Zamiast spierać się z nim, spotkanie okazało się show, w tworzeniu którego pan poseł jest świetny. 

Gdzie jest więc ta bezczelność i bunt? Ja tego nie widzę….

„Pokolenie 89′ jest determinowane przez seks”

Tylko, że nawet jeśli uznać to za prawdę, to czy hasło „seks&drugs&rock’n'roll” nie zostało wymyślone wcześniej? Zmieniło się tylko podejście na bardziej konsumpcyjne. XXI wiek daje dużo więcej możliwości. Młodzież z niej korzysta. To media w największym stopniu są odpowiedzialne za powstanie pewnego rodzaju sekskultury. Dziewczyny są coraz łatwiejsze, a chłopcy m.in. na tym budują swoją pozycję. To przyszło do nas z zachodu. Nieźle oddaje to dialog ze strony http://bash.org.pl,

„a: dawno mnie tak nikt nie wyśmiał
b: co się stało?
a: kojarzysz tą szesnastkę co poznałem tydzień temu
a: spytałem czy jest dziewicą
b: lol”

Tylko znowu. Czy nasi rodzice za młodu nie rozmawiali o seksie? Nie uprawiali go? Kościoł miał wtedy większe znaczenie, ale istniała pewna swoboda obyczajowa. Seks, władza i pieniądze nie rządzą przecież światem od 20 lat, a od co najmniej 20 tysięcy. 

„Pokolenie 89′ nie ma moralnego kręgosłupa”

Od kiedy żyję na tym świecie, stwierdzam, że 90% go nie ma. Znowu więc, cóż to za wyjątkowa cecha? Fakt, że problem nieposiadania własnego zdania, konformizmu i oportunizmu jest widoczny wśród obecnej młodzieży, ale czy nie mówi się tak samo np. o politykach, czy często o dziennikarzach lub urzędnikach?  

Generalnie chciałem głównie wykazać, że mówienie o „wyjątkowych cechach” pokolenia 89′ jest po prostu bezsensowne. Można wyprowadzić wiele wniosków o ogólnym charakterze, ale młodzież jest na tyle zróżnicowana pod względem aksjologicznym, że nie będzie to miarodajne. Trudno się też dziwić, że młodzież podlega modernizacji. Smuci mnie ten postęp, bo wielu z moich rówieśników nie rozumie, że ważna jest też forma zachowania. Jedna ze znanych mi osób, korzystając z internetu, postanowił zaprosić dziewczynę z równoległej klasy na studniówkę przy pomocy Gadu-Gadu. Co prawda dostał kosza. W sumie dobrze, że tak się stało, bo zgoda byłaby bardzo niewychowawcza. Gorzej, że za 10 lat ludzie na randki umawiać się być może będą głównie za pośrednictwem chatów. 

Przykro mi więc, że konkluzją tego tekstu będzie wniosek, że z naszym pokoleniem nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a co gorsza – samo nie jest w żaden sposób nadzwyczajne. Socjologowie mogli te zmiany przewidzieć już kilka lat temu, szczególnie, że nasza młodzież czerpie wzory z zachodu. Inną sprawą jest, czy to dobrze…

 

“Change” w sprawie Iranu?

Bieżące wydarzenia Komentarze (2) » dodajdo

 W ostatnim czasie ponownie głośno było na temat Iranu. Z dwóch względów. Interwencji Izraela w Strefie Gazy oraz zapowiedzi Obamy dotyczących zmiany polityki Stanów Zjednoczonych wobec Teheranu. Co ciekawe, okoliczności ułożyły się w taki sposób, że Iran odnosi korzyści. Ajatollahowie, wbrew obiegowej opinii, prowadzą bardzo rozważną politykę zagraniczną i pozycja Iranu umacnia się. Mahmud Ahmadineżad odzykał szansę na reelekcję. Wspólnota międzynarodowa jest nadal bezradna wobec – wyimaginowanego lub też nie –wojskowego programu atomowego. Dlatego właśnie Barack Obama postanowił zastosować inne metody polityczne wobec Iranu. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. 

Najpierw zajmę się rolą Iranu w czasie konfliktu w Strefie Gazy. Prasa i komentatorzy rozpisywali się na temat sojuszu hamasowsko-irańskiego. W praktyce oznaczało to tyle, że Palestyńczycy mieli dysponować bronią, którą dostarczać mieli Irańczycy. Jeśli zaś chodzi o kwestie polityczne, to Iran – chociaż niezbyt to było oryginalne – potępił żydowską interwencję i trochę pogroził. Na tym udział Tehearanu się de facto kończy. Co prawda pojawiały się wesołe nowinki na temat potencjalnych rajdów piratów wynajętych przez Persów (debka.com!), ale jak to mówią w starym i mało śmiesznym dowcipie – fantastyka piętro wyżej/ Iran nie zrobił też nic, aby militarnie wspomóc, co piszę z ironią, sunnickich braci. Wiązało się to z prostą kalkulacją. Atak z powietrzna, bądź rakietowy, na Izrael, nie dość, że prawdopodobnie byłby nieskuteczny, to jeszcze doprowadziłby do potężnego odwetu. Irańczycy więc nie chcieli, ale też za bardzo nie mogli, zaryzykować.

Osiągnęli zatem to, co było realne. Mahmud Ahmadineżad na całym zamieszaniu zgromadził duży kapitał polityczny wewnąrz kraju. Walki Izraela z Hamasem było bardzo korzystne z propagandowego punktu widzenia. O Iranie niemal kompletnie przestało się mówić w kontekście programu atomowego. Czytało się wprawdzie opinie wg których „militarna klęska Hamasu będzie czułym uderzeniem w Teheran”, jednak Iran widocznie jest nieczuły, w związku z czym nic nie odczuł. Irańczycy przyjęli realistyczną wersję polityki na czas konfliktu. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dostawa paru rakiet nie zmieni sytuacji strategicznej Haamasu. Iran dużo niebezpieczniejszy jest w Libanie, gdzie sponsoruje i kontroluje szyicki Hezbollah. Stopień zażyłości i identyfikacji z tą organizacją jest dużo większy, niż w stosunku do Hamasu. Tragedii nie ma. Irańscy decydenci na pewno w tej kwestii byli realistami, dlatego udało im się uniknąć strat. Co zaś się tyczy Hamasu, to w czasie izolacji, jaka go niewąpliwie czeka, uzależni się jeszcze bardziej od irańskich pieniędzy. O ile Teheran nadal będzie chciał łożyć na dziecko, które lubi się niepotrzebnie awanturować i bije z silniejszymi od siebie. Hamas jest skazany na Teheran, ale Teheran nie jest skazany na Hamas. W dodatku marna to miłość, raczej kiepskie zauroczenie

Możliwa jest również „nowa jakość” w kwestii stosunków (a raczej ich braku) między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem. Warto podkreslić, że to Amerykanie, a nie Irańczycy zmieniają swoje podejście w tym przypadku. Nowy prezydent występuje w roli dobrego policjanta. Ryzykuje, bo władze Iranu wcale nie muszą tańczyć do tej samej muzyki, co on, ale ta inwestycja może się spłacić.I rańczycy wiedzą, że lepszego partnera do rozmów już nie będzie. Jeżeli usztywnią swoje stanowisko – osiągną tyle, co nasi na Euro2008.. Jeżeli uealstycznią – mogą uzyskać wiele korzystnych, szczególnie gospodarczo, rozwiązań. Barack Obama od razu potwierdził prawo Iranu do posiadania legalnego cywilnego programu atomowego. Tak naprawdę to niewielki postęp faktyczny w stosunku do Busha, ale w ustach nowego prezydenta brzmi to naprawdę nieźle. Należy też wziąć pod uwagę, że zaufanie Irańczyków do nowego prezydenta jest bezspornie wyższe. Obama stawia jeszcze dwa warunki, po pierwsze – zaprzestanie wspierania terrorystów, a po drugie – powstrzymanie się od gróźb wobec Izraela. O ile ten pierwszy punkt jest bardzo płynny, bo inna jest koncepcja terroryzmu wg Waszyngtonu, a inna wg Teheranu, o tyle spełnienie tego drugiego nie powinno być tak trudne, jak się to wydaje. Iran bardziej niż destabilizowania Iraku czy Libanu, potrzebuje teraz nowoczesnych technologii i wsparcia gospodarczego. Dlatego propozycje uczestnictwa w WTO i inwestycji zagranicznych muszą brzmieć atrakcyjnie. Do tego dochodzi ewentualny udział w gazociągu Nabucco w perspektywie paru lat. O ile Irańczycy będą w stanie w tej sprawie sprzeciwić się Rosji. Nie będąc jednak uzależnionym od tego kraju, tak jak wygląda to teraz, jest to o wiele bardziej prawdopodobne. 

Na razie jednak nie oczekiwałbym szybkiego przełomu. Bardzo możliwe, że dojdzie do rozmów, ale zaufanie trzeba zdobywać stopniowo. Iran musi też określić, jakie są jego cele i zbadać, czy to nie blef. Obecna sytuacja polityczna nie bardzo również sprzyja oficjalnym rozmowom, bo Amerykanie oficjalnie wsparli Izrael, a w Iranie wybory zbliżają się wielkimi krokami. Istnieje jednak pewne pole, na którym można negocjować. Trudno jednak przypuszczać, by Iran np. nagle odciął się od Hezbollahu. Chodzi o to, by rozmawiać na jednocześnie ważne tematy, ale również takie, gdzie istnieje szansa porozumienia. Iranowi porozumienie gospodarcze z Zachodem może się opłacać, nawet kosztem programu atomowego. Mogą zresztą, w zamian za kontrolę, zażyczyć sobie nowoczesnych technologii z zakresu pokojowego programu atomowego. Irańczycy z czasem przestaliby traktować Amerykanów jak wrogów (i vice versa). Na pewno bardzo pozytywnie wpłynęłoby to na Irak. Puzzle zaczęłyby się układać. Tylko, że to optymistyczny scenariusz, a w dodatku raczej na lata, niż miesiące. Trzeba jednak zauważyć impuls. 
 

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się