Izraelska wojna z komarami

Bieżące wydarzenia, Interwencja Izraela w Strefie Gazy Komentarze (0) » dodajdo

 Kolejny dzień na Bliskim Wschodzie. Izrael – wg mediów – szykuje się do ataku lądowego na Strefę Gazy. Służby specjalne oznaczają cele. Izrael jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowanym państwem świata, w którym obowiązkiem służby wojskowej objęte są nawet kobiety (najładniejsze izraelskie żołnierki można obejrzeć tutaj). Izraelskie wojsko jest przy tym niezwykle zaawansowane pod względem technologicznym. Kraje arabskie są pod tym względem kilka klas niżej. Żydzi mają też jeden z lepszych (o ile nie najlepszych) wywiadów świata. W konwencjonalnym starciu – żaden z sąsiadów Izraela nie ma szans.

Problem jest jednak zdecydowanie niekonwencjonalny. Kwestii palestyńskiej nie uda się rozwiązać za pomocą rakiet, karabinów i czołgów. Oczywiście, uderzenie w „oficjalny” Hamas powiedzie się. Przed Izraelem w Strefie Gazy nie będzie ucieczki, a sama operacja została bardzo precyzyjnie zaplnowana. Żydzi wyciągnęli również wnioski z nieudanego wypadu na Liban w 2006r. Zniszczenie hamasowskich biur, magazynów, infrastruktury, a nawet ludzi jest kwestią jedynie użycia odpowiednich środków, którymi Żydzi dysponują. Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem Olmerta i Baraka, ale dopiero teraz operacja może przechodzi w najtrudniejszą fazę. Kluczowe jest pytanie, czy Izrael zamierza wojskowo wkroczyć do Strefy Gazy, czy jedynie uszczelnić granicę w taki sposób, by nawet mysz się nie prześlizgnęła?

Zaczyna się moment, w którym dużo rzeczy może się popsuć. Już teraz czytamy o ofiarach cywilnych, małych dziewczynkach zabitych przez Żydów. Najtragiczniejsze, że to prawda. Tylko tutaj pojawia się moralny dylemat. Kto jest bardziej winny – Żydzi bombarduący Hamas, ale świadomi tego, że zginą cywile, czy Hamas świadomy, że Izrael bombarduje ich, ale chowający się za cywilami, by uzyskać bardzo silny efekt propagandowy? W dodatku – jak rozróżnić cywila od bojówkarza i czy przypadkiem cywile nie wspierają Hamasu?  

Walka z Hamasem w Strefie Gazy przypomina więc walkę z komarami nad dużym jeziorem. Pojedynczego komara łatwo unieszkodliwić, ale nie da się przed nimi zabezpieczyć ani całościowo pozbawić chęci kąsania. Izrael, wkraczając wojskowo do Gazy, naraża się na nieustanne ataki. Co prawda nie są one w stanie zagrozić wojskom, ale są niezwykle demoralizujące. Wojska w Strefie Gazy dużo łatwiej zaatakować. Izrael, przy wkroczeniu, zniszczyłby całą infrastrukturę. Może to zrobić mniej dokładnie, z powietrza i za pomocą służb specjalnych. Ciekawe, którą z tych koncepcji zrealizują Olmert z Barakiem? 

Potężne uderzenie w Hamas obniży sprawność tej organizacji, ale zwiększy nienawiść typowego Palestyńczyka przeciwko Żydom. Sytuacja Palestyny i Izraela nic się nie zmieni. Hamas będzie musiał się odbudować, ale przybędzie mu sponsorów i sympatii. To jest prawdziwy kapitał Hamasu, a nie karabiny zostawione w magazynach. Izrael nie zniszczy mentalności palestyńskiej młodzieży, którzy uważają go za okupanta. Ta młodzież dorośnie i będzie hurtowo zasilać Hamas lub inne ugrupowania terrorystyczne. Al-Fatah utrzyma swoje wpływy na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale jego pozycja – w wyniku izraelskiego ataku – uległa znacznemu pogorszeniu. Co może teraz zrobić Abbas? Tylko płakać. Gaza jest – przynajmniej na razie – stracona. Umiarkowani Palestyńczycy, którzy już przed atakiem nie mieli tam nic do powiedzenia, zostają teraz przyparci do ściany i zmuszeni do zajęcia konfrontacyjnego stanowiska. Jakby nie patreć, Izrael niszczy domy palestyńskie, więc jak na sprawę może patrzeć mieszkaniec Gazy? Przecież tam Palestyńczycy są u siebie.

Spotykam się z opinią, że akcja izraelska jest bardzo skuteczna. Jest i to nikogo nie powinno dziwić. Co jednak osiąga Tel-Aviw? Niszczy jakąś część struktur Hamasu. Osłabia jego infrastrukturę. Czy jednak sam Hamas i problem palestyński przestają istnieć? Nie. Czy zmniejsza się zagrożenie atakiem terrorystycznym? Nie, zwiększa się. Czy zbawiennie wpłwa to na gospodarkę Izraela? Firmy zbrojeniowe może się cieszą, ale niech teraz izraelskie przedsiębiorcy odważą się zatrudniać palestyńską tanią siłę roboczą. 

Jeżeli Izrael zajmie Gazę, to żołnierze tam stacjonujący bez przerwy narażeni będą na partyzanckie ataki. Na zasadzie ukąszeń komara. Izrael pokaże swoją potęgę, ale zwycięstwo w tym starciu będzie pyrrusowe. Interwencja jest więc zupełnie bez sensu. Strefa Gazy to pieklo, w którym zmuszeni są żyć Palestyńczycy, uzależnieni od pomocy humanitarnej, gospodarczo gnębieni przez Izrael. Żydzi chcą się całkowicie oddzielić od Palestyńczyków. Dlatego uszczelniona jest granica w Gaza i istnieje „mur bezpieczeństwa”. Chodzi o utrudnienie inflirtacji terytorium zamieszkałego przez Żydów. Zajmując Strefę Gazy, Izrael naraża się na wybuch prawdziwej „III intifiady”. 

Dużym plusem takiej akcji może być chyba jedynie efekt propagandowy. Żydzi utwierdzą się we własnej sile, chociaż ich strategiczne położenie nie zmieni się ani trochę, bo bombardowanie Gazy raczej nie wpływa pozytywnie na proces pokojowy, ani nie zniechęca terrorystów do potencjalnych ataków. Co prawda realnym zwycięstwem byłoby teraz ogłoszenie wzajemnego rozejmu, ale Hamas się na to nie zgodzi. Izraelskie władze chcą pokazać (co ważne przecież przed wyborami), że potrafią troszczyć się o bezpieczeństwo.

Przy bezwarunkowym wsparciu Stanów Zjednoczonych międzynarodowe położenie Izraela jest niezwykle korzystne. Rada Bezpieczeństwa ONZ nic nie przegłosuje. Państwa arabskie mogą uchwalać różne deklaracje, czy to indywidualnie, czy to w ramach Ligi Państw Arabskich, ale ich realne możliwości są znikome. Syria jest w ostatnich latach w defensywie, próbuje odzyskać wpływy w Libanie. Nie zaczepi Izraela, bo nic tym nie zyska, a narazi się na potężne straty. W konwecjonalnym starciu Damaszek nie ma żadnych szans. Bashir al-Asad ograniczy się do wspierania wrogów Tel-Aviwu dostawami broni i pieniędzy, będzie krzyczał o jedności arabskiej, ale to również kąsanie komara. To samo tyczy się Iranu. Na użytek propagandowy – obecna sytuacja jest dla niego bardzo przydatna. Być może wymusi na Hezbollahu większą aktywność, ale poza tym ograniczy się do potępiania. Mahmud Ahmadineżad wie, że im więcej będzie się mówić o Strefie Gazy, tym mniej o Iranie. Będzie więc mu zależało na trwaniu konfliktu. Egipt będzie się modlił, by nie zostać zmuzonym do zaangażowania się w to zamieszanie, ze względu na swoje położenie względem SG. W skrócie: od zewnątrz Izraelowi nic nie grozi. Nikt nawet nie odważy się postraszyć embargiem naftowym. Wyznawcy islamu, jak mało kto, rozumieją, że biznes to biznes, a słowa mogą być piękne. Po co jednak narażać swoje dolary?

Palestyńczycy pozostaną w swoich gettach. Bezradni. Obecna sytuacja to tragedia, w której nikt nie wygra, bo mieszkańcy Strefy Gazy nadal nimi będą. Radykalizm arabski się zwiększy, a Hamas zyska na popularności. Gaza, jak była biedna, teraz będzie doszczętnie zniszczona. Żydzi nie rozwiąża w ten sposób żadnego problemu związanego z Palestyńczykami. Postawili na militarną konfrontację, w której wygrają, ale zwycięstwo nie przybliży ich nawet o krok do pokoju. Palestyny nie da się spacyfikować, a do tego Tel-Aviw niszczy Mahmuda Abbasa, człowieka, którego stać na podpisanie historycznego dokumentu pokojowego. Czy w tej atmosferze możliwe są negocjcje? Czy Palestyńczycy z Gazy uznaliby jakiekolwiek rozmowy? Nie. Abbas zostałby uznany za zdrajcę nawet na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy na tym ma polegać zwycięstwo Izraela? Na ograniczaniu sobie pola manewru?

Trzeba powiedzieć, że bombardowanie obiektów, w których mogą znajdować się cywile, jest niezgodne z Konwencją Genewską, ale ukrywanie się za cywilami, raczej też nie jest elementem żadnego kodeksu honorowego, a w dodatku ostreliwanie izraelskich miast też raczej z założeniami w/w konwencji nie ma nic wspólnego. Stosujemy identyczne standardy dla Palestyńczyków i Żydów. 

Lądowe wkrocznie do Strefy Gazy byłoby głupotą. Zobaczymy co zwycięzy, rozmach, czy zdrowy rozsądek. Uszczelnienie granic byłoby za to logiczne, bo groźba odwetu Hamasu wielokrotnie się zwiększyła. 

 

Izrael idzie na całość

Bieżące wydarzenia, Interwencja Izraela w Strefie Gazy Komentarze (0) » dodajdo

 Kolejny dzień na Bliskim Wschodzie. Izrael – wg mediów – szykuje się do ataku lądowego na Strefę Gazy. Służby specjalne oznaczają cele. Izrael jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowanym państwem świata, w którym obowiązkiem służby wojskowej objęte są nawet kobiety (najładniejsze izraelskie żołnierki można obejrzeć tutaj). Izraelskie wojsko jest przy tym niezwykle zaawansowane pod względem technologicznym. Kraje arabskie są pod tym względem kilka klas niżej. Żydzi mają też jeden z lepszych (o ile nie najlepszych) wywiadów świata. W konwencjonalnym starciu – żaden z sąsiadów Izraela nie ma szans.

Problem jest jednak zdecydowanie niekonwencjonalny. Kwestii palestyńskiej nie uda się rozwiązać za pomocą rakiet, karabinów i czołgów. Oczywiście, uderzenie w „oficjalny” Hamas powiedzie się. Przed Izraelem w Strefie Gazy nie będzie ucieczki, a sama operacja została bardzo precyzyjnie zaplnowana. Żydzi wyciągnęli również wnioski z nieudanego wypadu na Liban w 2006r. Zniszczenie hamasowskich biur, magazynów, infrastruktury, a nawet ludzi jest kwestią jedynie użycia odpowiednich środków, którymi Żydzi dysponują. Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem Olmerta i Baraka, ale dopiero teraz operacja może przechodzi w najtrudniejszą fazę. Kluczowe jest pytanie, czy Izrael zamierza wojskowo wkroczyć do Strefy Gazy, czy jedynie uszczelnić granicę w taki sposób, by nawet mysz się nie prześlizgnęła?

Zaczyna się moment, w którym dużo rzeczy może się popsuć. Już teraz czytamy o ofiarach cywilnych, małych dziewczynkach zabitych przez Żydów. Najtragiczniejsze, że to prawda. Tylko tutaj pojawia się moralny dylemat. Kto jest bardziej winny – Żydzi bombarduący Hamas, ale świadomi tego, że zginą cywile, czy Hamas świadomy, że Izrael bombarduje ich, ale chowający się za cywilami, by uzyskać bardzo silny efekt propagandowy? W dodatku – jak rozróżnić cywila od bojówkarza i czy przypadkiem cywile nie wspierają Hamasu?  

Walka z Hamasem w Strefie Gazy przypomina więc walkę z komarami nad dużym jeziorem. Pojedynczego komara łatwo unieszkodliwić, ale nie da się przed nimi zabezpieczyć ani całościowo pozbawić chęci kąsania. Izrael, wkraczając wojskowo do Gazy, naraża się na nieustanne ataki. Co prawda nie są one w stanie zagrozić wojskom, ale są niezwykle demoralizujące. Wojska w Strefie Gazy dużo łatwiej zaatakować. Izrael, przy wkroczeniu, zniszczyłby całą infrastrukturę. Może to zrobić mniej dokładnie, z powietrza i za pomocą służb specjalnych. Ciekawe, którą z tych koncepcji zrealizują Olmert z Barakiem? 

Potężne uderzenie w Hamas obniży sprawność tej organizacji, ale zwiększy nienawiść typowego Palestyńczyka przeciwko Żydom. Sytuacja Palestyny i Izraela nic się nie zmieni. Hamas będzie musiał się odbudować, ale przybędzie mu sponsorów i sympatii. To jest prawdziwy kapitał Hamasu, a nie karabiny zostawione w magazynach. Izrael nie zniszczy mentalności palestyńskiej młodzieży, którzy uważają go za okupanta. Ta młodzież dorośnie i będzie hurtowo zasilać Hamas lub inne ugrupowania terrorystyczne. Al-Fatah utrzyma swoje wpływy na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale jego pozycja – w wyniku izraelskiego ataku – uległa znacznemu pogorszeniu. Co może teraz zrobić Abbas? Tylko płakać. Gaza jest – przynajmniej na razie – stracona. Umiarkowani Palestyńczycy, którzy już przed atakiem nie mieli tam nic do powiedzenia, zostają teraz przyparci do ściany i zmuszeni do zajęcia konfrontacyjnego stanowiska. Jakby nie patreć, Izrael niszczy domy palestyńskie, więc jak na sprawę może patrzeć mieszkaniec Gazy? Przecież tam Palestyńczycy są u siebie.

Spotykam się z opinią, że akcja izraelska jest bardzo skuteczna. Jest i to nikogo nie powinno dziwić. Co jednak osiąga Tel-Aviw? Niszczy jakąś część struktur Hamasu. Osłabia jego infrastrukturę. Czy jednak sam Hamas i problem palestyński przestają istnieć? Nie. Czy zmniejsza się zagrożenie atakiem terrorystycznym? Nie, zwiększa się. Czy zbawiennie wpłwa to na gospodarkę Izraela? Firmy zbrojeniowe może się cieszą, ale niech teraz izraelskie przedsiębiorcy odważą się zatrudniać palestyńską tanią siłę roboczą. 

Jeżeli Izrael zajmie Gazę, to żołnierze tam stacjonujący bez przerwy narażeni będą na partyzanckie ataki. Na zasadzie ukąszeń komara. Izrael pokaże swoją potęgę, ale zwycięstwo w tym starciu będzie pyrrusowe. Interwencja jest więc zupełnie bez sensu. Strefa Gazy to pieklo, w którym zmuszeni są żyć Palestyńczycy, uzależnieni od pomocy humanitarnej, gospodarczo gnębieni przez Izrael. Żydzi chcą się całkowicie oddzielić od Palestyńczyków. Dlatego uszczelniona jest granica w Gaza i istnieje „mur bezpieczeństwa”. Chodzi o utrudnienie inflirtacji terytorium zamieszkałego przez Żydów. Zajmując Strefę Gazy, Izrael naraża się na wybuch prawdziwej „III intifiady”. 

Dużym plusem takiej akcji może być chyba jedynie efekt propagandowy. Żydzi utwierdzą się we własnej sile, chociaż ich strategiczne położenie nie zmieni się ani trochę, bo bombardowanie Gazy raczej nie wpływa pozytywnie na proces pokojowy, ani nie zniechęca terrorystów do potencjalnych ataków. Co prawda realnym zwycięstwem byłoby teraz ogłoszenie wzajemnego rozejmu, ale Hamas się na to nie zgodzi. Izraelskie władze chcą pokazać (co ważne przecież przed wyborami), że potrafią troszczyć się o bezpieczeństwo.

Przy bezwarunkowym wsparciu Stanów Zjednoczonych międzynarodowe położenie Izraela jest niezwykle korzystne. Rada Bezpieczeństwa ONZ nic nie przegłosuje. Państwa arabskie mogą uchwalać różne deklaracje, czy to indywidualnie, czy to w ramach Ligi Państw Arabskich, ale ich realne możliwości są znikome. Syria jest w ostatnich latach w defensywie, próbuje odzyskać wpływy w Libanie. Nie zaczepi Izraela, bo nic tym nie zyska, a narazi się na potężne straty. W konwecjonalnym starciu Damaszek nie ma żadnych szans. Bashir al-Asad ograniczy się do wspierania wrogów Tel-Aviwu dostawami broni i pieniędzy, będzie krzyczał o jedności arabskiej, ale to również kąsanie komara. To samo tyczy się Iranu. Na użytek propagandowy – obecna sytuacja jest dla niego bardzo przydatna. Być może wymusi na Hezbollahu większą aktywność, ale poza tym ograniczy się do potępiania. Mahmud Ahmadineżad wie, że im więcej będzie się mówić o Strefie Gazy, tym mniej o Iranie. Będzie więc mu zależało na trwaniu konfliktu. Egipt będzie się modlił, by nie zostać zmuzonym do zaangażowania się w to zamieszanie, ze względu na swoje położenie względem SG. W skrócie: od zewnątrz Izraelowi nic nie grozi. Nikt nawet nie odważy się postraszyć embargiem naftowym. Wyznawcy islamu, jak mało kto, rozumieją, że biznes to biznes, a słowa mogą być piękne. Po co jednak narażać swoje dolary?

Palestyńczycy pozostaną w swoich gettach. Bezradni. Obecna sytuacja to tragedia, w której nikt nie wygra, bo mieszkańcy Strefy Gazy nadal nimi będą. Radykalizm arabski się zwiększy, a Hamas zyska na popularności. Gaza, jak była biedna, teraz będzie doszczętnie zniszczona. Żydzi nie rozwiąża w ten sposób żadnego problemu związanego z Palestyńczykami. Postawili na militarną konfrontację, w której wygrają, ale zwycięstwo nie przybliży ich nawet o krok do pokoju. Palestyny nie da się spacyfikować, a do tego Tel-Aviw niszczy Mahmuda Abbasa, człowieka, którego stać na podpisanie historycznego dokumentu pokojowego. Czy w tej atmosferze możliwe są negocjcje? Czy Palestyńczycy z Gazy uznaliby jakiekolwiek rozmowy? Nie. Abbas zostałby uznany za zdrajcę nawet na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy na tym ma polegać zwycięstwo Izraela? Na ograniczaniu sobie pola manewru?

Trzeba powiedzieć, że bombardowanie obiektów, w których mogą znajdować się cywile, jest niezgodne z Konwencją Genewską, ale ukrywanie się za cywilami, raczej też nie jest elementem żadnego kodeksu honorowego, a w dodatku ostreliwanie izraelskich miast też raczej z założeniami w/w konwencji nie ma nic wspólnego. Stosujemy identyczne standardy dla Palestyńczyków i Żydów. 

Lądowe wkrocznie do Strefy Gazy byłoby głupotą. Zobaczymy co zwycięzy, rozmach, czy zdrowy rozsądek. Uszczelnienie granic byłoby za to logiczne, bo groźba odwetu Hamasu wielokrotnie się zwiększyła. 

 

Co dalej z Tybetem?

Bieżące wydarzenia, Historia, Warto przeczytać Komentarze (0) » dodajdo

W komentarzu do ostatniej wizyty Dalajlamy XIV w Polsce warto zadać innym Polakom i całemu światu pytanie o Tybet. Po zagłębieniu się w temat, kilku rozmowach i przede wszystkim lekturze ciekawych źródeł, okazuje się, że to zagadnienie wcale takie czarno-białe, jak przedstawiają go media. W debacie publicznej pomijanych jest wiele argumentów, które powodują, iż na sprawę można spojrzeć z bardziej złozonej perspektywy. W kwestii Tyetu kluczowe jest zweryfikowanie kilku mitów i zaproponwanie nowych, bardzo kontrowersyjnch, argumentów, które są celowo przez społeczeństwa zachodnie – które oczywiście nie są bez winy – pomijane.  

Czy zatem Tybet ma szanse na wolność lub choćby autonomię na poziomie Hong Kongu? Nie ma i w najbliższych latach nie będzie mieć. 

Chińczycy traktują Tybet jako integralną część swojego państwa i robią wszystko, by doprowadzić do asymiliacji tego regionu. W tym miejscu warto zatrzymać się i opisać kilka ruchów chińskich władz, które w przyszłości mają doprowadzić do unifikacji. Po pierwsze, typowa polityka osadnicza. W Tybecie osiedla się coraz więcej Chińczyków, którzy „w ramach promocji” dostają za to olbrzymie dodatki do pensji i ulgi podatkowe. Daje to pewną możliwość „zrobienia kariery”, co prawda jest ona ograniczona, ale dla ludzi, którzy pozbawieni są perspektyw, jest to zupełnie niezłe wyjście. Powoduje to frustrację Tybetańczyków, którzy takich możliwości zawodowych nie mają. Trzeba pamiętać o tym, że popularna wizja Tybetu, jako kraju mnichów, nie pokrywa się z tym prawdziwym obrazem, gdzie jest to bardzo biedny rejon, w którym dominuje rolnictwo, hodowla i rzemiosło. Mnisi stanowią jedynie określony, już teraz nieduży, odsetek mieszkańców. Tybetańczyk może wybić się tylko wtedy, gdy nauczy się języka mandaryńskiego oraz zapisze się do partii. „Żadnych złudzeń panowie” – jak to mawiał car Aleksander II. Do tego należy dodać standardowe aspekty takie jak szkolnictwo chińskie, które stara się wyprzeć tybetańskie wartości i język. Generalnie polityka społeczna bardzo propaguje postawę prochińską, a walczy z rozpowszechnianiem się kultury tybetańskiej. Chińczycy robią też bardzo dużo, aby „kupić” Tybetańczyków. Ekonomicznie patrząc – asymilowanie się opłaca. Żadna nowość. Kij i marchewka. Można powiedzieć, że w Tybecie prowadzona jest polityka gospodarczego i społecznego – jak to ujął Dalajlama – apartheidu.  

Oznacza to mniej wiecej tyle, że głównym celem Pekinu nie jest całkowite zniszczenie tej kultury, a zmniejszenie jej wpływów. Właśnie dlatego mnisi mają zakaz rozmawiania na tematy polityczne i filozoficzne. Wszelkie akty sprzeciwu są brutalnie tłumione, jak te zamieszki w maju. Społeczeństwo zostaje pozbawione wewnętrznej siły do stawiania oporu, jest pogodzone ze swoim losem, ale jednocześnie pamięta i szanuje swoją religię i tradycję. Część Tybetańczyków już zapisała się do partii. Gubernatorem Xizangu (prowincji obejmującej około połowy historycznego Tybetu) jest obecnie Tybetańczyk.  

W interesie Chińczyków jest jednak istnienie apolitycznej kultury tybetańskiej. Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodzi o pozbawienie nadziei Tybetańczyków na wolność, przy jednoczesnym pozostawieniu im prawa do praktykowania np. własnej religii. Służby bezpieczeństwa prowadzą bezwzględną politykę. Ideał mnicha według Chin to taki, który siedzi w klasztorze, daje się oglądać turystom i nie ma zamiaru nic powiedzieć. Pekin uświadomił sobie, że rozwój Tybetu jest w jego interesie, nie tyko ze względu na wielu turystów, którzy zaczęli tam przybywać w latach 90-tych, ale również dlatego, gdyż to bardzo ważne miejsce pod względem strategicznym, przy granicy z Indiami, gdzie znacznie ruzbudowano infrastrukturę wojskową. Polityka chińska wobec Tybetu przeszła olbrzymia ewolucję, od mordowania, torturowania i więzienia Tybetańczyków oraz niszczenia klasztorów (przyjmuje się, że zburzono około 80%!), do nieco bardziej liberalnej polityki, w ramach której te same klasztory… odbudowano lub pomagano odbudować. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w przypadku powstania jakiegokolwiek oporu, np. takiego jak powstanie w 1959r, zostanie równie bezwzględnie i okrutnie potraktowany. Obecnie inwestuje się w tamten region miliardy dolarów. Chińcycy nie chcą zniszczyć Tybetu, chcą z niego zrobić rezerwat! Przyjedzie obcokrajowiec, zapłaci, poogląda mnichów, zwiedzi klasztory, kupi trochę pamiątek… Co roku do Tybetu przybywa milion turystów. Ich przewodnikami są Chińczycy. Przypadek? Nie, przepisy są stworzone w taki sposób, by byli nimi głównie Chińczycy. To jest naprawdę dobrze zorganizowana polityka. Tybetańczycy są dyskryminowani w swoim kraju w ramach prawa.

Tybetańczycy mieliby podzielić los Indian. W kwestii Tybetu Chiny zachowuja się jak Stany Zjednoczone. Wielkie inwestycje, próba poprawy poziomu życia oraz narzucenie swoich uwarunkowań kulturowych i politycznych. Jak to mawia Stefan „Siara' Siarzewski w „Kilerze” – „Mają rozmach skur******”. Pekin łamie prawa człowieka wtedy, gdy ktoś w Tybecie się wychyli. Ci Tybetańczycy, którzy chcą stawiać opór, są zastraszeni. Nikt się o nich nie upomni. Z kolei ci podporządkowani mogą żyć w miarę normalnie. Świat bije granice hipokryzji, bo dużo mówi o szanowaniu praw człowieka, ale nic nie robi, by je egzekwować. Czy Tybetańczycy podzielą los Indian? 

Czas działa na korzyść Chin, z każdym kolejnym miesiącem sytuacja Tybetu pogarsza się. Władze chińskie podjęły decyzję o bezpośednim ingerowaniu w praktyki religijne Tybetańczyków. To dlatego porwano XI Panczenlamę. Wyjaśnię. Panczenlama jest drugą, po dalajlamie, osobą w hierarchii buddyjskiej. Jest odpowiedzialny za wskazanie kolejnego wcielenia Dalajlamy. W 1995 roku Dalajlama XIV rozpoznał XI Panczenlamę, 6-letniego wówczas chłopcu. Dwa dni później został on aresztowany (porwany?) przez chińskie władze oraz odizolowany. Co się z nim teraz dzieje? Nie wiadomo. Na pewno nie praktykuje nauk tybetańskiego buddyzmu. W każdym razie uznaje się go za najmłodszego więźnia politycznego. W ten sposób Chińczycy uderzają w fundament religijny Tybetu. Rezolutni aparatczycy partyjni wyznaczyli zresztą … własnego, partyjnego Panczenlamę. Nie jest on prawowity. Plan jest jednak prosty. Po śmierci Dalajlamy „koncesjonowany” Panczenlama ogłasza nowego Dalajlamę, zgodnie z życzeniem Pekinu. Jako że prawowity Panczenlama jest nadal odizolowany (albo gorzej: zindoktrynowany), nie będzie w stanie wskazać nowego przywódcy duchowego. Chiny zrobią wszystko, by narzucić swojego kandydata.  

Zagadką jest, czy rząd na uchodźstwie, pozbawiony autorytetu Jego Świątobliwości oraz społeczeństwo tybetańskie, będą w stanie sobie poradzić z tym problemem. Sporną kwestią jest też zachowanie mnichów. Świat zapewnie będzie milczał. Sprawa tybetańska, bez sławy i autorytetu Dalajlamy, stanie się jeszcze bardziej marginalna. Jeżeli Chinom do tego udałoby się narzucić nowego Dalajlamę, to sytuacja stałaby się dramatyczna. Na całe szczęście to akurat nie będzie takie łatwe, bo mnisi nie uwierzą nieprawowitemu Panczenlamie. Szykuje się jednak zdecydowana konfrontacja, w której Chińczycy mają zdecvydowaną przewagę. Tybet jest papierem lakmusowym dla europejskich polityków, jeśli chodzi o szanowanie wartości. Papierek w całosci zabarwił się na czerwono. Prawdopodobnie ze wstydu.

Tybet nie będzie też wolny z innych powodów. Geopolitycznych. Jego położenie powoduje, iż Chińczycy nie chcą tracić tego punktu na granicy z Indiami Ponadto niedawno odkryto tam – o czym się jakoś się głosno nie mówi – olbrymie złoża ropy naftowej oraz – wg wikipedii – są tam największe na świecie złoża uranu. Znajdują się tam też bardzo ważne instalacje wojskowe  Ponadto z Tybetu jest blisko do prowincji Xinjinang, w któym znajdują się surowce, ropociąg i gazociąg z Kazachstanu oraz do prowincji Sichuan (surowce, spichlerz Chin, w którym mieszka 100 milionów ludzi). Chińczycy nie chcą oddać kury, która znosi złote jaja. 

Pora zająć się samym Dalajlamą XIV. To bardzo wytrawny polityk. Jego postulaty dotyczące autonomi nie wynikają z rzeczywistych oczekiwań, a z realizmu poltiycznego. Postuluje hy Tybetowi został nadany status podobny do tego, który mają Hong Kong oraz Makao, według zasady „Jeden kraj, dwa systemy polityczne”. Poza tym zgłasza oczekiwania zrozumiałe z punktu widzenia ochrony tożsamości tybetańskiej, takie jak zakaz osiedlania się Chińczyków w Tybecie. Domaga się również prawa do swojego powrotu i pełnej swobody dla siebie oraz wycofania wojsk chińskich. Pekin jednak nie chce zaakceptować tych warunków, gdyż dopuszcza jedynie -że tak to nazwę – autonomię koncesjonowaną. Szczególnie, że Tybet jest formalnie autonomiczny. Hu Jintao nie widzi też sensu ustępowania Dalajlamie, który nie ma żadnych argumentów politycznych, ani gospdarczych, ani tym bardziej militarnych. Realpolitik. Najlepiej skomentuje to powiedzenie Stalina: „Papież, a ile ona ma dywizji?”.

Potęga Dalajlamy XIV to jego światowy PR. O sprawie pamięta się głównie ze względu na niego oraz mistyczny obraz Tybetu. W Chinach mieszka wiele zapomnianych narodów, których wojownicy walczą o swoje prawa z władzami chińskimi, a media o tym nie onformują albo robią to w zdawkowy sposób. Potęga tybetańskiego przywódcy duchowego polega nie na tym, że spotyka się z Nicolasem Sarkozym czy G.W. Bushem, ale na umiejętności dotarcia do normalnego człowieka. Przeciętny człowiek zapytany o Tybet wie, że „łamane są prawa człowieka”, ale nie potrafi z reguły powiedzieć nic ponad kilka ogólników i ma bardzo stereotypową wizję tego górzystego regionu. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę ignoranctwo zachodnich społeczeństw, to sukces. Ludzie jednak powinni więcej czytać, by zrozumieć, że sam Dalajlama nie widzi szansy na „Free Tibet”. 

Jest jeszcze jeden problem, o którym się w ogóle nie mówi. Dalajlama, choć bardzo popularny w świecie, nie jest tak krystalicznie czysty, jak się go nieraz przedstawia. Na pewno każda osoba interesująca się Tybetem spotkała się z książką„Siedem lat w Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy” napisaną przez Heinricha ,Harrera, byłego nauczyciela przywódcy duchowego Tybetańczyków. Okazało się, iż ten człowiek był członkiem NSDAP i SS. Ta rysa jednak o niczym nie świadczy, bo tak naprawdę trudno uznać, by Dalajlama ideały narodowosocjalistyczne wprowadzał w życie. Okazuje się jednak, że Dalajlama ma więcej podejrzanych znajomości. Czy wszystkie można przypisać wrodzonej dobroci i jednocześnie pewnej uroczej naiwności? Jeżeli do tego dodamy fakt, iż na początku popierał porozumienia z Chinami, a nawet był w pewien sposób zafascynowany maoizmem, okazuje się, że jak każdy, popełniał błędy, bardzo kosztowne błędy. Inna sprawa, że w latach 50-tych świat wcale nie kwapił się do pomocy Tybetowi, ale o czerwonym papierku lakmusowym już pisałem.

Siła Dalajlamy polega na jego potędze duchowej, ale również na umiejęnościach medialnych. To doskonały przykład na to, że można pokazać prawdziwe oblicze Chin i jednocześnie nie atakować tego państwa zbyt agresywnie. Łagodność Dalajlamy jest jego siłą. Jego kompromisowość jest doskonale sprzedawana, chociaż tak naprawdę jego oczekiwania w/s autonomii wcale nie są minimalistyczne. Tybetańczycy zaczynają się już niecierpliwić. Szczególnie młodzież, która nie zna innych realiów życia niż pod okupacją. Działający głownie na emigracji, Kongres Młodzieży Tybetańskiej, radykalizuje swoje stanowisko. Młodzi coraz mniej chcą słuchać Dalajlamy. Uważają, że jest nieskuteczny, ich sympatia idzie w stronę fundamentalistów. Duchowy przywódca nie jest dla nich prawdziwym autorytetem. Bardzo możliwe, że po śmierci Dalajlamy, młodzież wkroczy na drogę bezpośredniego starcia z Chińską Republiką Ludową. Ta walka jest skazana na porażkę, bo w takiej sytuacji dojdzie do brutalnej pacyfikacji. To młodzież najbardziej ucierpiała w wyniku represji po majowych zamieszkach. Wynikały one z poczucia bezradności i wściekłości wobec skuteczności chińskiej polityki. Reakcja świata była zresztą standardowa. Słowa, nie czyny. Igrzyska odbyły się normalnie i bez zakłóceń.

Tybet znajduje się więc między młotem, a kowadłem. Żadna z dróg – ani pokojowa, ani wojenna, nie doprowadzą do uwolnienia Tybetańczyków. Pozycja Chin umacnia się z każdym dniem. Chińczyków stać na ostentacyjne odwołanie spotkania z Unią Europejską ze względu na gdańską rozmowę Sarkozy-Dalajlama Jedyną szansą dla Tybetu jest wspieranie kultury i upowszechnianie informacji na jej temat. Tak naprawdę rządy (np. amerykański) tylko pozornie mówią o tej sprawie. Alibi przed opinią publiczną. Trzeba też informować świat na temat konsekwentnej polityki chińskiej, która doprowadzić ma tybetańską kulturę do utraty ducha, a umożliwić jej jedynie pozostanie folkolorem.

Współpraca: Michał Kołakowski

Więcej o Chinach

Władze chińskie idą na "ustępstwa" – MKOL znowu zrobiony w bambuko

Chińska imaginacja

MAP – nie dla psa kiełbasa

Bieżące wydarzenia, Konflikt gruzińsko-rosyjski Komentarze (0) » dodajdo

Kolejne geopolityczne zwycięstwo Rosji. Gruzja i Ukraina nie dostaną w tym roku MAP-u. (Planu na Rzecz Członkostwa). W ten sposób państwa te pokutują. Gruzini za sierpniowy konflikt, w wyniku którego ostatecznie pogodzić się będą musieli ze stratą Abchazji i Osetii Południowej. Z kolei Ukraińcy mają obecnie bardzo niestabilną sytuację polityczną, która została sprowokowana przez m.in. Moskwę. W efekcie Rosja odsunęła groźbę rozszerzenia NATO. Szczególnie, iż w roku 2008 jest to kwestia bardziej polityczna niż militarna. Sojusz Pólnocnoatlantycki boi się ryzyka, ale nie od dziś wiadomo, że „kto nie ryzykuje ten nie wygrywa”. 

Zamieszanie polityczne w polityce ukraińskiej jest typowym przykładem konfliktu politycznego podsycanego przez Moskwę. Biorą w nim udział trzy strony – prezydent Juszczenko, premier Tymoszenko i szef Partii Regionów – Janukowycz. Kombinacja w parlamencie (i nie tylko) jest bardzo prosta – partia Tymoszenko i Partia Regionów są w stanie napsuć krawi Juszczence, za to Juszczenko wraz z Janukowyczem lub Tymoszenko może przechylić szalę na swoją stronę w stosunku do trzeciej siły. Mamy do czynienia z takim nieformalnym trójpodziałem wpływów. Rosjanie rozgrywają to na swoją korzyść, wspierając Janukowycza i obiecując Tymoszence ewentualne wsparcie w wyborach prezydenckich. Juszczenko też był przez jakiś czas kokietowany, ale obecnie jego pozycja słabnie. Uznawany jest zresztą za antyrosyjskiego. Europa ma jeden wielki problem, Julia Tymoszenko uparła się, by być prezydentem, jak to kobieta, i teraz wydaje się, iż temu celowi podporządkowała swoją polityczną działalność. W obliczu rozłamu w obozie pomarańczowych, bardzo spadają szansę Juszczenki, który jest powszechnie uważany za nieskutecznego. Z trójki Juszczenko, Tymoszenko, Janukowycz największe szanse na zwycięstwo zyskuje … Janukowycz, którego elektorat jest stały i nie zagrożony.

Co to oznacza dla europejskich aspiracji Ukrainy? Permanentny kryzys. NATO (ani UE) nie zgodzą się na członkostwo (w tym przypadku nawet na MAP) dopóki sytuacja polityczna nie ustablizuje się. Nad tym, by się nie unormowała, pracuje z pewnością sztab przyjaciół Ukrainy w Moskwie i kilku ludzi na Krymie. To jest dopiero drażliwa kwestia. Rosja ma tam intrumenty wpływu tylko niewiele mniejsze niż miała w Abchazji i Osetii Południowej. Do tego dochodzi stacjonowanie floty czarnomorskiej, co jest istotnym elementem strategicznym Rosjan, a przypomnę, iż Juszczenko postanowił nie przedłużać umowy o dzierżawie rosyjskiej bazy. W interesie Moskwy jest więc zmiana władzy oraz dalsza destabilizacja Krymu. Co więcej, Ukraina jest przeciez gospodarczo uzależniona od swojego wschodniego sąsiada. Decyzja NATO o nienadawaniu MAP-u ma charakter defetystyczny. Państwa zachodnie boją się zaangażowania w tamtym regionie, gdyż ciągle żyją w przeświadczeniu, że to rosyjska strefa wpływów. Sytuację tę próbuje zmienić polska dyplomacja, jednak nie jesteśmy na tyle silnym ośrodkiem, by wytyczać politykę NATO. Juszczenko też jest za słaby, by jednoosobowo decydować o przyszłości Ukrainy. Sytuacja Rosjan, niedawno jeszcze niezbyt dobra, poprawiła się. Szczególnie, iż duza część Ukraińców – z przyzwyczajenia – woli patrzeć się na wschód.

Z Gruzją problem jest dużo bardziej złożony ze względu na konflikt z Rosją, historię i prezydenta Saakaszwilego, którego Europa nie chce nagradzać za jego czyny. Politycy NATO uważają, iż nie mogą mieć w swoich szeregach kogoś tak nieprzewidywalnego jak prezydent Gruzji. Znowu – istnieje stronnictwo progruzińskie i te, nazwijmy je pragmatycznym, które spokojnie czeka na rozwój sytuacji. W odróżnieniu od Ukrainy, idea integracji z NATO i UE ma w tym państwie wysokie poparcie. Cóż z tego, jeżeli Saakaszwili raz na jakiś czas wykona jakąś nieodpowiedzialną akcję w stylu tej sierpniowej czy tej z prezydentem RP? Gruzja ma szansę wejść do NATo, ale być może pierwszym warunkiem będzie albo opanowanie nerwów przez krewkiego prezydenta albo jego wymiana na polityka bardziej odpowiedzialnego. NATO nie może sobie pozwolić na to, by państwo, które do niego należy, w tak łatwy sposób wchodziło w konflikt z Moskwą. Inna sprawa, ze Gruzja powinna zostać objęta specjalną ochroną, bo wspieranie Tblisi jest w interesie Sojuszu. Nikt jednak tego obecnie nie zamierza robić.

Wstrzymanie się z przyznaniem MAP-u jest więc, z jednej strony, decyzją racjonalną, wymuszoną sytuacją polityczną, ale z drugiej pokazująca, iż Europa (i Ameryka) boją się w tym momencie walki o wpływy z Moskwą w jej byłych republikach. Zachód kiedyś będzie musiał się na to zdecydować, na razie jednak odłożył polityczną konfrontację i oddaje inicjatywę Moskwie. Niewykluczone, że za kilka miesięcy Ukraina i Gruzja dostaną w końcu Plan na Rzecz Członkostwa, ale przygnębiające jest poczucie bezradności polityków europejskich. Moskwa nie szanuje słabych, jedyny argument, który uznaje, to siła, dlatego trzeba być równie bezwzględnym. Decyzja – przejmujemy Kijów i Tblisi, powinna być jednym z głównych elementów strategii XXI wieku, bo gdy te państwa znajdą się w naszej strefie wpłwów, to z innymi pójdzie już dużo łatwiej.

Polecam jednak cierpliwość. Moskwa posiada tyle możliwości wpłwania na Tblisi i Kijów, że droga tych państw do NATO nie będzie usłana rózami. Trzeba jednak ten krok zrobić, bo im dalej strefa NATO, tym dalej wpływy rosyjskie, a to jest dla Polski (i Europy) niezwykle istotne. Przy czym tak naprawdę te państwa są na początku drogi do integracji. Na początku – szczególnie Ukraina – muszą spełnić warunki polityczne, a z tym ostatnio jest największy problem. NATO nie chce przyjąć w swoje szeregi najsłabszego ogniwa, które w dodatku jest infiltrowane przez Federację Rosyjską.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się