Unijna “demokracja” w Pradze

Bieżące wydarzenia Komentarze (3) » dodajdo

Są momenty, gdy język rozmów politycznych bardziej śmieszy niż straszy. W przypadku rozmów Vaclava Klausa z przedstawicielami Parlamentu Europejskiego niestety tak nie jest.  Mamy do czynienia z czymś przerażającym. Cywilizacyjnym poczuciem wyższości nad prezydentem Republiki Czeskiej. Cała rozmowa dostępna jest tutaj. Zakładam, że przedstawiony stenogram jest w 100% prawdziwy. Zachęcam do zapozniania isę z całym zapisem rozmowy.

Celowo piszę o tej rozmowie, gdyż mam nieodparte wrażenie, iż polskie media tę sprawę przemilczały, a ja uważam, iż o tej nieprzyjemnej konwersacji po prostu trzeba podyskutować, gdyż pokazuje, że wartości są dla polityków z Parlamentu Europejskiego w porządku, gdy głoszą je na wiecach, a zupełnie tracą na znaczeniu w trakcie negocjacji.

Ufam, iż uda mi się przebić z tym tematem. Uważam, że tak potężne próby wpływania na państwa, które nie są jednoznacznie "za" Traktatem Lizbońskim, to po prostu oznaka upadku europejskich standardów.

Zaczyna Martin Schulz reprezentujący socjaldemokratów. Trzeba zaznaczyć, że był bardzo uprzejmy i dyplomatyczny. Pozwolę sobie skomentować jednak ostatnie dwa zdania.

"(…)Traktat Lizboński jest konieczny, nieunikniony, absolutnie niezbędny. Wiem, że w tym względzie ma Pan poniekąd kontrowersyjne poglądy, panie Prezydencie.(…)"

Konieczny, nieunikniony i absolutnie niezbędny. Co to za argument? To samo można powiedzieć o euro. Przyjęcie europejskiej waluty jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niezbędne. Nieprzyjęcie europejskiej waluty jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niezbędne. Można też się troszkę pobawić słowem. Zajście w ciążę jest konieczne, nieuniknione i absolutnie niebędne. Kradzież samochodu jest konieczna, nieunikniona i absolutnie niezbędna (np. dla złodzieja). Taka argumentacja jest po prostu idiotyczna, bo można podstawić dowolny wyraz na początku i konstrukcja jest taka sama. Pusta forma, bez treści. Słowa nie mają wartości.

Nie mogę sobie odmówić skomentowania wypowiedzi Grahama Watsona. Jest dyplomatyczny i z klasą, ale…

„(…) Historia pokazała, że znalezienie rozwiązania umożliwia europejska solidarność, która pozwoliła nam zatrzymać wejście Rosji do Gruzji. (…)”

Jeśli ktoś uważa, że Rosjanie nie zajęli Tblisi dlatego, że Sarkozy wynegocjował porozumienie, to … niech tak myśli dalej.

Rosjanie nadal stacjonują na terenie, który był pod jurysdykcją gruzińską przed wybuchem konfliktu, nie mówiąc o zniszczonej infrastrukturze tego kraju. Zasługi UE dla Gruzji nie są wcale tak duże. Nie tym jednak zajmuje się w moim dzisiejszym komentarzu, dlatego kończę tę dygresję.

Pora więc przejść do meritum.

Daniel Cohn-Bendit

"(…)Traktat Lizboński: Pana pogląd na to mnie nie interesuje, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdził go czeski sejm i senat. Będzie Pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie Pan musiał to podpisać. (…)"

Europoseł Zielonych – Wolnego Sojuszu Europejskiego chyba troszkę przesadził. Uznał, że wszelki inny pogląd niż jego, jest nieobowiązujący. Przynajmniej był szczery – w bardzo dyplomatyczny sposób określił, że pogląd jego rozmówcy nic dla niego nie znaczy. Prawdziwa sztuka retoryki. Nie muszę chyba dodawać, że pytania zadawane są w dość tendencyjny sposób. Na końcu oświadcza jeszcze, że „będzie Pan musiał to podpisać”. Nawet nie zamierzam tego komentować. Powiem, jak pewna grupa muzyczna „musi to na Rusi”. 

Co do „respektowania demokratycznej woli przedstawicieli narodów”, to przecież głosowania w czeskim parlamencie jeszcze nie było, a po drugie, dlaczego nie „respektowania demokratycznej woli swojego narodu”? Tak, mam na myśli referendum przed którym cały europejski estabilishment ucieka. Nie chce powtarzać samych argumentów Klausa. Warto je przeczytać.

Znowu Daniel Cohn-Bendit…


"(…)Co więcej, chcę, aby Pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom Pana przyjaźni w panem Declan Ganley'em z Irlandii. (…)
To jest człowiek, którego majątek pochodzi z wątpliwych źródeł i chce je teraz wykorzystać na finansowanie swojej kampanii wyborczej do PE.(…)"

To jest wręcz obraźliwe. Jeżeli posiada dowody przeciwko Ganley'owi to powinien zgłosić to irlandzkiej prokuraturze. Ja na przykład też mam wątpliwości wobec wielu ekologicznych organizacji i tzw. ekoterroryzmu, ale nie piszę o tym w każdej mojej notce, bo tak naprawdę nie jestem w stanie tego udowodnić. To, że ktoś ma nieustalone źródła pieniędzy, nie oznacza, że jest złodziejem.  

Poza tym, że jawnie obrażany jest prezydent, który przecież może się spotykać z kim chce, to tak naprawdę głónym problemem Ganley'a jest to, że te pieniądze chce wydać „nieodpowiednio”. 

Czas na Briana Crowleya. Ten to dopiero jest matematykiem, ale o tym za chwilę.

"(…) Ja jestem z Irlandii i jestem członkiem tamtejszej partii rządzącej. Mój ojciec walczył całe życie o niepodległość przeciw brytyjskiej dominacji. Wielu moich krewnych straciło z tego powodu życie. Mogę sobie zatem pozwolić, żeby powiedzieć, że Irlandczycy chcą Traktatu Lizbońskiego. (…)"

To zabawne, bo w referendum stwierdzili inaczej. Taki typowo irlandzki psikus? Z tego, co mi się wydaje, to o tym, czy Irlandczycy chcą TL decydują sami Irlandczycy, a nie Brian Crowley. Chociaż – żeby było jasne – nie podważam tego, iż jest Irlandczykiem…

Nie wiem, jak on sobie tych zwolenników TL policzył. Chyba sondażowo.

Ja też mogę zapewnić, że Marsjanie są za Traktatem Lizbońskim. Co, zabroni mi ktoś?

"(…)Przez fakt, że po przyjeździe do Irlandii spotkał się Pan z Ganley'em, dopuścił się Pan obrazy irlandzkiego narodu. Ten człowiek nie wykazał, z czego finansował swoją kampanię. Spotkać się z kimś, kto nie posiada mandatu z wyboru jest niebywałą zniewagą narodu irlandzkiego. Chcę Pana po prostu poinformować, jak to odczuwają Irlandczycy. (…)"

Wydaje mi się, że jednak istnieje pewna rozbieżność pomiędzy stanowiskiem społeczeństwa, a Briana Crowley'a. Jeżeli ten Ganley to taki przestępca, to czemu odpowiednie służby nie zamykaą go w więzieniu? 

Stwierdzenie, że prezydent Klaus obraża naród irlandzki, bo spotyka się z kimś bez mandatu, stwarzałoby niebezpieczny precedens, wg którego prezydenci mogą spotykać się tylko i wyłącznie z posłami, senatorami, radnymi etc. Najbardziej denerwujący jest jednak ton. Europosłowie pouczają prezydenta suwerennego państwa.

Irena Belohorska – ze Słowacji


"(…) Traktat z Nicei jest traktatem dla 15 krajów, ale Unia się rozszerzyła. Traktat Lizboński jest traktatem dla 27 krajów i dlatego jestem niezadowolona z tego, że najwyższy przedstawiciel jednego z nowych krajów członkowskich występuje przeciw temu właśnie traktatowi, nad którym wspólnie pracowaliśmy. (…)"

To akurat nic ponad wyrażenie stanowiska, ale muszę wyprostować tę piramidalną bzdurę. Traktat z Nicei negocjowany był dla 27 krajów, o czym świadczą parytety, podziały głosów w RUE i Parlamencie Europejskim. Z założenia Traktat z Nicei miał obowiązywać dla 27 państw. 

Znowu przeuroczy Brian Crowley

"(…) Pan nie będzie mi mówił, jakie poglądy mają Irlandczycy. Jako Irlandczyk wiem to najlepiej. (…)"

Po prostu Irlandczycy to taki naród, który nie wyraża swojej prawdziwej opinii w referendum. Na całe szczęscie są „demokratyczni” politycy, którzy wiedzą lepiej, czego oczekuje społeczeństwo. To mi coś przypomina…

Resztę rzeczy uznaję za będąće w „granicach dobrego smaku”. Nie chcę się czepiać ani Klausa, ani Poeterringa. 

W każdym razie zadaje pytanie. Czy to jest demokracja? Tak powinno podejmować się decyzję w ramach UE? Czy to jest projekt Europy dla wszystkich, czy Europy dla tzw. „Europejczyków”?

 

Więcej o problemie Traktatu Lizbońskiego
- Lizbona albo śmie…ch
- Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego
- Sarkozy – mistrz obłudy powraca
- Sarkozy – mistrz obłudy
- Referendum – a może jednak będzie po mojemu i rydzykowemu?
- Unia dla obywatela, czy obywatel dla Unii?

 

Indie w ogniu – demokracja w defensywie

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Walki indyjskich antyterrorystów z islamskimi fundamentalistami uznać należy za symboliczne i przełomoe. Po raz pierwszy doszło do tak bezpośredniego starcia z terrorystami, w centrum miasta. Bilans jest tragiczny. Zwróciłbym uwagę na rangę tego wydarzenia z innego powodu.

Terroryści w Indiach opracowali inny system organizowania zamachów. Bandy terrorystów atakują obiekty cywilne z bronią w ręku. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia już w Rosji, ale Rosji nie uznałbym za państwo z tradycjami demokratycznymi. Poza tym żądania terrorystów miały tam wymiar przynajmniej minimalnie polityczny. Co innego Indie. Władze w New Delhi stoją przed niezwykle trudnym dylematem. Czy ograniczyć swobody obywatelskie w zamian za bezpieczeństwo? Demokracja znalazła się w defensywie. Jeżeli rząd indyjski nie podejmie radykalnych kroków, to będzie bezradny wobec terrorystów, tak jak cały świat bezradny jest wobec piratów w Zatoce Adeńskiej. 

Jednym z największych zagrożeń dla demokracji jest właśnie brutalizacja życia. Ludzie powoli tracą wiarę w to, że władza jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo. Indie są krajem rozwijającym się niezwykle szybko, ale również o olbrzymiej różnicach gospodarczych. W związku z tym trudno ten kraj uznać za stabilny politycznie. Terroryści uderzają w fundamenty. Ugrupowania tego typu stają się coraz większym problemem. Nikt przecież nie chciałby, aby takie obrazki powtórzyły się w Londynie, Paryżu czy Berlinie. Czy to takie nierealne?  

Mówi się o tym, że terroryści z Bombaju mogą mieć brytyjskie obywatelstwo. Coraz większym problemem są – że tak ich nazwę – wtórni terroryści. Ludzie w drugim lub trzecim pokoleniu urodzeni w Europie, którzy są podatni na radykalną ideologię. Nie przypuszczam, by zawsze kontrwywiad mógł powstrzymywać takie zamachy. Ludzie ci nie czują się związani ze swoim społeczeństwen, obecny jego kształt uznają za źródło niesprawiedliwości. Tak naprawdę jest to olbrzymi problem cywilizacyjny, przed którym stoi Europa. Prawdziwy koń trojański wierzący w Allaha.

Rządzący też mają niesamowity problem. Szturmować taki budynek i dopuścić do śmierci dużej liczby zakładników, czy spełnić żądania terrorystów np. zwolnienia 200 osób z więzienia? To nie jest problem finansowy, oni nie chcą pieniędzy, ani bezpieczeństwa. Im chodzi o tzw. „wyższe wartości”. Wypuszczenie więźniów doprowadzi do tego, że w przyszłości zagrożonych może być 10 razy więcej ludzi. Terror jest stosowany, gdyż jest skuteczny. O ile piratów można traktować z lekkim przymrużeniem oka – im chodzi tylko o zysk, w dodatku te pieniądze bardzo często inwestują w swoim kraju, czym w skali mikro przyczyniają się do walki z biedą, o tyle terroryści nie spoczną, póki nie osiągną swego celu…. lub zginą.  Wolę to drugie.

W najbliższym czasie możliwe jest uaktywnienie się terrorystów. Wszakże prezydentem zostanie Demokrata, uznawany za bardziej miękkiego niż G.W. Bush. Terroryści będą chcieli go nastraszyć i zmusić do podjęcia polityki defetyzmu. Strategicznym celem Stanów Zjednoczonych powinno być więc utrzymanie obecnego kursu. Nie będzie to korzystne dla USA, ale będzie to mniej szkodliwe niż nagłe poddanie się w wojnie z terroryzmem. Wybór Indii jest nieprzypadkowy. To sojusznik Waszyngtonu oraz najbardziej liczne państwo demokratyczne. Z zamachem nie wiązałbym Pakistanu, bo władze tego kraju nie miały żadnego powodu, by przyczyniać się do śmierci ludzi w Bombaju.  

Nie widzę żadnego usprawiedliwienia dla tego aktu terroru. Teraz powstaje dylemat społeczny. Czy ludzie poradzą sobie psychicznie z zagrożeniem? Strach, co prawda uzasadniony, byłby najgorszą możliwą odpowiedzią. Terroryści są coraz lepiej wyszkoleni Szturm komandosów oznacza pewną śmierć, na którą oni są gotowi, a wręcz jej oczekują. To może być największe zagrożenie cywilizacyjne. Władze muszą zaostrzyć kurs, ale czy niestabilna demokracja indyjska znajdzie odpowiednią formułę? W Europie jest dużo bezpieczniej, ale jednocześnie potencjalni terroryści mają większa ochronę prawną  To tragiczne, że terroryści wykorzystują europejskie fundamenty demokratyczne przeciwko nam…

To jest niestety błędne koło, bo pytanie, co ważniejsze – standardy demokratyczne czy walka z terroryzmem, nie jest niczym nowym. Wspomnę choćby o Guantanamo. Nie wszyscy ludzie są tam osadzeni zgodnie z prawem. Czy taka jest dla demokracji cena bezpieczeństwa? Prawda nie zawsze obroni się sama. 

Izrael potrafił sobie proadzić z tym wyzwaniem, ale Żydzi to specyficzny naród. Czy chcemy, by każde państwo wyglądało jak Izrael? Nie przypuszczam. Terroryzm trzeba zniszczyć w zarodku, ale jak? Na początku trzeba sprawić, by stał się mniej medialny, bo bez efektu propagandowego terroryści tracą swojego najsilniejszego zwolennika – Strach. Gorzej, że i w tym względzie politycy zachodni są hipokrytami i dla własnego interesu starają się z tym w/w Strachem współpracować, wyolbrzymiając go lub zmniejszając.

Więcej o demokracji.

- Demokratyczna farsa w Azerbejdżanie

- Demokracja na Białorusi – miłość dla naiwnych

- Kompromitacja FARCu – sukces czy porażka rządu kolumbijskiego?

Indiana Jones w Gruzji

Bieżące wydarzenia Komentarze (0) » dodajdo

Przyszedł czas, by podsumować całe zamieszanie, jakie ma miejsce wokół wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji. Gdyby dziennikarze i politycy posługiwali się logiką, zamiast emocjami, to rozwiązaliby zagadkę bardzo szybko. Porażający jest brak profesjonalizmu tej wizyty. 

Przekonywanie Unii Europejskiej do tego, że Rosjanie/Osetyjczycy nie wycofali się z Gruzji jest równie sensowne, jak ogłoszenie przy stole całej rodzinie, że Święty Mikołaj nie istnieje. Wszyscy to prawie wiedzą i po prostu udają (przy dzeiciach), że jest inaczej. Zatem Lech Kaczyński ogłosił Wspólnocie, że Święty Mikołaj nie istnieje. Oczywiście, problemem jest to, że Rosjanie nie przestrzegają zawieranych porozumień. Unia Europejska nie ma jednak instrumentów skutecznego wpływania na Moskwę, ale co gorsze, za prezydencji Francji, nie chce takowych wypracować. Wszyscy wiedzą, że Rosjanie się nie wycofali (Osetyjczycy też działają na rozkaz Moskwy, nie są niezależni), są zdjęcia, satelity, raporty wywiadowcze, raporty obserwatorów międzynarodowych, ale nikt z tym nic nie robi. Takie zachowanie Henry Kissinger przypisywał polityce zagranicznej Józefa Stalina tuż po II wojnie światwoej. Honorowal on tylko te porozumienia z Zachodem, które alianci byli w stanie od niego wyegzekwować. Obecnie nic się nie zmieniło.

Nawet Rosjanie podkreślali już wcześniej, że nie wycofali się z rejonu Achałgori, co jest oczywiście złamaniem sześciopunktowego porozumienia. Rosjanie i Osetyjczycy uznają ten region za integralny z Osetią Południową. Po co jednak jechał tam Lech Kaczyński? Saakaszwili musiał wiedzieć, że posterunek nie przepuści konwoju. Prezydent Gruzji wiedział co robi, gdy nakazał jechać w kierunku Achałgori. Czy naprawdę tezy o możliwej gruzińskiej prowokacji są takie nieprawdopodobne? Faktem jest, że wg porozumienia Rosjan ani Osetyjczyków nie powinno tam być, ale przecież prezydent wiedział, że oni tam są! Nie wyobrażam sobie, aby orszak spokojnie przejechał sobie przez posterunek. Przed sierpniową wojną ten teren kontrolowali Gruzini. Zawsze w takim przypadku warto zerknąć na mapkę, która pokazuje, jak obecnie przebiega granica.

Źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl

Wniosek jest prosty. Prezydent Gruzji wiedział, gdzie jedzie i kto tam stacjonuje. Mogę się z kimś nawet założyć, że zdawał sobie sprawę z tego, jakimi siłami i bronią dysponuje posterunek, jak wyglądają zmiany itd. – przecież dysponuje słuzbami wywiadowczymi. 

Jak do tej pory wszystko udaje się ułożyć w logicznym ciągu. Jest region, który kiedyś kontrolowała Gruzja, potem przejęli Osetyjczycy, a potem mieli znowu przejąć Gruzini, ale tak się nie stało, bo nie doszło do wycofania sił osetyjskich/rosyjskich z tamtego miejsca. Prezydent Saakaszwili wiedział o tym, bo po pierwsze – Rosjanie i Osetyjczycy o tym oficjalnie informowali (złamanie porozumienia), po drugie, sam nawoływał do opuszczenia tychże sił, a po trzecie, ma własne służby wywiadowcze. Jeżeli więc sądził, że przejedzie przez „granicę”, to musiałby być większym wariatem, jak wtedy, gdy swoją nierozwagą doprowadził do wojny (i ostatecznej straty Osetii Południowej i Abchazji).

Jesteśmy już na przejściu. Zachowanie żołnierzy na posterunku nikogo nie może zaskoczyć, bo postąpili wg standardowej procedury. Teraz zaczyna się rewelacja.

Po pierwsze, jak prezydent mógł słyszeć, że to Rosjanie? Poznał po akcencie? Przecież po rosyjsku mogło krzyczeć tam sto osób. Dziennikarze tvn24 pisali o tym, że np. w ich autobusie krzyczano po rosyjsku. Osetyjczycy też mogliby krzyczeć po rosyjsku. Oczywiście, mogli też to być Rosjanie. Prywatnie obstawiam Osetyjczyków, bo to ich punkt graniczny oraz ich służby przyznały się do zawrócenia konwoju. Myślę, że gdyby zrobiły to wojska rosyjskie, to Kreml nie miałby powodu do dementowania. Poszlaka, że prezydent „coś usłyszał” jest niestety niewystarczająca. 

Po drugie, jaki ostrzał? Gdyby ostrzelano kolumnę z broni maszynowej, to przynajmniej samochody byłyby uszkodone. Na bank oddano serie w powietrze, bo nawet ja – nigdy nie trzymający broni w ręce – w czasie trzech serii narobiłbym więcej szkód. Kwestią do rozstrzygnięcia jest jedynie, czy były to strzały ostrzegawcze, czy gruzińska prowokacja?

Po trzecie, jakim prawem prezydenci jadą w jednym autem, a potem w czasie ich przechadzki dochodzi do strzałów? Czy to nie jest paranoja? Trzeba przyznać, że nasz prezydent był zadowolony, gdy Saakaszwili klepał go po plecach i dodawał, że mamy odważnego prezydenta, ale gdyby ktokowliek chciał zabić naszego  prezydenta, zrobiłby to bez problemu.

Po czwarte. Prezydent Gruzji unika podawania konkretów. Nie odtwarza się dokładnie przebiegu zajść. Gruzini są z natury bardzo przebiegli. Być może wcale nie kłamią rosyjskie służby, które twierdzą, że była to prowokacja, ale nieudana? To wszystko nie jest logiczne. Dlaczego nagle zmienia się plan wizyty? Czy doszło do jakichś niezwykłch okoliczności, które determinowałyby taką zmianę? Nie przypuszczam, a w dodatku narażony został prezydent RP. To wszystko wygląda podejrzanie z daleka, a niekonwencjonalne metody działania Saakaszwilego mnie nie dziwią. 

Po piąte – i najważniejsze – dlaczego jechano do obozu na około?!

Wieki Głód – zapomniane oblicze totalitaryzmu

Historia Komentarze (0) » dodajdo

Około 3,5 miliona ofiar. Oto bilans rządów Józefa Stalina na samej tylko Ukrainie w latach 1932-1933. W międzyczasie w zachodniej prasie pojawiały się informację, iż Związek Radziecki, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Europy, jest państwem mlekiem i miodem płynącym. Fakt, Wielki Kryzys w ZSRR przybrał łagodniejszą formę (gospodarka centralnie zarządzana). Od 1929 roku realizowano tam kolektywizację. Cena zabierania rolnikom ziemi i jednocześnie uprzemysłowienia państwa była jednak ze społecznego punktu widzenia niezwykle wysoka. Ludzie ginęli masowo, a zachodni obserwatorzy nie mogli wyjść z podziwu, jak to możliwe, że komuniści rozwijają się tak szybko. Słońce Narodów – geniusz ekonomiczny. Poświęcił setki tysięcy ludzi, ale pięciolatka została wykonana.

Jeżeli Wielki Głód nie był ludobójstwem, to jak należy go zdefiniować? „Przypadkowa śmierć 3,5 miliona ludzi z głodu, będąca wynikiem omyłkowego pozbawienia ich przez władze żywności na drodze konfiskaty”? Nie ma żadnych wątpliwości. Wielki Głód był ludobójstwem na niewyobrażalną skalę. Wybór był naprawdę dramatyczny. Można było zginąć z głodu albo zostać zastrzelonym próbując zdobyć lub ukrywając żywnośc. Z głodu ludzie zjadali wszystko co się da, kanibalizm nie był żadną sensacją. Wsie były otoczone przez wojska radzieckie, które pilnowały, by wszystko odbywało się zgodnie z planem kierownictwa radzieckiego, często zbuntowane wioski trzeba było pacyfikować. Dyktatura proletariatu…

Samo zjawisko niedoboru żywności występowało wtedy w Związku Radzieckim, to fakt. Na Ukrainie jednak kierownictwo radzieckie celowo doprowadziło do eksterminacji kilku milionów ludzi. Państwo zabierało ludziom wszystko, co wyprodukowali. Wielki Głód można też śmiało nazwać prawdziwą twarzą systemu radzieckiego i podsumowaniem kolektywizacji. Przecież ziemie zabierano nie tylko na Ukrainie, wszędzie co bardziej przedsiębiorczych rolników (zwanych kułakami) zabijano. W latach 1929-1933/1934 rozprawiono się ostatecznie z elementami Nowej Polityki Ekonomicznej (NEP), która dopuszczała drobną inicjatywę prywatną.

Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich swoją potęgę zbudował na śmierci milionów ludzi, dlatego nie potrafię słuchać entuzjastów tego typu gospodarki. Rosyjskie twierdzenie, że Wielki Głód jest kwestią przypadku, jest równie prawdopodobne, jak przypadkowe lądowanie Amerykanów na Księżycu. Dzisiejsze obchody rocznicy na Ukrainie zostałby zbojkotowane przez przywódców rosyjskich. Nic dziwnego, dla Kremla fakty, a linia propagandowa, nie mogą się ze sobą zgadzać. W kontekście lat 30-stych Ukraińcy mogliby docenić, że w Polsce szanowano ich trochę bardziej. Nie oznacza to, że w II RP żyli na właściwych warunkach, ale nikt im jedzenia nie konfiskował. Prawdziwym wrogiem Ukraińców nigdy nie byli Polacy, ale jako, iż nasz system polityczny był mniej represyjny od radzieckiego (trudno sobie wyobrazić bardziej, ale to inna sprawa), dlatego to nam OUN zabił Ministra Spraw Wewnętrznych. Wspominam o tym dlatego, że Polacy – majacy przecież wywiad – informowali świat o Wielkim Głodzie na Ukrainie, ale zwyczajowo nikt nam nie wierzył.

Nie można zapominać o zbrodniach przeciwko ludzkości, a taką było ludobójstwo na Ukrainie. Przeglądając podręczniki do historii, ciągle mam wrażenie, że temat ten nie jest dostatecznie wyczerpany. Historia jest nauczycielką życia i przekazów na temat ZSRR przed II wojną światową nie wolno spłycać do Wielkiego Terroru. Pamiętajmy dziś o Ukraińcach i niezbywalnego prawda do godności każdego człowieka.

Mój dzisiejszy komentarz celowo pozbawiony jest historycznych szczegółów.

Więcej na tematy historyczne:

- Bezpardonowy atak Rosjan na historię

- Czy Polacy są odpowiedzialni za holocaust?

O rosyjskim blefie

Bieżące wydarzenia Komentarze (1) » dodajdo

Jeżeli kogoś zdziwiło, iż tuż po wyborach w Stanach Zjednoczonych Dmitrij Medwiediew, prezydent Federacji Rosyjskiej ogłosił, iż w przypadku powstania tarczy antytakietowej zainstaluje w obwodzie kaliningradzkim rakiety Iskander, to pora rozwiać tę iluzję. To był bardzo przemyślany ruch. Rosjanie podbijają stawkę, ale taka deklaracja jest dla Obamy bardzo korzystna, bo otrzymuje tym samym większą elastyczność w/s tarczy antyrakietowej. Zawsze będzie mógł dojść do porozumienia z prezydentem Medwiediewem czy premierem Putinem. Szczególnie, że opinia jego demokratycznych doradców może różnić się od poglądów republikańskich. W najbardziej niekorzystnej sytuacji znajdują się Polacy, bo stajemy się legendarnym przedmiotem polityki zagranicznej. Nowy prezydent będzie mógł świetnie wykorzystywać fakt, iż nie jest G.W. Bushem.

Spójrzmy na to od strony amerykańskiej. Demokraci celowo unikają jasnego określenia swojego stanowiska w/s tarczy antyrakietowej już teraz. Pozwala im to na rozdawanie kart Polakom i Rosjanom. Tak naprawdę w ich interesie jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy (wszystko zgodnie z umową), ale zawsze warto się z ruskimi potargować. Może zaproponują coś ciekawego np. w kwestii Azerbejdżanu albo Iranu? Ekipa Baracka Obamy celowo wypuszcza sygnały sondujące. W najgorszym wypadku mogą powiedzieć Polakom, że „everything is ok”, ale musimy troszkę renegocjować kwestię tarczy. Tego polski rząd (i prezydent) boją się najbardziej. Stąd nieporozumienie na linii prezydent-elekt-Kancelaria Prezydencka RP.. Panika mogłaby pokazać naszą niestabilność. W razie czego jestem pewien, że bez bazy amerykańskiej w Polsce da się wytrzymać. Trzymajmy się obecnego kursu.

Z kolei Rosjanie i tak planowali zainstalowanie Iskanderów. Nie oszukujmy się, w razie wojny pierwsza fala uderzeniowa pójdzie właśnie na Polskę. Jesteśmy w powietrzu bez żadnych szans, nawet z naszymi „Jastrzębiami”. O ile Amerykanie są zabezpieczni na wypadek ataku rakietowego, o tyle Polacy są na pierwszej linii lotu tychże (i bombowców). Baza antyrakietowa jest pierwszą instalacją, którą będą chcieli zniszczyć Rosjanie. Żadne Patrioty nie będą w stanie zapewnić jej (ani Warszawie) stuprocentowej ochrony na wypadek zmasowanego ataku rakietowego. Tarcza daje Amerykanom niezbędne kilkanaście/kilkadziesiąt minut w przypadku konflitu. Wracając jednak do naszych moskiewskich przyjaciół, wymowa tych rakiet byłaby bardziej propagandowa niż faktyczna. Putin z Medwiediewem muszą zareagować na tarczę, ale nie potrafią zatrzymać tego projektu za pomocą politycznych roszad Chcą więc postraszyć Iskanderami. Pytanie, czy Obama się na to nabierze? Rosjanie mają nadzieje na nowe rozdanie, a Amerykanie mogą kokieteryjnie dowiedzieć się, co w zamian zaoferuje Wladimir Putin? Generalnie trzeba jednak pamiętać, że tarczy antyrakietowa jest przede wszystkim w interesie amerykańskim. Obama rezygnując z niej, pozbawiłby siebie niezwykle silnego (i drogiego) argumentu. W XXI wieku byłoby to bardzo nierozsądne. Na pewno oszczędności można poszukać w innym miejscu.

Rosjanie, po konflikcie kaukaskim, są odbierani dużo bardziej poważnie. Faktycznie zaś w kwestii tarczy są bezradni. Dzałanie Moskwy wobec Tblisi pokazało, że z Rosją trzeba umieć postępować. Saakaszwili przesadził, ale projekt tarczy jest amerykański co daje mu olbrzymi parasol bezpieczeństwa. Dalszym zadaniem Polaków i Amerykanów powinna być walka o prozachodnią Ukrainę. Sprawę Krymu Moskwa rozgrywa bardzo sprytnie. Śmiałości dodaje Putinowi świadomość, że już w Abchazji i Osetii Południowej Zachód pokazał, że nie potrafi pomóc swoim sojusznikom. Różnica polega na tym, że Krym może być projektem typowo rosyjskim, a Abchazja i Osetia Płd. są wynikiem bardzo złych i nieprzemyślanych decyzji Saakaszwilego, gdy dał się podpuścić jak małe dziecko.

A Iskanderów się nie bójmy. Na pewno ładnie wyglądają. 

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.
RSS wpisów RSS komentarzy Zaloguj się