Patryk Gorgol

Falstart #dobrejzmiany w polityce zagranicznej

No Comments

Falstart.

Tak jednym słowem można opisać pierwsze efekty polityki zagranicznej po zmianie władzy w Polsce. Do tej pory nie komentowałem, gdyż uznałem, iż warto odczekać parę miesięcy, by ocenić to na spokojnie i nie wyciągać zbyt daleko idących wniosków już na samym początku.

KONTYNUACJA CZY ZMIANA?
Każde państwo kieruje się swoimi interesami lub, precyzyjniej pisząc, interesami uznawanymi przez aktualnie rządzących w swoim kraju, a więc mówimy tutaj o czymś relatywnym. Z tego względu inną koncepcję realizacji swoich interesów poprzez politykę zagraniczną będą mieli Amerykanie (przykład: republikański bomb Iran vs. demokratyczne irańskie “Change”), inną Niemcy, inną Koreańczycy z Północy, inną Węgrzy, Brytyjczycy a jeszcze inną Rosjanie.  Polska, w sferze deklaracji, miała doprowadzić do zmiany polityki zagranicznej. Spin ekipy rządzącej  brzmi mniej więcej tak: zamiana “polityki na kolanach” na “suwerenną politykę zagraniczną”..

Pewne fundamenty, niezależnie od tego, czy w Polsce premierem będzie Ewa Kopacz, Beata Szydło, Leszek Miller, Donald Tusk czy Adrian Zandberg, pozostaną takie same. Polska potrzebuje silnej pozycji w NATO, bo na dzień dzisiejszy nie jesteśmy się w stanie obronić sami i w Unii Europejskiej, bo w istotny sposób stymuluje ona nasz rozwój i jest pewnego rodzaju klubem cywilizacyjnym, w którym warto uczestniczyć. W kwestii baz NATO, sprzeciwu wobec Nord Stream 2 czy podejścia do uchodźców mamy do czynienia z kontynuacją polityki zagranicznej prowadzonej przez poprzedników. Z grubsza nie zmienił się również stosunek do kwestii rosyjsko-ukraińskich, choć tutaj nasza pozycja obecnie to wybór między “siedzieć cicho w sprawie formatu i nie usłyszeć oficjalnej odmowy” (poprzednicy) a “zażądać udziału Polski w rozmowach dotyczących Ukrainy i usłyszeć spektakularną odmowę” (aktualnie rządzący). Pierwsza opcja słaba, choć druga nie wiem, czy nie jeszcze słabsza.

To, co jest widoczne, przynajmniej w warstwie werbalnej, to zmiana optyki i próba ukierunkowania się, w ramach UE, w stronę Grupy Wyszehradzkiej ze szczególnym uwzględnieniem Węgier i kosztem stosunków polsko-niemieckich. Mam poważne wątpliwości, czy w kwestiach dla nas fundamentalnych, takich jak przedłużenie sankcji UE nałożonych na Rosję czy związanych z polityką energetyczną, Grupa Wyszehradzka zachowa solidarność. Niemców również,w kwestii naszego bezpieczeństwa energetycznego, trudno uznać za sojuszników, choć prawdą jest, że gdyby nie kanclerz Merkel, nie byłoby żadnych sankcji wobec Rosji.

WIZERUNKOWA KATASTROFA A REALIZACJA INTERESÓW
Niestety, w ostatnim czasie doszło do pogorszenia się polskiego wizerunku. Oczywiście, wizerunek nie zawsze jest najważniejszy, ale Polska nie ma ani wszechpotężnej,  innowacyjnej gospodarki ani, potężnej armii, ani efektywnych narzędzi soft power, a więc nie możemy ignorować tego, jak jesteśmy postrzegani, bo to będzie wpływać na realizację polskich interesów. Łatwiej wchodzimy w deale z kimś, kogo lubimy niż z kimś, kto mówi nam, że się nie znamy, nie rozumiemy, a w ogóle to powinniśmy doczytać

Garść przykładów:

1) Polska potrzebuje Komisji Europejskiej, to nieidealny organ, ale w kwestiach energetycznych jest często antyrosyjski, a w dodatku nadzoruje wydawanie funduszy europejskich, a pobierać ich będziemy w tej perspektywie naprawdę sporo.. Po co Ministerstwo Sprawiedliwości (!!!!) wysyła listy w sprawie kontroli praworządności obrażając komisarzy? KE prawdopodobnie nie wszczęłaby procedury, ale dzięki staraniom Polaków udało się….   Samo pojawienie się tematu Polski w kontekście  badania przestrzegania  praworządności to już porażka, bo w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych nie sprzeda się spin pt. “oni się nie znają, nie rozumieją” – rozkładamy własną dyplomację publiczną;

2) polski Minister Obrony Narodowej sugeruje, iż Polska stała się ofiarą międzynarodowego terroryzmu w kontekście katastrofy smoleńskiej. Jednocześnie Kreml zaprzecza, aby w Smoleńsku doszło do aktu międzynarodowego terroryzmu. Pytania:
a) które oświadczenie na Zachodzie zostanie uznane za bardziej wiarygodne? Polskie czy rosyjskie?
b) czy tego typu wypowiedzi, z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych,  zwiększają czy zmniejszą atrakcyjność Polski jako miejsca, gdzie można by przerzucić ciężki sprzęt i swoich żołnierzy?
c) czy w ramach niemieckiego dyskursu wspieramy zwolenników twardej polityki wobec Rosji czy tych, którzy uważają, iż należy powrócić do starych, dobrych czasów?

3) Komisja Wenecka zamiast Rosją, Armenią czy Azerbejdżanem zajmuje się Polską, w dodatku na naszą prośbę, stwierdza liczne naruszenia Konstytucji. Wnioskodawca opinii prawdopodobnie ją zignoruje… Parlament Europejski debatuje o praworządności w Polsce – w obronie polskiego rządu stają, z poważnych grup, tylko Konserwatyści, a poza nimi  m.in. politycy antyeuropejscy i prorosyjscy….

4) prasa donosi o amerykańskim zainteresowaniu Trybunałem i niezadowoleniu ambasadora Jonesa po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim. Ambasador amerykański oczywiście nie musi być zadowolony, a wręcz w ostatnich dekadach zbyt często uzyskiwał więcej niż powinien w zamian proponując niewiele, ale Polska nie może dopuścić do tego, aby Waszyngton izolował Warszawę w sytuacji trudnego położenia Warszawy w Brukseli. Prawdopodobnie Amerykanie o tym wiedzą. Przypadkiem w ostatnim czasie trwa lobbing w sprawie zakupu baterii przeciwlotniczych. Naturalne wydaje się pytanie, czy całe zamieszanie wokół Trybunału poprawia naszą pozycję negocjacyjną wobec Amerykanów w sytuacji, gdy mogą oni grać samym uściskiem ręki Johna Kerry’ego czy Baracka Obamy?

5) jestem fanem koncepcji, która się w Polsce nie przyjęła,że polski Minister Spraw Zagranicznych nie wypowiada się na tematy krajowe. A tymczasem polski MSZ porównuje Prezesa TK do irańskiego ajatollaha, w jak najbardziej negatywnym kontekście. W tym czasie trwa misja gospodarcza do Iranu, a Polacy starają się o zakup surowców energetycznych…

I w zasadzie zastanawiam się, ile te powyższe wydarzenia przyniosły szkód, a jak łatwo było ich uniknąć.

Do realizacji interesów, gdy jest się państwem pokroju Polski, potrzeba zdolności koalicyjnej w ramach środowiska międzynarodowego, w którym się porusza.. Nie jestem fanem określenia, że nasza polityka ma się opierać wyłącznie na Stanach Zjednoczonych, V4, Niemczech, Zjednoczonym Królestwie itd.  Nie uważam też, aby dobre kontakty z V4 były alternatywą dla dobrych kontaktów z Niemcami lub istniał wybór albo ścisła, zintegrowana Unia Europejska albo sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Realia się zmieniają, dlatego warto być atrakcyjnym partnerem, który potrafi budować dla siebie szereg alternatyw, a to wymaga posiadania wielu otwartych lub chociaż uchylonych furtek. Obawiam się, iż na dziś idziemy w stronę marginalizacji Polski w Unii Europejskiej. Na chwilę obecną najważniejsze z punktu widzenia Polski jest przełamanie kryzysu w Unii Europejskiej i warto, na koniec tego krytycznego tekstu, pochwalić naszą dyplomację za konstruktywny udział w rozmowach na temat Brexitu.

Czy “naród” stoi ponad prawem?

No Comments

Spór o Trybunał Konstytucyjny trwa w najlepsze, a interes państwa przegrywa z interesem partyjnym – zresztą, w Polsce już nie pierwszy, i zapewne zresztą, nie ostatni raz. Przykro się na to patrzy, ale przy okazji pojawiają się pomysły, które co prawdą nie są z innej planety, ale z innej epoki i systemu politycznego już tak.

„Prawo, które nie służy narodowi, jest bezprawiem” – powiedział Kornel Morawiecki w dniu 26 listopada 2015r przy aplauzie marszałka Sejmu i posłów partii rządzącej. Potem wielokrotnie czytałem „usprawiedliwienia” działań ws. Trybunału Konstytucyjnego według tezy, że Konstytucja może i jest łamana, ale jest jeszcze naród, a naród jest ważniejszy od prawa, zaś wola narodu to wola Sejmu. Pora się do tego merytorycznie odnieść.

Naród posiada władzę zwierzchnią – nikt nie ma co do tego wątpliwości, a już najmniej Konstytucja, która określa to w artykule 4 uzupełniając, iż naród sprawuje swoją władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. Patrząc w ten sposób – prawo w Polsce jest stanowione przez naród, dla narodu i w jego interesie. Oczywiście, nic nie jest jednorodne, a więc mamy do czynienia ze ścierającymi się interesami poszczególnych grup interesów i grup reprezentujących różne interesy polityczne. Istnieją reguły gry określone w Konstytucji, zostały one ustanowione przez naród, a są nimi m.in konstytucyjna zasada legalizmu, w myśl której organy władzy działają na podstawie i w granicach prawa, zasada demokratycznego państwa prawnego czy trójpodziału władzy. Służyć mają temu, aby władza nie nadużywała prawa. Zmiana Konstytucji wymaga odpowiedniego mandatu w Sejmie i w Senacie. Niemcy – nauczeni historią III Rzeszy – poszli jeszcze dalej i części przepisów niemieckiej Konstytucji w ogóle nie można zmienić. Jaką jednak moc miałaby Konstytucja, gdyby naród nie przewidział instytucji zdolnej do kontrolowania nadrzędności jej norm i tym samym kontrolował większość sprawującą władzę? I dlatego powstał Trybunał Konstytucyjny oraz sądownictwo. Twory nieidealne, ale niezwykle potrzebne. Nie rządzącym, ale rządzonym.

Demokracja zawiera w sobie pewne ryzyko, które przeżyli, a następnie przewidzieli Niemcy (stąd konstytucyjny zakaz zmiany części przepisów). Teoretycznie posiadający odpowiednią większość politycy mogliby odwrócić system demokratyczny przy pomocy metod demokratycznych, powołując się na mandat narodu. Zmiana Konstytucji, bach, bach, bach, Król Julian królem Polski.

U nas mamy do czynienia z inną sytuacją – mandat od obywateli rządzący posiadają, ale do samodzielnego rządzenia w ramach istniejącego systemu prawa. Wolą narodu jest, aby rządzące ugrupowanie czyniło to z poszanowaniem Konstytucji. Oznacza to możliwość bardzo głębokiej ingerencji w prawo, ale nie na poziomie konstytucyjnym. Tym bardziej niewiarygodnie brzmi tłumaczenie, że bezprawiem jest prawo, które „nie służy narodowi” i usprawiedliwienie tym samym łamania podstawowych zasad konstytucyjnych np. zasady legalizmu.

Najgorsze jest jednak, że argumentacja pt. jeżeli rządzę i coś mi nie pasuje to mogę uznać, że reprezentuję wolę narodu oraz jestem ponad prawem, nie jest czymś innowacyjnym i wymyślonym w Polsce. To rozumowanie rodem z Niemiec międzywojennych (UWAGA: ważne – to, iż przywołuję rozumowanie z Niemiec międzywojennych nie oznacza, iż uważam, że Polsce grozi totalitaryzm i nie pasuje mi też, gdy pouczają nas Niemcy). To niejaki Adolf Hitler powiedział niegdyś: „mnie nie interesuje prawo, mnie interesuje sprawiedliwość”. Dlatego bardzo uważałbym z używaniem argumentów, w ramach których ktoś uzurpuje sobie prawo do stania ponad prawem, bo ta melodia była już grana i nie przyniosła nic dobrego. Zresztą, nikt tego lepiej nie skomentował niż niemiecki prawnik Gustaw Radbruch, który cały proces oparty na w/w rozumowaniu podsumował w ten sposób „I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”. A Radbruch wiedział co mówi, bo to on jest autorem tzw. formuły Radbrucha, która ze względów moralnych upoważniała ludzi do nieprzestrzegania prawa III Rzeszy.

Dlatego apeluję jednak o to, aby nie twierdzić, iż uchwała Sejmu jest ważniejsza niż Konstytucja i że Trybunał nie może kontrolować i oceniać uchwał wywierających skutki prawne (a może), a w razie oporu powoływać się na wyższość „narodu nad prawem”.. Przyjmując, iż tak się dzieje dochodzimy do wniosku, że Król Julian nie potrzebuje Konstytucji, żeby zostać królem. Wystarczy, że ogłoszą go nim na podstawie uchwały posłowie. I najważniejszym źródłem prawa będą uchwały.

Czy w tę właśnie stronę mamy podążać?

Zachęcam do RT/sharowania/udostępniania.

Trybunał Konstytucyjny – o co chodzi w sporze i jakie są tego konsewkencje?

No Comments

Czynię to niezwykle rzadko – z zasady staram się nie komentować bieżących sporów politycznych w Polsce, bo ich poziom jest tabloidowy, a większość polityków uważam za wyznawców prawa Kalego do kwadratu – jak Kali ukraść to dobrze, bo sprawny, jak Kalemu to źle, bo złodzieje. Jak Kali zatrudnić kolegów i zwolnić przeciwników to sprawiedliwość i odzyskiwanie, jak Kalego kolegów zwolnić to zawłaszczanie itd. Moi znajomi wiedzą (i potwierdzą), że mam słabą opinię na temat polskiej klasy politycznej (choć z wyjątkami) i krytykuje poziom debaty publicznej – roztrząsanie mało znaczących kwestii kosztem tych naprawdę ważnych.. Tym razem jednak czuję się w obowiązku objaśnić, o co chodzi z tym Trybunałem Konstytucyjnym. Na tyle, na ile rozmawiałem z „nieprawnikami”, to oni tego sporu nie rozumieją (za co też winię państwo – brak edukacji prawnej szkodzi, ale o tym niżej…).

Zacznę od tego, że sędzia TK powoływany jest na 9 lat, jego kadencja nie jest odnawialna i w zasadzie nie da się go usunąć. Założenie jest takie, że skoro sędzia jest powoływany przez Sejm na tak długo, to powinien być apolityczny – nie może się starać o reelekcję, a orzekać będzie przez co najmniej dwie kadencje Sejmu, zatem można mu nagwizdać. Głównym zadaniem Trybunału jest orzekanie o zgodności ustaw i innych źródeł prawa powszechnie obowiązującego z Konstytucją. To znaczne ograniczenie dla władzy ustawodawczej i wykonawczej i jednocześnie automatycznie nałożony obowiązek o troskę ws. konstytucyjności ustaw. Szczególnym narzędziem jest tzw. skarga konstytucyjna, która pozwala zwykłemu obywatelowi na zaskarżenie przepisu, na którego podstawie oparto rozstrzygnięcie (np. decyzji administracyjnej). Trybunał może dużo.

Stan wyjściowy: 5 sędziom TK wygasa kadencja w 2015 roku. Trzem w listopadzie w czasie trwania kadencji poprzedniego Sejmu, dwóm w grudniu, w czasie trwania kadencji nowego Sejmu. Stan wyjściowy: 3 powołuje poprzedni Sejm, 2 nowy Sejm.

Z punktu widzenia strategii obecna przepychanka jest dziecinnie prosta i dowodzi infantylizmu naszych elit na zasadzie „państwo to my”. Geniusze z Platformy wymyślili sobie, że zamiast powołać 3 sędziów do TK, dokonają wyboru 5 przyspieszając moment wyboru 2 sędziów. Przy okazji nowelizacji ustawy o Trybunale dodali odpowiednią poprawkę. Idąc tym tokiem rozumowania Platforma mogła sobie wybrać sędziów na następne 25 lat poprzez „skracanie” momentu wyboru. Przykładowo: kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich kończy się za 4 lata? Żaden problem, następnego powołamy już teraz. Mam poważne wątpliwości, co do zgodności powołania tych 2 dodatkowych sędziów z Konstytucją RP. Na pewno to psucie państwa.

Jak wiadomo jednak, w Polsce obowiązuje prawo Kalego. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość postanowiło popsuć państwo w jeszcze większym zakresie. Jak oni chcieli zachachmęcić dwóch, to my trzech zakosimy i szybciej „przejmiemy” Trybunał zmieniając ustawę i „wybierając” 5, a ludowi wciśniemy, że my tylko odkręcamy to, co Platforma zepsuła. Przecież lud się nie zorientuje. A sytuacja wygląda tak. Platforma chciała okraść bank („państwo”) na dwóch sędziów, którzy mieli być wybrani w nowej kadencji, wybiegła z banku z pieniędzmi, wtem worek z pieniędzmi postanowiło przejąć PiS, zabrało worek z pieniędzmi, po drodze okradając jeszcze trochę bank (łącznie: wybór 5 zamiast 2), pieniędzy nie zwróciło do banku, a oficjalnie twierdzi, że tylko naprawiła to, co Platforma zepsuła. Ekhem…. Kalego okraść niekonstytucyjnie, Kali ukraść sprawiedliwie.

Po drodze postanowiono mieć przepisy Konstytucji tam, gdzie miał mieć paragrafy komisarz Ryba w „Kilerze”. Z psuciem państwa najgorsze jest to, że ono prawdopodobnie będzie postępować, jeżeli nie będziemy się trzymać klarownych zasad wspólnych dla wszystkich. Parę podstawowych spraw:

1. Skoro Konstytucja nie udziela prezydentowi prerogatywy w postaci prawa weta wobec wyboru sędziego przez Sejm, to prezydent nie ma prawa nie przyjmować przysięgi. To trochę tak, jakby nowy marszałek Sejmu nie przyjął przysięgi od posła z opozycyjnej partii i w ten sposób chciał wygasić mu mandat. Prezydent ma obowiązek przyjąć przysięgę od sędziego TK. Konstytucja wyraźnie stwierdza, że wyboru dokonuje Sejm, a nie Sejm za zgodą prezydenta.
2. Sędziów Sejm powołuje przy pomocy uchwały. Sejm wczoraj w uchwale stwierdził „brak mocy prawnej” uchwał poprzedniego Sejmu ws. wyboru sędziów. Sejm oczywiście może przegłosować i ogłosić przy pomocy uchwały ojca Rydzyka papieżem, ale – zgodnie z prawem – nie ma to żadnego przełożenia na rzeczywistość, bo sposób wyboru papieża uregulowany jest gdzie indziej – w Watykanie. To tylko oświadczenie. Tak samo tryb odwoływania sędziów określony jest w innych miejscach – tj. w Konstytucji i w ustawie. Jeżeli założymy, że Sejm – bez podstawy prawnej w postaci powszechnie obowiązujących przepisów – może uchwałą rzeczywiście „odwołać” inną uchwałę, na mocy której powołano kogoś na stanowisko, to będzie znaczyło, że można „odwołać” Rzecznika Praw Obywatelskich, Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Najwyższej Izby Kontroli itd. To by znaczyło, że uchwała Sejmu jest ważniejsza od Konstytucji i ustaw…. Jedyna instytucją wyposażoną – konstytucyjnie – w możliwość oceny konstytucyjności procedury wyboru jest Trybunał Konstytucyjny.
3. Obecnie w Trybunale Prezes TK nie ma ustalonej kadencji – Prezes TK przez to nie musi się „prosić” o kadencje, jest niezależny. Nowa ustawa zakłada 3 letnią kadencję Prezesa TK z możliwością jednokrotnego ponownego wyboru – decyduje o tym de facto prezydent. Czyli kolejne przesunięcie w stronę odebrania uprawnień sędziom na rzecz prezydenta. A dodatkowo „wygasa” kadencja obecnego Prezesa Trybunału – tutaj pojawia się pytanie o konstytucyjność tego rozwiązania, tj. wygaszenia kadencji przy pomocy ustawy.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chcę napisać.

Wyrok sądów w RP nie zawsze są właściwe i nie zawsze są sprawiedliwe w powszechnym odczuciu (choć z reguły są i właściwe i sprawiedliwe!), postępowania są z kolei zbyt długie (dramat!), ale – przypuszczam, że potwierdzą to moi koledzy prawnicy – w prostych sprawach, dotykających większość ludzi, przegrywają przez to, że nie znają prawa. Nie wiedzą, kiedy i jak można złożyć pozew, jakie są wymogi formalne, kiedy zgłasza się apelację/odwołanie, jakie dowody powołać lub o co wnioskować do sądu czy innego urzędu czy podpisują umowy nie czytając ich nawet. Mówiąc wprost – brakuje im wiedzy lub profesjonalnej obsługi prawnej. Często na następnym etapie sprawy jest już za późno na odkręcenie błędów (np. minął termin), a sędziów wiążą przepisy.. Podstawowym zadaniem państwa nie powinno więc być „dobranie” się do sędziów, ale poprawienie świadomości prawnej społeczeństwa i upowszechnienie dostępności pomocy prawnej. W ten sposób najbardziej pomożemy ludziom, a nie organizując igrzyska i wskazując sędziów jako wyłącznie winnych zaistniałej sytuacji i „zwalniając” ich od obowiązku orzekania, który nakłada na nich Konstytucja.

Mam więc apel – po prostu nie psujmy państwa. Bo będziemy mieli efekt kuli śnieżnej, a w Polsce zamiast dojrzałej demokracji przemeblujemy państwo, tak że będzie nim rządzić prawo wendetty.

Wyjątkowo proszę o promowanie tego wpisu.

P.S. Do Trybunału swoje pismo wniósł także Rzecznik Praw Obywatelskich – polecam tę propaństową lekturę

Turcja zestrzeliła rosyjski myśliwiec. Erdogan eskaluje konflikt.

No Comments

Jak wiadomo, Turcy i Rosjanie walczą z terroryzmem spod znaku Państwa Islamskiego (ISIS) z całą energią. Można wręcz rozpocząć licytację, kto jest w tę walkę bardziej zaangażowany – Turcja bombardująca Kurdów walczących z ISIS-em oraz kupująca ropę naftową od ISIS-u, czy Rosja poprzez bombardowanie przeciwników ISIS-u z opozycji syryjskiej oraz ułatwianie wyjazdu ekstremistów z Kaukazu do Syriii, m.in. przez … Turcję?

Ciężki wybór, aczkolwiek państwa te znalazły się na kursie kolizyjnym. Zestrzelenie rosyjskiego myśliwca to nie żaden przypadek – Turcja wiedziała do kogo i za co strzela, a Rosjanie nie robili sobie z oficjalnych lub mniej przestróg, że – niezależnie od tego, czy latają w Syrii czy nad Turcja – znajdują się w tureckiej strefie wpływów, a rosyjskie wsparcie dla Assada oznacza, iż oba państwa mają w Syrii przeciwstawne interesy. Strona rosyjska już oskarżyła stronę turecką o wspieranie terroryzmu, w tym o handel ropą z islamistami – z niecierpliwością należy oczekiwać odpowiedzi z Ankary.

Jednocześnie jednak problem mają zarówno NATO, jak o Rosjanie. NATO dlatego że jeżeli Ankara będzie chciała eskalować konflikt, to Turcja jest przecież członkiem Sojuszu, a to oznacza problem dla relacji Amerykanów i reszty Europy z Rosją (UWAGA: warto śledzić taki rozwój wypadków, gdyż znam jeszcze jedno państwo w Europie położone niedaleko Rosji, które jest w NATO i ciekawić je powinno, co zrobi Sojusz w związku z zagrożeniem). Problem Rosji wynika z kolei z tego, iż na Bliskim Wschodzie są gośćmi, przez wielu niechcianymi, Turcy grają u siebie, a eskalacja konfliktu oznaczałaby dla nich wzrost ich strat i nawiązania, których Kreml wolałby uniknąć – do Afganistanu i lat 90′. Rosja w Syrii może utknąć, a Turcja ma wręcz nieograniczoną możliwość szkodzenia, zwłaszcza że zależy im na tym, aby ich wrogowie zajmowali się sobą, a nie na konkretnym rozwiązaniu konfliktu w Syrii. Generalnie mamy też do czynienia z politykami (Putin, Erdogan), którzy uważają wycofanie się za okazanie słabości. Rosjanie nie zdecydują się na przerwanie lotów, pytanie czy Turcy będą do nich znowu strzelać.

Prawdopodobnie Zachód będzie więc szukał rozwiązania dającego szansę na wyjście z twarzą jednemu i drugiemu, na co mogą przystać, gdyż otwarta konfrontacja im się nie opłaca.. Za to na intensywności nabierze zapewne konflikt w Syrii, bo ani Rosja, ani Turcja nie zdecyduje się przecież na poświęcenie swoich interesów. Może więc do rosyjskich samolotów nie będą strzelać tureckie myśliwce, a rebelianci z nowoczesnym sprzętem przeciwlotniczym?

Ciekawy jestem reakcji Polski, zwłaszcza w kontekście ostatnich niemieckich wypowiedzi, sceptycznie odnoszących się do rozmieszczenia baz NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Z jednej strony Turcja w ogóle nie liczyła się z NATO decydując się na zestrzelenie rosyjskiego myśliwca, z drugiej Warszawa w sporze turecko-rosyjskim powinna nalegać, aby Sojusz zdecydowanie poparł Turcję, chociażby dlatego, aby liczyć na turecką wzajemność.

Zamachy w Paryżu – niepopulistyczne uwagi…

No Comments

1. Wykonanie serii takich zamachów jak we Francji wymaga mnóstwa pieniędzy, świetnej organizacji (w tym kontrwywiadowczej), przeszkolenia wojskowego, umiejętności wykorzystywania odpowiednich technologii, doświadczenia, precyzyjnego, skoordynowanego planu oraz kontaktów. Pobudka, ci ludzie to profesjonaliści, których stać na przeloty i potrafiący zorganizować sobie wizy (o ile nie mają paszportów) do UE, a nie improwizujący amatorzy.

2. Piszę o tych oczywistościach, ponieważ część osób łączy zamachy z kwestią imigrantów w wręcz infantylny sposób, a prawda jest taka, że po pierwsze, uchodźcy tego zamachu nie byliby w stanie zorganizować (ze względów, o których piszę w akapicie pierwszym, choć oczywiście mogą być to ludzie urodzeni w Europie w drugim pokoleniu imigrantów i pod tym kątem problem pozostaje nierozwiązany), a po drugie to nie polityka – anty czy proimigracyjna – Unii Europejskiej jest przyczyną zamachów terrorystycznych, a sytuacja na Bliskim Wschodzie, gdzie dokonała się całkowita destabilizacja, a siła ISIS i tym podobnych ugrupowań jest wynikiem zburzenia równowagi, która istniała w Lbiii za Kaddafiego, w Syrii za faktycznych rządów Assada, w Iraku za Hussejna itd. Mówiąc wprost – na skalę naszego zagrożenia w mniejszym stopniu wpływać będzie polityka imigracyjna aniżeli to, czy uda się w końcu doprowadzić do końca wojny domowej w Libii, Iraku czy Syrii i zlikwidować przyczyny, dzięki którym radykałowie mają poperacie. Możemy nie przyjmować nikogo do Europy, a ISIS i tak będzie stać na prowadzenie komórek w Europie, wyposażenie w broń i przeprowadzenie ataków

3. Inna rzecz, że Unia Europejska nie może przyjmować imigrantów ekonomicznych innych, aniżeli sama potrzebuje, a uchodźców wojennych powinna przyjmować jedynie tymczasowo. W przeciwnym wypadku grozi nam olbrzymia destabilizacja. Zresztą, Unia to zaczyna rozumieć, a to oznacza restrykcyjne kontrole na granicach zewnętrznych, rygorystyczną politykę azylową, zdecydowaną walkę z przemytem i dofinansowanie (przekupienie?) Erdogdana, aby zwalczał wędrówki imigrantów przez Turcję.

4. Walka z komórkami terrorystycznymi ludzi z paszportami UE będzie jak walka z hydrą. Zapewne o większości operacji antyterrorystycznej nie mamy pojęcia. Umówmy się – jedynym państwem, po 11/09, które prowadzi skuteczną politykę antyterrorystyczną na swoim terytorium są Stany Zjednoczone, czego kosztem jest inwigilacja swoich obywateli na niewiarygodną skalę. Żeby być uczciwym trzeba powiedzieć, że Amerykanie za to giną na Bliskim Wschodzie. Pytanie, czy Europe pójdzie w stronę ograniczenia wolności? Czy tego właśnie chcemy?

5. I warto też się zastanowić, o co chodzi terrorystom. Oni doskonale wiedzą, że w starciu symetrycznym nie mają żadnych szans – armia np. francuska rozniosłaby, w otwartej potyczce, siły ISIS w pył w ciągu paru tygodni. Strategia terrorystów jest w związku z tym inna, asymetryczna – zastraszenie społeczeństwa tak, aby nie mogło funkcjonować normalnie, destabilizacja umysłow. To nic, że nadal przeciętny Francuz ma większą szansę, że zginie w wyniku ulotnienia się gazu w mieszkaniu niż w wyniku ataku terrorystycznego, ale potęga mediów może odwrócić te proporcje w ludzkich umysłach. Pierwszym, podstawowym zadaniem władz państw UE jest zatem przekonanie obywateli, że powinni żyć jak do tej pory. Skala, na całe szczęście, jeszcze nie jest taka, ale przykładem, iż jest to możliwe są Izrael i Liban. Pomijając tragedie ludzkie to ataki terrorystyczne faktyczny wpływ mają głownie na morale społeczeństwa. Ciekawe jest to, że tak naprawdę terroryści nie są w stanie przewidzieć reperkusji politycznych – atak na jednych będzie oznaczał zmianę polityki na zachowawczą (zamachy w Madrycie), a w innym przypadku może oznaczać intensyfikację konfliktu.

6. Jednocześnie jednak fura problemów pozostała do rozwiązania i trzeba się nad nimi zastanowić – podstawowy to, jak rozwiązać konflikty na Bliskim Wschodzie, które stanowią propagandową używkę dla radykałów (ot, chociażby kwestia Palestyny). Drugi dotyczy społeczności muzułmańskich w Europie – muszą w końcu zrozumieć, że problem radykałów to także ich sprawa i powinny się mocniej zaangażować. Trzeci dotyczy problemu braku asymilacji drugiego pokolenia imigrantów – w tej sprawie Niemcy, Brytyjczycy i Francuzi mają poważny, nierozwiązany problem. Czwarty, to żeby nie dopuścić do głosu po naszej stronie radykałów – tych, którzy chcą zerwać z wartościami Unii Europejskiej i populistycznie posługiwać się uproszczeniem muzułmanin/imigrant = terrorysta (radykałowie po naszej stronie to pożywka dla terrorystów i vice versa – wzajemnie budują sobie poparcie), ani tez tych, którzy chcą aktualną politykę unijną bezrefleksyjnie kontynuować udając, że nic się nie dzieje w duchu “kochajmy sie”.

Krótki tekst o uchodźcach…

No Comments

W naszych warunkach temat uchodźców został sprawdzony do dwóch postaw. Jednej, która mówi, że trzeba się okopać i nie pomagać oraz drugiej, że należy pomagać bezwarunkowo. Nie zdziwię chyba nikogo pisząc, iż nie jestem zwolennikiem ani jednej, ani drugiej postawy. To polityka, a jak polityka, to interesy, a jak interesy, to trzeba się kierować własnym. Tylko trzeba go najpierw ustalić.

Ktoś powie, że jestem do bólu pragmatyczny – jestem, bo taka musi być nasza polityka zagraniczna. Uchodźców należy przyjąć i to nawet w dużej ilości, ale przecież my też chcielibyśmy, aby UE uczestniczyła w rozwiązywaniu naszych problemów.

Do przyjęcia uchodźców mamy warunki geograficzne, rozumiem, że ich pobyt sponsoruje UE, społeczeństwo mamy mniej więcej jednorodne, zaludnienie niespecjalnie gęste. W efekcie przyjęcie 50 tysięcy uchodźców byłoby dla nas do zorganizowania, a ……

…. ostatnio rzadko nam się zdarza, abyśmy mieli w ręce aktywo, którym można negocjować z Zachodem. A mamy swoje potrzeby – kwestie związane z energetyką, Ukraina, bazy NATO. Życzyłbym sobie, aby Polska przystąpiła do tego pokera i umiejętnie go rozegrała.. Zwłaszcza że jest jeszcze dyplomacja publiczna, a więc przekaz, jaki kierujemy do społeczeństw państw UE, a z obecną postawą nie zaskarbiamy sobie ich sympatii, bo one pamiętają naszych emigrantów, politycznych przed 1989 i zarobkowych, też przed 1989 roku i po 2004 roku. Z punktu widzenia dyplomacji publicznej okazanie solidarność i partycypacja w rozwiązywaniu doraźnych problemów  byłyby niewątpliwym plusem, jednakże skalę naszej partycypacji mimo wszystko uzależniałbym od zasady wzajemności.

Inna sprawa, że Europa musi się zastanowić, jak wyjść z tego kryzysu, a nie tylko jak nim doraźnie zarządzać. Setki tysięcy uchodźców można przyjąć, ale co będzie z nimi za parę lat? Jak zahamować wzrost ilości uchodźców? Jak ustabilizować sytuację na Bliskim Wschodzie? Pokój w  Iraku, Syrii, Libii, Jemenie? Brzmi to w tym momencie nierealne, a etniczne granice, które mogłyby zakończyć krwawe wojny domowe, to jest po prostu science-fiction. Europę nie stać na to, żeby przyjmować wszystkich, więc przede wszystkim trzeba tych ludzi uświadomić, iż nie będą tutaj mogli zostać na zawsze i zacząć działania doraźne – kontrolować szlaki, zniszczyć mafie przemytnicze, zacząć szukać, wzorem Australii, państw spoza Europy chętnych do przyjęcia uchodźców (i euro na ich opiekę).

A na marginesie, już wyłączając na chwilę mój urzędowy pragmatyzm, trochę mi się przykro patrzy, jak ludzie wycierający sobie usta wartościami, spokojnie i bez żalu przypatrują się umierającym, sami oczekując iście królewskiego przyjęcia, gdy zarobkowo jadą do Niemiec/Szwajcarii/Wielkiej Brytanii. To jednak coś mówi o dużej części naszego społeczeństwa. I to wcale nie, że jest pragmatyczne, bo większość tych ludzi nie patrzy takimi kategoriami, a po prostu szczerze nienawidzi i/lub boi się obcych.

Format Normandzki a sprawa polska

No Comments

1. Deklaracja Prezydenta Poroszenki w obecności kanclerz Merkel o tym, że format normandzki (negocjacje w składzie: Niemcy, Francja, Ukraina, Rosja) nie powinien zostać zmieniony to powiedzenie nam wprost – sorry, nie życzymy Was sobie przy stole. Rację ma Marek Cichocki, który twierdzi w wywiadzie dla “Krytyki Politycznej”, że Polski przy stole przede wszystkim nie chcą Ukraińcy. Dodam, że również Amerykanie nie chcą, abyśmy negocjowali, a także sami nie chcą angażować się bezpośrednio w rozmowy.. Nie mówiąc o Rosjanach.

Pod tym kątem odmowa zmiany formatu to ani wina ani zasługa Prezydenta Dudy.. Przecież poprzedni prezydent, poprzedni i obecny rząd niewątpliwie podejmowali podobne starania.. Tylko że im odmówiono mniej spektakularnie, gdyż nie podnosili tego postulatu głośno, a nowa ekipa nadstawiła policzek i TRZASK. Jak się okazało przekonanie, że jak się powie o zmianie formatu to ona nastąpi okazało się naiwne. Rzeczywistość okazała się bardziej złożona.

Gorzej, że wiceminister Trzaskowski sugeruje, iż mamy dwugłos, tj. rząd chce włączenia do rozmów Unii Europejskiej, a Prezydent – Polski i przedstawicieli regionu. Z punktu widzenia naszego interesu korzystniejszy jest osobisty udział Polski jako podmiotu, ale jednocześnie jest to wersja mniej realistyczna w tym momencie, dlatego ja proponowałbym strategię “wszystkie ręce na pokład” i lobbowanie za włączeniem UE jako organizacji. Nie jest to może genialne posunięcie, które rozwiąże fundamentalne problemy, ale lepszego rozwiązania, w kwestii formatu, nie widać. Umówmy się – gdyby nie sankcje UE i Stanów Zjednoczonych, to Rosjanie na Ukrainie byliby znacznie mniej wstrzemięźliwi.

2. Co nie znaczy, że Polska nie powinna prowadzić działań obok tych podejmowanych w ramach Unii Europejskiej. Pomoc Ukraińcom leży w naszym interesie narodowym. Trzeba aktywizować kontakty, zwłaszcza gospodarcze i starać się dawać Ukraińcom coraz głębiej oddychać Unią Europejską i naszą wersją państwa.

3. Brakuje nam narzędzi do prowadzenia poważniejszej polityki na wschodzie. Jako kraj nie mamy zasobów finansowych (co z tą innowacyjną gospodarką?), militarnych i softpowerowych.

Oczywiście, jesteśmy w stanie tworzyć grupę obawiających się Rosji (Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina), ale jednocześnie nie mamy pomysłu na swoje liderowanie regionowi, a lider nie zajmuje się mówieniem o tym, że jest liderem, a skupia się na działaniach. Abstrahując już od tego, że część państw naszego regionu nie podziela naszych obaw (Węgry, Czechy, Słowacja) W dodatku nie próbujemy współpracować z prezydentem Łukaszenką, który, przynajmniej częściowo, podziela część naszych obaw.

4. Tym bardziej zatem nie stać nas na cyrk, w którym zamiast współpracować ws. Ukrainy, my się przerzucamy, kto jest bardziej winny w obecnej sytuacji, a do spotkania premiera z prezydentem ws. Ukrainy jeszcze nie doszło. Warto im przypomnieć, że rząd z prezydentem mają grać do jednej bramki.

Atomowy deal z Iranem – Obama spłaca pokojową Nagrodę Nobla otrzymaną na kredyt.

No Comments

W Wiedniu zawarte zostało porozumienie atomowe zwane Wspólnym Kompleksowym Planem Działania (Joint Comprehensive Plan of Action) pomiędzy E3/UE3+3, zwaną też grupą P5+1, z Islamską Republiką Iranu. Jednocześnie dwóch polityków spełniło swoje przedwyborcze deklaracje – Barack Obama obiecujący „change” w sprawie Iranu jeszcze w 2008 roku w czasie kampanii prezydenckiej oraz Hassan Rouhani, prezydent Islamskiej Republiki Iranu, obiecujący przełamanie izolacji i poprawę sytuacji gospodarczej w Iranie.

Zanim przejdę do oceny porozumienia warto podkreślić, jakie były dla niego alternatywy. Groźby ataku na irański program atomowy, autorstwa administracji prezydenta Busha oraz Izraelczyków, nie spowodowały cofnięcia irańskiego programu atomowego. Rozwiązanie zakładające atak z powietrza na irańskie obiekty związane z programem atomowym było rozwiązaniem lose-lose, ponieważ Amerykanie nie byliby w stanie na stałe zatrzymać postępów programu atomowego tym sposobem, atak mógłby się nie udać,  doprowadziliby do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie i prawdopodobnych ataków odwetowych ze strony Irańczyków i ich sojuszników (m.in. Hezbollah, Hamas, ale warto też pamiętać o wpływach irańskich w Iraku czy możliwościach w Afganistanie), wzmocnienia twardogłowych i potencjalne problemy w Zatoce Ormuz, a z drugiej strony nastąpić mogłaby destabilizacja samego Iranu, pogłębienie irańskiej izolacji i kryzysu gospodarczego. Podobnie przegranym scenariuszem byłoby utrzymanie statusu quo w ramach którego Iran nie współpracuje z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, świat zaniepokojony jest jego programem atomowym,  zaś izolacja polityczna i gospodarcza jest kontynuowana.

Zawarcie porozumienia to sukces negocjacyjny zarówno Amerykanów, Unii Europejskiej, jak i Irańczyków. Amerykanie i UE udowodnili, iż są w stanie sprawnie posługiwać się kijem (nałożenie bardzo inteligentnych i mocnych sankcji gospodarczych, które m.in. odcięły irański system bankowy oraz ograniczyły handel i dostęp do nowoczesnych technologii, a także spowodowały upadek irańskiej waluty), jak i marchewką (ulgi sankcyjne). Irańczycy wygrali, bo Rouhani, który zastąpił Ahmadineżada, doprowadzi do etapowo zniesienia sankcji. Prezydent Rouhani z ministrem Zarifem osiągnęli również jeszcze inny cel – przełamali polityczną i gospodarczą izolację Iranu. Oczywiście, pod warunkiem, ze postanowienia, restrykcyjne dla Iranu i zakładające stałą kontrolę jego poczynań, będą wprowadzane w życiu. Czy sytuacja, w której społeczność międzynarodowa zostanie zapewniona o pokojowym charakterze irańskiego programu atomowego, a Iran w zamian za to przełamie swoją izolacje jest co do zasady porozumieniem, które można uznać za porażkę stron?  W razie braku implementacji Amerykanie i Bruksela zawsze mogą przywrócić przecież sankcje.

Porozumienie jest niezwykle szczegółowe – to 159 stron tekstu opisujących zobowiązania stron.   Główne zasady porozumienia zakładają, że irański program atomowy będzie miał charakter jedynie pokojowy, Iran nie będzie dążył do posiadania broni atomowej,  jego program atomowy zostanie poddany restrykcjom i kontrolom ze strony Międzynarodowej Agencji Atomowej. Porozumienia zawiera szczegółowe uregulowania dotyczące głównych gałęzi irańskiego programu atomowego  tj.  ośrodka w Natanz, Fordow, reaktora na ciężką wodę w Arak, reaktora w Busherze, reguluje ich prace, określa do jakiego poziomu może być wzbogacany uran  (do 3,67%, do produkcji bomby potrzeba wzbogacenia uranu na poziomie 90%), ile uranu może posiadać Iran, jakimi wirówkami może je wzbogacać, co z plutonem i materiałem radioaktywnym i wiele, wiele innych szczegółów, których jeszcze nie przeczytałem.

Struktura umowy zakłada, że to Iran będzie gonił króliczka w postaci zniesienia sankcji. Aneks V określa m.in. jakie postanowienia umowy Iran musi spełnić, aby doszło do pierwszej fazy zniesienia sankcji przez Radę Bezpieczeństwa, Unię Europejską oraz Stany Zjednoczone. Znoszenie kolejnych sankcji uzależnione jest od dalszej implementacji umowy.  A oceniać ten proces będzie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, do której obie strony mają zaufanie wypracowane w czasie prawie dwóch lat negocjacji, gdy MAEA pomagała w ocenie realizacji tymczasowego porozumienia.   W pierwszej fazie mają być zniesione kluczowe z punktu widzenia gospodarki irańskiej sankcje dotyczące handlu i sektora bankowego, dlatego Irańczycy mają interes w tym, aby jak najszybciej dokonać implementacji tych warunków umowy.

Umowa jest, ale kluczowa okaże się jej implementacja. Parafrazując Winstona Churchill można powiedzieć, że to jest dopiero koniec początku negocjacji. O ile zgodzić się można z oceną, że dopiero w przyszłości będzie można ocenić historyczną decyzję negocjatorów o zawarciu porozumienia, gdyż nie wiadomo, czy sam atomowy deal nie rozsypie się na poziomie wprowadzenia w życie lub w przypadku wydarzeń politycznych takich ja zmiana władzy np. w Ameryce (np. prezydentem zostanie Republikanin) czy w Iranie (reformatorzy odsunięci od władzy), o tyle same założenia dokumentu i jego poważna, szczegółowa redakcja wskazują, iż racjonalni negocjatorzy ustalili warunki handlu – program atomowy za przełamanie izolacji gospodarczej. Z punktu widzenia wszystkich stron ważne jest to, że mogą – na potrzeby wewnętrzne – twierdzić, iż osiągnęli swoje cele negocjacyjne.

Naturalnymi wrogami porozumienia pozostaną Republikanie oraz Izraelczycy. Izraelski premier Benjamin Netanjahu nazwał porozumienie historyczną pomyłką, z kolei prezydent Obama zapowiedział, że będzie bronił porozumienia przy pomocy weta. Przed nami pasjonująca rozgrywka w Kongresie. Postawa Izraelczyków wskazuje nam jednak na coś innego – zarówno Amerykanie, Irańczycy, jak i  Izraelczycy to racjonalni gracze. Gdyby Izraelczykom zależało na irańskim programie atomowym to bardziej skupiliby się na restrykcyjności porozumienia w tym fragmencie i próbowali się włączyć, chociażby nieformalnie, do kontroli wypełnienia zobowiązań przez Iran. A Izraelczyków boli w innym miejscu – Iran przełamuje izolację gospodarczą i polityczną, a nastawienie obydwu podmiotów do siebie niewątpliwie pozostanie wrogie ze względu na ich przeciwstawne interesy w regionie.  Amerykanie z kolei mają swój sukces – przynajmniej na razie zatrzymali irański program atomowy bez użycia siły militarnej, co kończyło się w rejonie Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej tylko nieszczęściem. Irańczycy z kolei dążą do umocnienia swoich wpływów w regionie i wzmocnienie gospodarcze będzie w tym celu niezbędne.

Co ciekawe, nie oznacza to jednak, że Waszyngton z Teheranem zapałają do siebie miłością, choć amerykańskie firmy szykują się do powrotu na irański rynek (m.in. w sektorze lotnictwa cywilnego). Nastąpiła wyraźna zmiana akcentu, ale interesy nadal mają przeciwstawne. Stany Zjednoczone będą ściśle współpracować z Izraelem i Arabią Saudyjską, kością niezgody są też rządy prezydenta Assada w Syrii i sytuacja w Jemenie. Sukces tych rozmów pokazuje, że mądra polityka to nie wystrzały z Tomahawka, ale umiejętność posługiwania się także instrumentami gospodarczymi i ten egzamin Amerykanie wraz z Unią Europejską zdali na 5.  Ze strony Stanów Zjednoczonych i UE wymagało to duże determinacji, ale tez założenia, że po drugiej strony stołu siedzi racjonalny gracz, kierujący się swoim interesem. I tak się stało.

A kolejne rozgrywki przed nami. Kongres oraz spory dotyczące treści poszczególnych postanowień oraz ich wprowadzenia w życie. Pytanie, które powinniśmy my sobie zadać brzmi jeszcze inaczej. Jak Polska, a także Unia Europejska, wykorzystają szanse, jakie daje im porozumienie?

Polska inicjatywa ws. konfliktu izraelsko-palestyńskiego – czy mamy coś ciekawego do powiedzenia?

No Comments

Jeżeli nie jest się mocarstwem, to trzeba mówić coś ciekawego, aby mieć wpływ na globalną rzeczywistość. Minister Spraw Zagranicznych Polski, Grzegorz Schetyna, udał się z wizytą do Izraela i na terytorium Władz Palestyńskich. Spotkał się zarówno z Izraelczykami, jak i Palestyńczykami. Polacy mają, zwłaszcza w Izraelu, parę spraw do omówienia – zarówno w kwestii obronności, w tym cyberbezpieczeństwa, współpracy wywiadowczej, biznesu czy tematu, którego nie lubimy poruszać, za to lubią to robić Izraelczycy, a mianowicie reprywatyzacji mienia.

Nie byłoby jednak o czym pisać, gdyby nie niespodziewana deklaracja ministra Schetyny, że będzie rozmawiał z pozostałymi członkami Trójkąta Weimarskiego o wspólnej inicjatywie ws. rozmów izraelsko-palestyńskich. Palestyńczycy i Izraelczycy w rozmowie z ministrem Schetyną powiedzieli, że chcą pokoju i negocjacji, a więc tradycyjny taniec został odtańczony.

Z jednej strony bardzo cieszy nasza aktywność – Polska, pomagając w osiągnięciu pokoju w tak skomplikowanym konflikcie, znacząco podwyższyłaby prestiż swojej dyplomacji. To dobrze, że chcemy się angażować w problemy, które nie dotyczą tylko i wyłącznie naszego sąsiedztwa, a swój zasięg-mają wręcz ogólnoświatowy.  Nie lekceważyłbym siły soft poweru i bardzo życzyłbym sobie, aby Polska w tej materii znacząco poprawiła swoje możliwości oddziaływania.

Z drugiej jednak strony od dziesięcioleci problem próbują rozwiązać Amerykanie oraz Europejczycy i od wielu lat nie widać progresu, a w ostatnich latach coraz więcej ofiar i pogłębienie różnic negocjacyjnych (głownie przez izraelską rozbudowę osiedli).. Obie strony nie są gotowe, a nawet powiem więcej, nie chcą stałego pokoju, bo będzie on kosztowny politycznie (negocjatorzy i politycy  z obydwu stron zostaną okrzyknięci zdrajcami). Porozumienia opartym na kompromisie nie chcą szczególnie zwolennicy rządzącej prawicy, osadnicy z Zachodniego Brzegu Jordanu, a także Hamas, który Izraelem i jego blokadą może usprawiedliwić swoje rządy w Strefie Gazy. Swoją drogą ciekawe jest, że  RAND Corporation wyliczył, iż pokój byłby dla obydwu stron bardzo opłacalny gospodarczo i przełożył się na znaczący wzrost PKB (palestyński nawet do poziomu ok. 50%, izraelski o ok. 5%), aczkolwiek nie sądzę, aby był to główny czynnik będący przedmiotem analizy.

Skoro mamy takie rozeznanie w sytuacji, że od wielu lat trwa impas, strony prowadzą negocjacje o negocjacjach,  problemem jest sam powrót do stołu, a nikt nie zamierza wychylać się z poważnymi ustępstwami, to co ciekawego zamierzają powiedzieć Polacy do (nie)negocjujących stron ws. statusu Jerozolimy, setek tysięcy izraelskich osadników na Zachodnim Brzegu Jordanu, dostępu do wody, demilitaryzacji Palestyny, sposobu uporania się z ugrupowaniami ekstremistycznymi?

Jeżeli mamy dobry plan, uzgodniony z partnerami i oceniamy, ze realne są szanse na powodzenia to naturalnie, jestem wielkim zwolennikiem polskiego zaangażowania, bo może przynieść wymierne korzyści. Liczyłbym jednak na przedstawienie jego podstawowych założeń, bo na razie mówimy o kocie w worku. Skoro Benjamin Netanjahu potraifł wysłać na drzewo Johna Kerry’ego, a nawet Baracka Obamy, to czemu nie miałby tego zrobić z Polakami, Niemcami i Francuzami z ich nową inicjatywą?

Gorzej, jeżeli nie mamy planu i jest to pomysł ad hoc. Stosunkom izraelsko-palestyńskim na pewno nie zaszkodzimy, bo trudno jest zabić trupa, ale w związku z tym nie będzie tez potencjalnej nagrody. Moja ocena jest brutalna – do zawarcia pokoju polityków obydwu stron trzeba po prostu zmusić – odcięciem dostępu do pieniędzy, hi-techu i izolacją. Amerykanie, UE i Liga Państw Arabskich jednak na to nie chcą się zdecydować (paradoksalnie – też z powodu obaw politycznych), więc rozgrywka będzie toczyć się dalej. Następną jej areną będzie Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze… Inicjatywa pokojowa ma sens, jeżeli obie strony chcą pokoju, a nie, gdy deklarują jedynie, że chcą.

Istnieje jeszcze jedna możliwość. To była kurtuazyjna wypowiedź ministra Schetyny, a za nią nie idą żadne planowane działania, a wtedy nie ma czego analizować.

Czekam zatem z niecierpliwością na kolejne działania polskiego MSZ-etu ze szczególnym zwróceniem uwagi na to, co wyjątkowego mamy do powiedzenia w sprawie tego konfliktu. Nie mamy ani siły gospodarczej, ani militarnej, ani politycznej, aby wpłynąć na zawarcie pokoju, a więc powinniśmy mieć rewelacyjne pomysły.

 1 2 3 4 5 6 7 8 ... 42 43 44 Starsze artykuły