Dryfowanie Traktatu Lizbońskiego

Bieżące wydarzenia, Warto przeczytać Komentarze (1) » dodajdo

Warszawa, kwiecień 2008 r., Liceum Ogólnokształcące, pewien proeuropejski, znany, dobrze wykształcony poseł głosujący za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego rozmawia z młodzieżą. Nagle, z tyłu sali, odzywa się znudzony chłopak i pyta, czy parlamentarzysta czytał Traktat Reformujący? Reprezentant narodu odpowiada, że nie czytał, ale konsultował się ze znanymi profesorami i oni stwierdzili, że jest to korzystne dla Polski. Pechowo młodzieniec znał się jednak na temacie i spytał, które konkretnie zapisy są szczególnie istotne dla nas – likwidacja filarów, rozwój Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa etc? Strzał w dziesiątkę. Poseł zaczął tłumaczyć, iż bardzo ważnym osiągnięciem jest układ z Schengen i niezwykle korzystny system głosowania w Radzie Unii Europejskiej. Poleciała kula w płot. Uśmiechnięty już wtedy blondyn zdziwił się, że układ z Schengen ma coś wspólnego z Traktatem Lizbońskim, bowiem jego zdaniem one funkcjonują od siebie niezależnie. Zapytał również, na czym polega korzyść z tego systemu głosowania w RUE , skoro w 2017 roku zmieni się na system – arytmetycznie patrząc – dużo dla Polski gorszy? Poseł wtedy spanikował, zamiast powiedzieć, iż to nie jest istotne, bo prawie wszystkie decyzje podejmowane są w RUE drogą consensusu, powołał się na „mechanizm blokujący z Joaniny”. Młodzieniec powiedział, że to mydlenie ludziom oczu, gdyż kompromis joaniński nie był nigdy stosowany i że to sztuczny hamulec. Dyskusja stawała się coraz ciekawsza, ponieważ uczeń zaczął się zastanawiać, czy czasem nie jest nam w Polsce potrzebna debata o Traktacie Lizbońskim? Czy Unia jest dla obywateli, czy też obywatele dla Unii? Przecież nawet siedząca tu młodzież, nie całkiem dobrze orientuje się w sprawach związanych z Unią Europejską i nie wie o czym mówi Traktat Lizboński, liczyli na wyjaśnienie treści dokumentu i konstruktywną dyskusję. Uczen wyraził także zdziwienie, iż omija się społeczeństwo w głosowaniu, bo zarówno Francuzi, jak i Holendrzy opowiedzieli się „przeciwko” ratyfikacji, a w samej Francji specjalnie zmienia się prawo, by uniknąć ponownego rozstrzygnięcia na tej drodze. Poseł na to odparł, że głosował za Traktatem Reformującym, a nie Konstytucją dla Europy. Młody człowiek powiedział, iż jego skromnym zdaniem oba dokumenty różnią się właściwie tylko nazwą, albowiem prezentują podobną wizję Europy i naprawdę byłby wdzięczny, gdyby poseł wskazał mu pomiędzy nimi fundamentalne rozbieżności. Nie zrobił tego. W ten sposób rozmowa trwała 15 minut. Konwersacja miała jedną zasadniczą zaletę: pokazała, że w gruncie rzeczy tłumaczenie o mandacie społecznym, który można wykorzystać do ratyfikacji, jest fałszywe, ponieważ jakaś część posłów po prostu głosuje bezmyślnie i nie ma odpowiednich kwalifikacji. Czy ktoś, kto o danym zagadnieniu ma wiedzę mniejszą, niż obeznany w temacie licealista, powinien decydować o ratyfikacji tak ważnego dokumentu?

Problemem nie jest teraz kategoryczne stwierdzenie, czy Traktat Lizboński jest korzystny, czy też nie. Można o tym śmiało pisać, powoływać się na sporą liczbę publikacji naukowych, przekonywać o potrzebie rozwoju Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń na Kaukazie, gdzie Unia Europejska wykazała się polityczną indolencją, z drugiej strony jednak itd. itp. Czy tak wygląda dyskusja w polskich mediach? Czy temat Traktatu Lizbońskiego trafia do przeciętnego obywatela? Raczej nie. Traktat jest albo czarny albo biały, bo tak przedstawiają go media i politycy, a sam sposób informowania jest niezwykle infantylny. W efekcie Traktat ludziom, tym zainteresowanym polityką (jak wspomnianemu wyżej posłowi), kojarzy się z hasłami w stylu „Joanina”, „podwójna większość”, „reforma instytucjonalna”, a tym, żyjącym swoimi sprawami, – a to będzie większość społeczeństwa – z niczym. Przypadek tych pierwszych można porównać do wtórnego analfabetyzmu, bo co z tego, że ktoś wie, co to „Joanina”, jak nie rozumie, z czego ona wynika i jak funkcjonuje w praktyce np. że nie blokuje, a jedynie przekłada termin decyzji? Debata jest szczególnie potrzebna tej części społeczeństwa, która o Unii Europejskiej nie ma zielonego pojęcia. Warto, by obywatele wiedzieli, w jakiej żyją rzeczywistości i jakie mają prawa. Czy chcą iść w stronę federalizmu czy Europy narodów? Czy jeszcze kogoś dziwi, że ludzie nie są zainteresowani zmianami, jakie przynosi Traktat? Przecież to jest z ich punktu widzenia nudne, a media często spłycają przekaz. To nie jest tak, że w Polsce nikt nie wie co to jest Traktat Lizboński, ale na pewno wiedza, choćby minimalna, na temat tego dokumentu, nie należy do powszechnej. Co ciekawe, ten problem występuje w całej Europie. Trudno sobie wyobrazić, by polski rząd wprowadził nas do NATO w momencie, w którym 90% społeczeństwa kompletnie nie wiedziałoby, co to jest Sojusz Północnoatlantycki, a w gruncie rzeczy to byłby powszechny problem z dostrzeżeniem różnicy między nim, a założeniami niedawno rozwiązanego Układu Warszawskiego Mowa więc tutaj o sprawach fundamentalnych. W przypadku Traktatu Lizbońskiego – obywatel ma prawo do wiedzy i obowiązkiem polityków jest uczciwe przedstawienie głównych założeń projektu.

Irlandzkie veto pokazało, iż problem jest dużo głębszy. Narzucane jest nam rozumowanie według którego jedna, mała Zielona Wyspa nie chce Traktatu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę jeszcze to, że 3 lata temu Francuzi i Holendrzy odrzucili eurokonstytucję, to okaże się, że społeczeństwa dają wyraźny sygnał, iż dokument w tym kształcie im nie pasuje lub że wiedza na jego temat jest na razie zbyt mała. Trzy veta (dwa dla eurokonstytucji i jedno dla Traktatu Reformującego) to nie jest przypadek. Referendum opiera się na najprostszej na świecie zasadzie – aby doszło do ratyfikacji, musi przyjść więcej zwolenników, niż przeciwników, a to oznacza, że ludzie muszą wiedzieć „za” czym głosują. Po takiej kampanii są dużo bardziej świadomi tego, co się wokół dzieje, aniżeli po obejrzeniu serwisu informacyjnego, gdzie dowiedzieliby się, iż parlament ratyfikował Traktat Lizboński większością głosów x do y.. Dlaczego więc establishment nie chce referendów? Jest kilka powodów. Przeprowadzenie eurotraktatu przez parlament jest dużo łatwiejsze, stabilniejsze i pewniejsze, dodatkowo w części państw (np. Polsce) takie głosowanie przez społeczeństwo nie byłoby na rękę rządzącym ze względu na politykę krajową. Irlandia była tak naprawdę jedynym miejscem, gdzie mogło coś pójść nie po myśli entuzjastów traktatu. Francuzi jak ognia bali się głosowania, nawet specjalnie zmieniali w tym celu prawo. Tutaj warto sobie uświadomić – właśnie w tym punkcie przekroczony został Rubikon. Władze negocjują traktat, który z założenia jest „dla” społeczeństwa, a potem robią wszystko, by to społeczeństwo się nie mogło wypowiedzieć? W całej Europie rządzący nie chcą organizować referendów, bo mogą je przegrać. To logiczne, ale przecież ci politycy mają służyć społeczeństwu, a nie traktować je na zasadzie przeszkody, którą europejski koń musi przeskoczyć. Wybiera ono rządzących w swoim kraju i europarlament, pośrednio decydując też o składzie Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Rady Unii Europejskiej etc. Sytuacja, w której próbuje się odciąć społeczeństwo od głosu, jest patologiczna i sprzeczna z założeniami samej Unii Europejskiej. Jest to też dowód tchórzostwa, gdyż sprawni politycy nie baliby się konfrontacji na polu krajowym. Skoro więc członkowie parlamentów nie wiedzą często sami, o co chodzi w tym Traktacie, społeczeństwa też nie wiedzą albo głosują przeciwko, a rządzący unikają ogólnospołecznej debaty na ten temat, to trudno zatem uznać dalsze próby ratyfikacji za uczciwe. Nie zmienia się bowiem zasad gry w czasie jej trwania. Nowy traktat musi mieć legitymizację społeczną.

Na pewno jednak brukselscy prawnicy znajdą wyjście i z tej sytuacji. Już teraz pojawiają się pomysły, by referendum zorganizować jeszcze raz. Ciekawe, czy jeśli Irlandczycy znowu odrzucą Traktat Lizboński, to Nicolas Sarkozy zaproponuje im ponowne głosowanie? Łatwo zauważyć, iż myślenie zakładające głosowanie aż to skutku naraża Europę na śmieszność. Powoduje też coś dużo gorszego. Pokazałoby to, że w dzisiejszych czasach można skutecznie ominąć społeczeństwo obywatelskie. Europejskie standardy nie mogą dopuścić do takiej sytuacji i jednocześnie można uznać to za świetny test dla europejskich przywódców.

Wielokrotnie można spotkać się z argumentem, że Polska powinna pokornie słuchać się UE w kwestii Traktatu Lizbońskiego, bo niedawno weszliśmy do organizacji, korzystamy z dotacji, a nasi rodacy wyjeżdżają za granicę pracować i uczyć się. Rzeczywiście, członkostwo we wspólnocie ma wiele zalet, ale Europa na akcesji Polski zyskała jeszcze bardziej. Nowy, olbrzymi rynek zbytu, poszerzenie wpływów politycznych i gospodarczych na wschód, polski pracownik. To stan symbiozy – wcale nie jesteśmy ubogimi krewnymi z prowincji. Kraje UE dusiły się przed akcesją 10-ciu nowych państw w 2004 r., teraz pomagają nam, ale my im również. W związku z tym Polacy, jako społeczeństwo, też mają prawo do wypowiadania się w kwestii przyszłości Unii. Powyższe fakty doskonale rozumieją Irlandczycy, którzy wyzbyli się wszelkich kompleksów względem innych narodów. Nie mamy się czego wstydzić. W sprawie przyszłości Europy możemy sobie zaufać.

Istnieje jeden, największy problem z Traktatem Lizbońskim. Rządy robią wszystko, by przeprowadzić ratyfikację do końca, na zasadzie bagażu w samochodzie, najlepiej upchnąć kolanem. Może lepiej zastanowić się, co jest w nim nie tak, poprawić to, a potem wytłumaczyć społeczeństwu, na czym polegają zmiany i czemu są one konieczne. Nie ulega wątpliwości, że Unia Europejska potrzebuje zmian. Szczególnie na obszarze II filaru. Można jednak dojść do jakiejś formy na drodze ewolucji, a nie rewolucji. Szybkie operacje na dużym organizmie nie zawsze kończą się sukcesem. Może czas na udane, chirurgiczne cięcia, bo przecież traktaty można modyfikować. Jeżeli uda się uratować eurotraktat, to będzie to sztuka dla sztuki. Trudno oczekiwać, by Traktat Reformujący rozwiązał wszystkie problemy i zrobił z Unii Europejskiej prawdziwe supermocarstwo. Warto opowiedzieć się za ogólnoeuropejską debatą publiczną i uczciwym, sprawiedliwym, uwzględniającym istnienie społeczeństwa obywatelskiego, sposobem ratyfikacji.

Możliwy powrót Imperium – pierwsze symptomy

Bieżące wydarzenia, Konflikt gruzińsko-rosyjski Komentarze (0) » dodajdo
"Jeśli NATO przyjmie dla Gruzji plan na rzecz członkostwa (tzw. MAP), Rosja zerwie wszelką współpracę i kontakty z sojuszem" – oświadczył stały przedstawiciel Rosji przy Pakcie Północnoatlantyckim Dmitrij Rogozin w wywiadzie dla francuskiego "Le Monde". Samego Rogozina trudno traktować poważnie. To typ nacjonalisty i radykała. Przy okazji tarczy antyrakietowej był uprzejmy przypomnieć Polsce, jaki był jej los, gdy stała na linii konfrontacji w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Rogozin w kwestii tarczy mógł wypowiadać jedynie własne zdanie, Siergiej Ławrow – jak na Ministra Spraw Zagranicznych przystało – był delikatniejszy. Rogozin trafił na czołówki gazet, nie dzięki swojej pozycji, a retoryce. Co z tego, że sobie pogadał, skoro liczą się czyny, a nie słowa?

Tym razem może być inaczej. Po pierwsze – to nie był luźny wywiad dla zachodnich gazet, a oficjalne stanowisko. Jest to sygnał dla Europy od rządzącego estabilishmentu – MAP dla Gruzji = zerwanie stosunków NATO-Rosja. Dmitrij Rogozin jest stałym przedstawicielem Rosji przy Sojuszu Północnoatlantyckim, dlatego tym razem należy potraktować poważnie jego zapowiedzi, a jedoncześnie przyznać Gruzji MAP. Sojusz musi pokazać, że jest zdolny do czegoś więcej, niż politycznych deklaracji. Rosjanie – w swoim mniemaniu – wracają do gry. Jeżeli okaże się, że odwaga jest dobrem niedostępnym dla zachodnich przywódców, to znajdziemy się w nieprzyjemnej sytuacji, gdy Rosja może nakazywać nam, co mamy robić. Nawet jeśli Rosjanie zerwą stosunki z NATO, to nic to praktycznie nie zmieni. To mała konsekwencja. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to sonda, mająca sprawdzić, na ile Sojusz Północnoatlantycki jest skonsolidowany. Rosjanie mówią: "sprawdzam". Taka prowokacja w radzieckim stylu. Nawet jeśli Gruzja dostanie MAP, to Rosjanie mają już przygotowane następne ruchy. NATO, jeśli nie chce zupełnie stracić twarzy, musi MAP przyznać, chociaż szczerze wątpię, by Gruzja spełniała wojskowe kryteria.

O ile Rosjanie wkalkuliwali już sobie, że za cenę uzyskania Osetii Południowej i Abchazji, mogą przyspieszyć proces integracji Gruzji z NATO (dlatego m.in.niszczą infrastrukturę wojskową), o tyle z Ukrainą nie jest to takie przesądzone. Czy to przypadek, że teraz doszło do rozłamu w obozie "Pomarańczowych"? Gruzińskie społeczeństwo jest nastawione obecnie antyrosyjsko, ukraińskie – nie. Tam nadal istenieje Partia Regionów, a po ostatnich wydarzeniach wzrastają szanse Janukowycza w wyborach prezydenckich. Rosja ma realne instrumenty oddziaływania na Kijów. Zresztą – obecna sytuacja jest ewidentnym ukaraniem Wiktora Juszczenki za jego progruzińską postawę. To przecież Tymoszenko oskarżała go wcześniej o dążenie do porozumienia z Partią Regionów, „co byłoby przekreśleniem dziedzictwa pomarańczowej rewolucji”. Jak się okazało – Moskwa (i Janukowycz) świetnie rozgrywają różnice interesów między prezydentem, a panią premier. Wszystko idzie, jak po sznurku, co widać po oświadczeniach europejskich państw. Mówią one, że Ukraina nie zostanie przyjęta do NATO (ani nie dostanie MAPu), dopóki sytuacja polityczna będzie tam niestabilna. Bez porozumienia w obozie pomarańczowych – będzie to raczej niemożliwe, bo trudno przypuszczać, by krok w kierunku Europy zrobił przywódca opozycji – Wiktor Janukowycz. Architektem kryzysu jest Julia Tymoszenko, która w ten sposób chce ogranicza znaczenie Juszczenki. W tej grze interesów wszystko idzie po myśli Moskwy. Tymoszenko popełnia błąd, bo wkrótce uświadomi sobie, że stanowisko prezydenta, który ma ograniczone kompetencje, nie jest już takie kuszące, jak wcześniej.

Unia Europejska zamierza wysłać do Gruzji siły policyjne. Pokazuje to, jak bardzo Gruzja nie poradziła sobie w tym konflikcie. Wprowadzenie tych formacji nie poprawi położenia politycznego Tblisi, a jedynie usankcjonuje zmiany i ograniczy możliwości rosyjskie. Wysłanie ich w momencie, w którym mają się wycofać wojska rosyjskie, jest reakcją zachowaczą. Pozwala Unii wyjść z całego konfliktu z twarzą. Teraz należy tylko oczekiwać na to, jak Bruksela sypnie euro na odbudowę. O tym, że na terytorium tzw. Gruzji właściwej można umieścić siły międzynarodowe, a na terytorium Abchazji i Osetii Południowej nie, pisałem już wcześniej. Nie należy jednak tego oceniać w kategorii sukcesu, a bardziej na zasadzie standardowej procedury, która spowoduje, iż Gruzja "więcej już nie straci". Amerykanie obiecali miliard dolarów, jednak w czasie konfiltku ukazana została ich kompletna bezradność. To kolejny argument pokazujący, że z Rosją należy się liczyć.

W samej Gruzji w końcu ujawniają się róznice poglądów. Uważana za kandydata na przyszłego prezydenta, Nina Burdżandze, twierdzi, iż ostrzegała Saakaszwilego przed konfrontacją z Moskwą. Wbrew pozorom, pojawienie się różnic poglądów, dowodzi tego, że sytuacja się uspokaja. Teraz należy zadać sobie jedno pytanie – czy dojdzie do usunięcia Saakaszwilego? Na razie ma poparcie Amerykanów, o czym zapewniał go wiceprezydent Cheney.

Dick Cheney odwiedził również Azerbejdżan. Jak się okazało, tamtejszy dyktator ostudził swój optymizm odnośnie projektu Nabucco. Lekcja gruzińska jest bardzo droga. Ilham Allijew nie chce wchodzić w konflikt z Moskwą. Nie przekonały go nawet zapewnienie wiceprezydenta o bezwzględnym poparciu. Waszyngton traci wiarygodność – to też jest efekt wojny gruzińsko-rosyjskiej. Allijew mięknie za to w stosunku do Moskwy. Znacznie bardziej eksploatowany będzie rurociąg Baku-Noworosyjsk. Rosja może też znacząco wpływać na destabilizację w regionie za pomocą Górskiego Karabachu. Allijew zrozumiał, że jego sytuacja pogorszyła się. Cheney poniósł bardzo prestiżową kleskę. Kolejny nieprzyjemny symptom.

Na Federację Rosyjską jest sposób. Ma jeden, niebywale czuły punkt, gospodarkę. Jeśli Europa i Stany Zjednczone spowodują, że potencjalny konflikt skończy się dla Rosjan potężnym kryzysem gospodarczym, Moskwa nie zaryzykuje. Pozoronie mała, jak na skalę Federacji, wojna potężnie uderzyła w moskiewską giełdę. Pieniądz rządzi światem i czasami można to wykorzystać w dobrą stronę. Szkoda, że wszyscy – prócz siły zwanej wolnym rynkiem – o tym zapomnieli. Jeżeli ktoś chce nie dopuścić do ZSRR-bis, to musi działać w tym stylu.

Rosja-Gruzja, a na drugim planie Izrael

Bieżące wydarzenia, Konflikt gruzińsko-rosyjski Komentarze (0) » dodajdo

Gruzja przegrała wojnę z Rosją. Teraz NATO i Unia Europejska muszą skupić się na tym, jak wesprzeć politycznie i gospodarczo Gruzję.  Jest bardzo prawdopodobne, że popłynie strumień amerykańskich dolarów i europejskich euro. Lepiej późno, niż wcale. Okazuje się jednak, że swoje interesy na Kaukazie ma też Izrael. Szachowanie Iranu z baz gruzińskich – świetny pomysł.

Co prawda nie spełniły się oczekiwania (i przewidywania) niektórych bloggerów o tym, że pomoc izraelska okaże się bardzo istotna w kontekście wojny z Rosją, ale pokazuje to, jak bliski politycznie jest trójkąt Tblisi-Tel Aviw-Waszyngton. Amerykańska bezsilność w kontekście konfliktu kompromituje supermocarstwo. Rosja osiągnęła wszystkie założone wcześniej cele.

Koncepcja szachowania Iranu od strony Gruzji jest bardzo dobrze pomyślana. Drugi potencjalny kierunek ataku oznaczałby trudniejszą obronę (i krótszy dystans dla myśliwców). Izrael daje w zamian Gruzji coś bezcennego – know-how, przy czym najważniejsze tajemnice i tak zachowuje dla siebie. W ten sposób może okazać się, że wojnę gruzińsko-rosyjską wygra … Izrael, który zyska ważny argument nacisku na Iran.

Pytanie, czy Iran się wystraszy. Na pewno, gdyby rzeczywiście doszło do takiej umowy i zostałaby ona zrealizowana, Teheran nie mógłby przejść obok tego obojętnie. Ajatollahowie straciliby inicjatywę i komfort psychiczny. Trzeba jednak powiedzieć, że tak szybkie ujawnienie tego typu spekulacji, nie sprzyja realizacji umowy. Możliwe więc że taka możliwość została właśnie "spalona". Samo ujawnienie sprawy obrazuje, jak poważnie Izrael traktuje Iran. Persowie z kolei muszą bardzo poważnie potraktować to ostrzeżenie.

Rosja reaguje dziwnie spokojnie. "Przypadkiem" Asad, prezydent Syrii, zaproponował zainstalowanie systemu rakietowego u siebie, a Moskwa zaczęła przebąkiwać coś o bazie morskiej, ale na razie brakuje konkretów. Trzeba jednak powiedzieć, że Rosja środki naciski na Tel Aviw ma i ich nie wykorzystuje. Oznacza to, że stosunki polityczne na linii Moskwa-Teheran są mniej ścisłe niż stosuniki gospodarcze, a parze Putin-Medwiediew nie zależy na straszeniu Izraela. Rosja jest sojusznikiem Iranu, ale będzie go bronić tylko wtedy, gdy będzie to w ścisłym interesie rosyjskim. Zastraszony Iran jest też wygodniejszym partnerem dla Moskwy, bo zamówi więcej sprzętu i będzie pokorniejszy.

Iran na razie postępuje przewidywalnie. Według tego samego scenariusza, rozmowy – zaostrzenie – groźby – rozmowy etc… Czas pracuje na jego korzyść. Życiowym celem ajatollahów wcale nie jest wystrzelenie rakiet w Izrael – one i tak prawie na pewno zostałyby strącone. Na całej sprawie, jak dotąd, wygrywali propagandowo. Za potencjalne lotniska w Gruzji punkt psychologiczny dla Izraela. Iran teraz musi zademonstrować, że się nie boi.

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski.